Kraj

Taśmociąg dla ludowców

Andrzej Stankiewicz
Fotorzepa/Waldemar Kompała
Dlaczego premier Kopacz tak ustępuje wicepremierowi Piechocińskiemu?

Jeszcze nigdy PSL nie było tak silne w koalicji z Platformą. Premier Ewa Kopacz kupuje poparcie ludowców stanowiskami, licząc, że dzięki temu po wyborach parlamentarnych ona sama zachowa stanowisko.

Nie wpłynęli na Jarubasa

Kandydat PSL na prezydenta Adam Jarubas doprowadził polityków Platformy do białej gorączki.

Najpierw w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" ostro skrytykował politykę rządu i prezydenta wobec Ukrainy. „Turystyka na Majdan wielu polskich polityków, ta w 2004 i w 2014 r., wyrywanie się przed szereg, dziś nie bilansuje się na plus. Polska, która chciała być bardzo silnym orędownikiem europejskiej drogi Ukrainy, została przez Kijów, ale także Berlin i Waszyngton, potraktowana trochę jak chłopiec na posyłki. Zrobiliśmy swoje, a teraz mamy czekać w szeregu na kolejne rozkazy" – oświadczył.

Jego zdaniem zaangażowanie Polski w sprawy Ukrainy skończyło się ogromnymi stratami gospodarczymi.

Potem zaczął bronić Viktora Orbána, który podczas wizyty w Polsce usłyszał od premier Ewy Kopacz historyczny wykład o wielowiekowej przyjaźni polsko-węgierskiej w obliczu zagrożenia ze strony Rosji. Orbánowi nie w smak unijne sankcje nałożone na Rosję i rozkręca energetyczne biznesy z Putinem. Domaga się też autonomii dla Węgrów żyjących na Ukrainie, co pozostaje w zgodzie z postulatami Kremla dotyczącymi większej niezależności regionów od Kijowa.

Z zażenowaniem wysłuchałem polityków PiS i Platformy, którzy operowali językiem udzielania reprymendy wobec głowy suwerennego państwa – stwierdził po wizycie Jarubas. – To jest język, którego nie powinno się używać w dyplomacji.

Takimi wypowiedziami, które idą wbrew linii rządu i krytykują prezydenta, zajęło się nawet kierownictwo koalicji. – Komorowski i Kopacz uznali, że Jarubas przeszarżował i że takie wypowiedzi szkodzą koalicji – tłumaczy nam wpływowy polityk PO.

Liderzy Platformy próbowali skłonić ludowców, by wpłynęli na swego kandydata, ale według naszych informacji żadnych gwarancji nie dostali. – Nie oczekiwali chyba, że w kampanii będziemy chwalić Bronka – dziwi się jeden z liderów PSL. – Było oczywiste, że trzeba będzie krytykować prezydenta, dlatego wycofała się część kandydatów, choćby Władek Kosiniak-Kamysz, który jako minister polityki społecznej na bieżąco współpracuje z Komorowskim i ma z nim dobre relacje.

Z tego punktu widzenia postawienie na Jarubasa, który nie ma takich koalicyjnych zobowiązań, było strzałem w dziesiątkę. On może mówić głośno to, czego liderom PSL powiedzieć nie wypada, choć myślą dokładnie tak samo.

Jeden z posłów PSL: – Jarubas ma do PO własne podejście. W Świętokrzyskiem, gdzie trzecią kadencję jest marszałkiem województwa, mógłby rządzić samodzielnie. Wziął Platformę do koalicji tylko z dobrej woli.

Inaczej niż za Tuska

Po jesiennych wyborach samorządowych, które dały Jarubasowi trzecią kadencję, a ludowcom imponujący wynik sięgający niemal 24 proc. w skali kraju, w PSL zapanował nastrój triumfu. Mniejszy koalicjant, przez lata tłamszony przez premiera Donalda Tuska, poczuł wiatr w żagle.

Jak zwykle w takich sytuacjach pojawiły się żądania stanowisk dla przedstawicieli PSL. Tusk przez lata rugował ludowców z ministerstw, spółek Skarbu Państwa, służb specjalnych i innych zależnych od rządu instytucji. Listy stanowisk, o które występowali, wyrzucał do kosza. Tyle że na jesieni już Tuska nie było, bo we wrześniu doszło do zmiany premiera. Z nastaniem Ewy Kopacz zmieniła się też pozycja ludowców.

Z Kopacz ludowcom współpracuje się lepiej. Po pierwsze, dlatego że sama pochodzi z małej miejscowości i lepiej rozumie oczekiwania ich elektoratu. Po wtóre, dlatego że w PRL działała w Zjednoczonym Stronnictwie Ludowym, z którego po upadku komunizmu wyrosło PSL. Po trzecie wreszcie, dlatego że ma znacznie słabszą pozycję polityczną we własnej partii i dobre stosunki z koalicjantem są jej niezbędne do utrzymania władzy.

Arytmetyka po wyborach samorządowych pokazała, że Platforma zachowała władzę w kilku regionach tylko dlatego, że dobry wynik osiągnęło współrządzące PSL. Do tego wicepremier Janusz Piechociński znacząco wzmocnił koalicję w Sejmie, rozbudowując klub swej partii. Wciągnął do niego z jednej strony bliskich lewicy byłych posłów z klubu Janusza Palikota, a z drugiej – konserwatystów takich jak John Godson.

Wszystkie te elementy doprowadziły do uruchomienia przez Kopacz taśmociągu z nominacjami dla ludowców w instytucjach, o których przez lata mogli tylko marzyć. Wiceministrem skarbu odpowiedzialnym za reprywatyzację został Cezary Gabryjączyk, wcześniej starosta w Łasku. Nowym wiceszefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego został 33-latek Piotr Marciniak, człowiek Kosiniaka-Kamysza, bez doświadczenia w zakresie służb specjalnych.

Fotel wiceszefa Najwyższej Izby Kontroli zajął z kolei poseł PSL Mieczysław Łuczak. Niechętny nominacjom z partyjnego klucza prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski wymógł tylko to, że Łuczak nie będzie nadzorował kontroli w obszarach rolnictwa, gospodarki oraz pracy i spraw socjalnych – a więc dziedzin, którymi w rządzie zajmują się jego partyjni koledzy.

Trwają negocjacje w sprawie kolejnych nominacji, m.in. dla posła Bartłomieja Bodio na wiceministra infrastruktury. Ludowców wciąż boli brak wiceministra spraw zagranicznych. W zeszłym roku próbowali się nawet dogadać w tej kwestii z byłym europosłem PiS, a dziś doradcą Kopacz – Michałem Kamińskim. Liczyli, że ówczesny szef MSZ Radosław Sikorski zgodzi się go powołać na wiceministra jako reprezentanta PSL, wszak Kamiński to jego przyjaciel. Dziś, gdy Jarubas krytykuje PO, w tle jest także gra o ten fotel.

Po wyborach czas PSL

Ludowcy są w tak dobrych nastrojach, że kreślą już scenariusze na jesień. Piechociński oświadczył w poniedziałek, że jest zwolennikiem nowej organizacji rządu po wyborach „bez względu na ich wynik". Domaga się utworzenia Ministerstwa Energetyki, opierając się na Ministerstwie Skarbu Państwa, oraz przeniesienia nadzoru nad turystyką z Ministerstwa Sportu do resortu gospodarki. Oba te pomysły są w istocie grą o umocnienie PSL.

– W partii panuje silna wiara w to, że wynik w wyborach parlamentarnych będzie tak dobry, że to ludowcy zdecydują, jaka koalicja powstanie. A mogą rządzić albo z Platformą, albo z PiS – opowiada jeden z posłów, który niedawno dołączył do PSL. Choć wywodzi się z Ruchu Palikota, to perspektywa rządów z Jarosławem Kaczyńskim już go nie przeraża. Nauczył się ludowego pragmatyzmu.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL