fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Pożegnanie Szefa - Aleksander Hall wspomina ks. Witolda Andrzejewskiego

Ksiądz Witold Andrzejewski
Fotorzepa/Rafał Guz
Po powstaniu „Solidarności" ksiądz Witold Andrzejewski zaangażował się w ruch, który odmienił Polskę. Moje macierzyste środowisko – Ruch Młodej Polski – także wiele mu zawdzięcza – zmarłego kapłana wspomina publicysta.

Wieczorem 30 stycznia zmarł w Gorzowie ksiądz prałat Witold Andrzejewski, proboszcz parafii pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. Był on człowiekiem instytucją: charyzmatycznym duszpasterzem akademickim, kapelanem „Solidarności", organizatorem pomocy dla więźniów politycznych w stanie wojennym.

Lgnęła do niego niepokorna młodzież

Urodził się w 1940 roku w Kownie. W tym samym roku w Katyniu został zamordowany przez Sowietów jego ojciec. Przez całe życie Witold był wierny jego pamięci i nigdy nie zapomniał, że ojciec został zgładzony za wierność niepodległej Polsce. W takich rodzinach jak jego było oczywistością, że powojenna Polska nie jest niepodległym państwem, a także to, że komunizm jest nieludzkim systemem. Do pogłębienia patriotycznej i religijnej formacji młodego Witka przyczyniło się uczestnictwo w łódzkim duszpasterstwie akademickim, prowadzonym przez jezuitę księdza Huberta Czumę.

Witold Andrzejewski skończył studia aktorskie. Przez sześć lat pracował w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Gorzowie. Wtedy usłyszał głos Boga wzywający go do kapłaństwa. Jak wielokrotnie mówił, przez pewien czas wadził się z Panem Bogiem, zanim postanowił wstąpić do seminarium. W 1972 roku otrzymał świecenia kapłańskie.

Już po kilku latach stał się jednym z najbardziej znanych duszpasterzy akademickich w Polsce. Był świetnym rekolekcjonistą i utalentowanym prelegentem. Lgnęła do niego młodzież, także niepokorna, buntująca się przeciwko systemowi. Czym przyciągał do siebie ludzi? Autentyczną i głęboką pobożnością, żarliwym patriotyzmem, wielką kulturą humanistyczną, politycznym nonkonformizmem, poczuciem humoru, umiejętnością budowania wspólnoty oraz więzi między ludźmi i wiernością w przyjaźni. Dla wielu młodych ludzi stał się duchowym przewodnikiem i oparciem w podejmowaniu życiowych wyborów. Już po jego śmierci od jednej z jego wychowanek usłyszałem świadectwo: „Dla wielu z nas był jak ojciec".

Duszpasterstwa akademickie, prowadzone przez takich księży jak Witek Andrzejewski, dominikanie Ludwik Wiśniewski, Tomasz Pawłowski i Jan Andrzej Kłoczowski czy jezuita Hubert Czuma, w ponurych, konformistycznych czasach PRL stwarzały przestrzeń wolności.

Rola odegrana przez takich duszpasterzy w kształtowaniu środowisk, które zbuntowały się przeciwko systemowi w drugiej połowie lat 70., jest trudna do przecenienia. W tamtym czasie ksiądz Witold Andrzejewski wspierał Ruch Obrony Człowieka i Obywatela, a po powstaniu „Solidarności" całym sercem zaangażował się w ten ruch, który odmienił Polskę.

Moje macierzyste środowisko – Ruch Młodej Polski – wiele zawdzięcza gorzowskiemu duszpasterzowi. To pod jego opiekuńczymi skrzydłami kształtowało się środowisko Marka Jurka, Piotra Miereckiego, Krzysztofa Nowaka i Marka Robaka, które od początku współtworzyło RMP. Na zawsze pozostanie w mojej pamięci spotkanie wiosną 1979 roku, na którym przekonywałem gorzowskie środowisko do wzięcia udziału w tworzeniu pokoleniowego ruchu młodej prawicy.

Dobrze, że był

W ostatnim okresie ksiądz Witold ciężko chorował. Dwukrotnie przebywał w szpitalu Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Była to dla mnie okazja do spotkań i rozmów z człowiekiem, którego dłużnikiem się czułem.

Było coś krzepiącego w spotkaniach z kapłanem, który miał poczucie, że pożytecznie przeżył życie. Parokrotnie powtarzał mi, że na wielkim spotkaniu z młodzieżą w Lednicy, niespodziewanie wywołany przez ojca Jana Górę, złożył świadectwo: „macie przed sobą szczęśliwego księdza". Powtórzył mi: tak, jestem naprawdę szczęśliwym księdzem. Innym razem powiedział: zdrowie nie jest najważniejsze. „Znam bardzo zdrowych ludzi, którzy wcale nie są szczęśliwi, i znam ludzi chorych, którzy są szczęśliwi, bo żyją w zgodzie z Panem Bogiem i własnym sumieniem".

Pobyt księdza Witolda w szpitalu pokazał także, że jego gorzowscy wychowankowie dochowali wierności w przyjaźni swemu Szefowi, bo tak się do niego zwracali. Dali wiele wzruszających dowodów ofiarności i troski o swojego dawnego Duszpasterza.

Ksiądz Witold Andrzejewski dobrze zasłużył się Polsce i Kościołowi. Dobrze, że był.

Autor jest politykiem, historykiem, działaczem opozycji w PRL. Był ministrem w rządzie Mazowieckiego. Po porażce w wyborach parlamentarnych w 2001 roku, kiedy startował z list PO, zrezygnował z czynnego udziału w polityce.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA