Sędziowie i sądy

Pierwszy prezes Sądu Najwyższego o wynagrodzeniach sędziów

Wypowiadałem się już o konieczności podwyższenia wynagrodzeń sędziów, ale wracam do tematu, bo dyskusja rozwija się i zaostrza - pisze Lech Gardocki, Pierwszy prezes Sądu Najwyższego
Szczególnie młodzi sędziowie w sądach rejonowych protestują coraz energiczniej przeciwko obecnej sytuacji. Jest to zrozumiałe, bo właśnie ich, przeciążonych najbardziej pracą na pierwszej linii, sytuacja relatywnego obniżenia wynagrodzeń sędziów (wystarczy spojrzeć na dane o rosnącym przeciętnym wynagrodzeniu w sektorze przedsiębiorstw) dotyka najbardziej. Ich też nie obejmie podwyżka wynagrodzeń od 1 lipca 2008 r. przewidziana w nowelizacji ustawy – Prawo o ustroju sądów powszechnych. Płace sędziów rejonowych mogłyby wzrosnąć jeszcze w tym roku, gdyby wydane zostało rozporządzenie prezydenta RP ustalające wyższe przeliczniki płacowe dla sędziów. Projekt takiego rozporządzenia istnieje. Jego wejście w życie wymaga jednak nie tylko podpisu prezydenta, lecz również decyzji na szczeblu rządowym, bo konieczna jest tu kontrasygnata prezesa RM.
Drugi nurt planowanego podwyższania wynagrodzeń sędziowskich wiąże się z projektowaną przez Ministerstwo Sprawiedliwości nowelizacją prawa o ustroju sądów powszechnych. Według tego projektu od 1 stycznia 2009 roku podwyższeniu do 1868,78 zł (obecnie wynosi ona 1493,42 zł) uległaby tzw. kwota bazowa wynagrodzeń sędziów. Optymalnym dla sędziów wyjściem byłoby oczywiście połączenie korzystnego ustalenia nowych przeliczników z nową kwotą bazową. Popularną w środowisku sędziowskim ideą jest ustawowe powiązanie wysokości wynagrodzeń sędziowskich z przeciętnym wynagrodzeniem w sektorze przedsiębiorstw. Pomysł ten popierany między innymi przez KRS ma wiele zalet. Wysokości tej kwoty wyjściowej nie ustala się bowiem w decyzji organu państwowego, lecz oblicza ją i ogłasza GUS. Jest to więc bardziej zgodne z zasadą niezależności władzy sądowniczej. Racjonalne jest też założenie, że ta przeciętna płaca będzie rosnąć, a to oznacza automatyczny wzrost wynagrodzeń sędziowskich. Ale analizując tę koncepcję dokładniej, łatwo zauważyć, że nie byłoby tu pełnego automatyzmu, bo przecież przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw byłoby tylko punktem wyjścia. Niezbędne do funkcjonowania takiego mechanizmu byłoby też ustalenie, zapewne na drodze ustawowej, przeliczników, przez które ta kwota miałaby być mnożona dla ustalenia wynagrodzenia poszczególnych grup sędziów. Ustalenie tego przelicznika miałoby więc znaczenie kluczowe, na pewno nie byłoby łatwo osiągnąć zadowalający wszystkich rezultat. Nietrudno też zauważyć, że idea powiązania wynagrodzeń sędziowskich z przeciętnym wynagrodzeniem w sektorze przedsiębiorstw nie znajduje na razie poparcia poza naszym środowiskiem. Nie znaczy to, że nie powinniśmy się starać o jej akceptację. Ewentualna realizacja jest jednak kwestią przyszłości. Długofalowe działania na jej rzecz nie powinny więc przesłaniać konieczności popierania konkretnych istniejących już projektów podwyższania wynagrodzeń sędziowskich. Jakikolwiek bowiem będzie w przyszłości system ich ustalania, zawsze punktem odniesienia będzie aktualna wysokość tych wynagrodzeń.
I wreszcie, na koniec tych rozważań, chciałbym poruszyć kwestię sędziowskich protestów przeciwko ich obecnej sytuacji płacowej. Te protesty już są faktem w postaci uchwał organów kolegialnych sądów, kierowanych do organów państwowych, które mają wpływ na tę sytuację. Czy mogą przybrać inną formę? Obowiązujące przepisy ustawy o rozstrzyganiu sporów zbiorowych zaliczają sędziów do grona tych grup zawodowych, które nie mają prawa do strajku. Nie przysługuje im też prawo do akcji protestacyjnej, połączonej z przerwaniem pracy. Ale o to bym się nie obawiał. Znając sędziów, wiem, że nawet gdyby zrealizowali pomysł „dnia bez wokandy”, to i tak będą w tym czasie czytać akta lub pisać uzasadnienia wyroków, a rozprawy odbędą się w innym dniu. Dlatego uważam za zgrzyt w tej sprawie list rzecznika praw obywatelskich do ministra sprawiedliwości z 18 marca 2008 r., który już wywołał głosy oburzenia ze strony sędziów wskazujących na zawartą w nim obraźliwą sugestię, jakoby w ramach protestu zamierzali korzystać z fałszywych zwolnień lekarskich. Zresztą cały ten list utrzymany jest w tonie sztucznie dramatycznego ostrzeżenia przed groźnym społecznie „buntem sędziów” i pełen jest rad dla ministra sprawiedliwości oraz prezesów sądów, jak mu zapobiec. Sędziowie występują w nim w roli niegrzecznych dzieci, które wymagają podjęcia pilnych kroków dyscyplinujących ze strony dyrektora szkoły. Ubocznie tylko się wspomina w owym liście o potrzebie przyspieszenia prac nad opracowaniem rozwiązań systemowych w zakresie wynagrodzeń sędziowskich. A przecież to jest obecnie głównym problemem.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL