fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Marek Goliszewski: Robię swoje

Marek Goliszewski
Fotorzepa, Jerzy Dudek jd Jerzy Dudek
„Gazeta Wyborcza" napisała w sprawie mojej dysertacji blisko tuzin tekstów. Na papierze ?i w internecie. Niemal dzień w dzień powtarzając ?te same niesprawdzone informacje ?– twierdzi prezes BCC.
Doktorat bywa efektem mozolnej pracy na drodze do kariery akademickiej. W moim przypadku stał się on zaledwie częścią uniwersytetu życia. Efektem uczenia się, potem budowania, a dziś usilnych prób odbudowania mostów – dialogu społecznego. Porozumienia, które 25 lat temu pozwoliło nam na ogromny skok cywilizacyjny, na przebudowę państwa, remanent jego instytucji i naszych wartości. Dziś tymczasem sprowadza się ono do pohukiwań i wzajemnych demonstracji.

Budowanie pomostów

Doktorat nie był  dla mnie wartością samą w sobie. Tytułów i orderów otrzymałem wiele. Przystałem na pomysł dysertacji, zabiegając o poparcie uczonych dla projektów, które rozszerzają udział obywateli w rządzeniu państwem. Poszukiwałem nowego głosu rozsądku w przekonaniu, że bez nowego trójstronnego porozumienia nie wyjdziemy z zaklętego kręgu stagnacji gospodarczej przytłoczonej marnotrawionymi kosztami świadczeń społecznych, emigracją i bezrobociem. Jestem przekonany, że potrzebujemy nowego pomysłu na dialog, który zastąpi wzajemne oskarżanie się.
Pogardliwy język polityków utrwalony niedawno na taśmach to emanacja rzeczywistych relacji, jakie panują dziś między rządem a realnym światem pracodawców i pracowników.
Kilku publicystów „Wyborczej", tradycyjnie wrogo nastawionych do przedsiębiorców, zarzuciło profesorom Uniwersytetu Warszawskiego niekompetencję w ocenie mojej dysertacji
Praca naukowa, tak jak i pomysł Rady Biznesu przy Wydziale Zarządzania UW, miał być częścią poszukiwań rozwiązań, których dotąd nie udało się wypracować. A jedną z wielu moich aktywności jest próba docierania do rozmaitych środowisk i lobbowania na rzecz naprawy systemu. Zależało mi na budowaniu  pomostów, wciąganiu studentów i młodych absolwentów w dialog. Mury, jakie wyrosły w ostatnich latach między pracodawcami i związkowcami a administracją państwa, szybko zaczęły bowiem również wyrastać między pokoleniami. Obecny system kształcenia nie przygotowuje do realiów rynku pracy. Przeciwnie – zostawia z poczuciem wyobcowania i skłania do emigracji.
W swojej dysertacji zaproponowałem więc szereg projektów poprawiających tę sytuację: zmianę Trójstronnej Komisji, przekształcenie Senatu w izbę obywateli, zawarcie paktu społecznego między związkowcami, pracodawcami i rządem.

Histeria lewaków

Dziś powinienem dodać do tego kolejne opisy, jakimi torpedowany jest dialog. Jednym z nich jest wywoływanie histerii medialnej za każdym razem, kiedy pojawia się inicjatywa naprawy i uruchomienia bardziej demokratycznych mechanizmów. Celują w tym środowiska lewicowe, od zawsze wrogie wolności gospodarczej, budujące swoją pozycję na podsycaniu niechęci pracowników do pracodawców. W dialogu upatrują zagrożenia – zaprzeczenia swojej wizji świata.
I tak stało się tym razem. Kampanię nienawiści rozpoczął mało znany bloger skrajnie lewicowego portalu oskarżającego demokrację o faszyzm, wynoszący pod niebiosa wenezuelskiego dyktatora, nawołującego bezrobotnych do rabowania supermarketów, atakujący przedsiębiorców – w tym mnie. Portal „Gazety Wyborczej" czasem przedrukowuje ten zlepek nienawiści. A czasem dziennikarze tej gazety inspirują się tymi tekstami. Niestety.
Jacek Żakowski, Agnieszka Kublik i kilku innych publicystów „Gazety Wyborczej", tradycyjnie wrogo nastawionych do przedsiębiorców, zarzucili profesorom Uniwersytetu Warszawskiego niekompetencję w ocenie mojej dysertacji. Każdy ma prawo do swojej opinii. Rzecz w tym, że „Gazeta" napisała w tej sprawie blisko tuzin tekstów. Na papierze i w internecie. Niemal dzień w dzień powtarzając te same niesprawdzone informacje, wyłącznie w sposób jednostronny.
Sięganie do mojej młodości nie mogło mieć związku z moim doktoratem, ale miało wiele z próbą zniszczenia mojego wizerunku. Nie udało się. Mniejsza z tym, że dziennikarze „Gazety", jeden po drugim, powtarzają fałszywe informacje z mojego życia sprzed 40 lat. Gorzej, że przyjęli fatalną metodę. Metodę, którą do tej pory uważali za „parszywą" – sięganie do zamierzchłych życiorysów, żeby wzmocnić niczym niepoparte tezy.
Raz wtłoczone w medialny obieg kłamstwa dalej są powielane  głosem innych autorytetów przez tę samą gazetę. Prof. Grażyna Skąpska, szefowa Zespołu do spraw Dobrych Praktyk Akademickich, mówi „Wyborczej" to, co wcześniej w niej przeczytała –  nazywa mnie sponsorem wydziału. Ktoś, kto rozprawia o etyce, nie sprawdził, że takim sponsorem nigdy nie byłem. Niemniej w tekście sporo było „troski" o etykę.

Złe dziennikarstwo

Ten styl uprawiania dziennikarstwa ma swoją złą nazwę, ale nie mam wątpliwości, że była to konsekwentna próba wywarcia presji na Radę Wydziału UW. Jednostronne, codzienne, napastliwe teksty. Bo trudno mi inaczej wytłumaczyć sobie zadziwiającą postawę Rady Wydziału. Tak naprawdę to nie ja byłem przedmiotem jej rozważań. Zakwestionowane zostały kompetencje komisji egzaminacyjnej. Rada Wydziału uznała, że komisja, wyłoniona z jej grona i składająca się z wielu profesorów, profesorów- -recenzentów i promotora, nie znała się na tym, do czego została powołana przez Radę.
Nie będę oceniać profesorów, którzy negatywnie oceniają innych profesorów. Tylko jakie ta decyzja niesie przesłanie dla młodych adeptów zarządzania? Czego nowego nauczyli się na temat procesu decyzyjnego w atmosferze napaści medialnej?
Przedsiębiorcy działają inaczej. Nie kierują się nakazami tabloidów, tylko rozwagą, i konsekwentnie walczą o swoje. Ostateczną decyzję o przyznaniu tytułu doktora wyda Centralna Komisja ds. Stopni i Tytułów. Nagonka i niechęć lewicowych środowisk do demokratyzacji życia tym bardziej mobilizuje mnie do kontynuowania tego, co zacząłem.
Autor jest działaczem gospodarczym, założycielem i prezesem Business Centre Club
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA