fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

O naturze wojny ruskiej

Rok 2008. Agresja na Gruzję. Przestroga i demonstracja
AFP
Udawanie słabości lub siły jest jedną z najbardziej charakterystycznych cech rosyjskich działań dezinformacyjnych. Dziś słaba Rosja chce, by ją postrzegano jako supermocarstwo, by jej się bano.
Włodzimierz Bączkowski, międzywojenny znawca spraw wschodnich, zauważył, że rosyjski imperializm swoje sukcesy zawdzięcza przede wszystkim umiejętnej i konsekwentnej polityce oraz strategii, a nie sile militarnej: „Moskwa z reguły podbijała narody bądź znajdujące się w stanie kompletnego upadku, bądź też nie stawiające większego oporu" – pisał.

Rosjanie swój imperialny status zawdzięczają Mongołom, którzy podbili ich w okresie późnego średniowiecza, podporządkowali sobie na kilka wieków i nauczyli zarządzania wielkimi podbitymi przestrzeniami. Od Mongołów imperium rosyjskie przejęło wschodnią kulturę strategiczną, której istotą jest „...akcja polityczna, prowadzona różnorakimi metodami i skrajnie przewrotna, nie zatrzymującą się przed masowymi aktami wszelkiego rodzaju gwałtu sprowadzającego akcję polityczną do charakteru specjalnego rodzaju wojny nieregularnej.".

Wojna nieregularna to przede wszystkim dywersja wewnętrzna na terytorium wroga, której celem jest zmniejszenie potencjału obronnego atakowanego państwa. Jej podstawowe metody to: demoralizacja przeciwnika, przekupstwo elity politycznej i medialnej, nieprzewidywalność posunięć, działanie z zaskoczenia, dezinformacja i ukrywanie zamiarów strategicznych.
Bączkowski twierdził, że jedyna skuteczna metoda walki z Rosją polega na naśladowaniu jej dywersyjnych metod działania.
Federacja Rosyjska w ciągu ostatnich dwóch dekad prowadziła wiele wojen zarówno wewnętrznych (m.in. wojny czeczeńskie), jak i zewnętrznych (wojna w Abchazji, Naddniestrzu czy Gruzji). Ich cechą charakterystyczną jest to, że odbywały się one bądź na terytorium Rosji, bądź w przestrzeni postsowieckiej, czyli na terytorium byłego ZSRS. Zasięg tych wojen wskazuje, że ich celem było przeciwdziałanie tendencjom odśrodkowym (Rosja to nadal państwo wielonarodowe) lub zachowanie wpływów w krajach formalnie suwerennych, a kiedyś zależnych od Moskwy.

Gruzińska lekcja

Wojna z Gruzją w sierpniu 2008 roku to klasyczna nieregularna wojna ruska, której pretekstem było przestrzeganie praw mniejszości. Rosja od wieków słynie z zaangażowania w obronę praw mniejszości etnicznych i religijnych, zamieszkałych poza jej granicami. Skwapliwie wykorzystuje je do wywierania nacisku, destabilizowania lub wojny z państwem, które nie chce być jej powolne.
Gruzja ma dla Rosji znaczenie strategiczne. Stanowi wrota na południowy Kaukaz i dalej na południowy wschód, gdzie znajdują się bogate złoża gazu i ropy. Może być więc ważnym korytarzem transportu surowców energetycznych na Zachód z pominięciem terytorium Rosji. Moskwa chce ją kontrolować, aby do tego nie dopuścić. Dzięki temu może dyktować wysokie ceny na gaz ziemny oraz utrudniać dywersyfikację dostaw ropy naftowej i gazu Europie.
Po upadku ZSRS Kreml robił wiele, aby utrudnić Gruzji samodzielny byt państwowy. Do działań dywersyjno-rozkładowych wykorzystywał inne małe narody zamieszkałe w tym kraju. Przede wszystkich Abchazów i południowych Osetyjczyków, którzy zamieszkiwali dwie dążące do niezależności od Tbilisi enklawy.
Po rewolucji róż w listopadzie 2006 roku nowe pokolenie gruzińskich przywódców z Micheilem Saakaszwilim na czele, zamiast lawirowania między Moskwą a Unią Europejską wybrało integrację z Zachodem. W odpowiedzi Rosja rozpoczęła operację specjalną. W lecie 2008 r. wspierani przez Rosjan Osetyjczycy rozpoczęli bombardowanie terytoriów zamieszkałych przez gruzińskich cywilów. Saakaszwili wysłał przeciwko nim regularne wojsko. Na to tylko czekała Moskwa i rozpoczęła agresję. Rosyjskie wojsko w ciągu kilku dni rozbiło nieliczną gruzińską armię i zagroziło Tbilisi. Mediacja Zachodu zapobiegła całkowitej katastrofie.
Rosja osiągnęła cele. Ukarała swojego byłego poddanego za to, że chciał wejść do sojuszu, który uważała za wrogi. Upokorzyła mocarstwa zachodnie, a przede wszystkim Stany Zjednoczone, które będąc najważniejszym partnerem Tbilisi, nie były mu w stanie realnie pomóc w najtrudniejszym momencie. Zademonstrowała innym państwom, które chciałyby iść w ślady Gruzji, że kontroluje obszar postsowiecki i zablokuje próby integracji ze strukturami euroatlantyckimi każdego kraju z nią graniczącego. Co więcej, zniechęciła mocarstwa zachodnie do kontynuowania rozszerzenia na wschód NATO i UE.
Wojna Tbilisi miała być przestrogą i demonstracją, że Rosja uczyni wszystko, aby żadne z państw, które uzna za leżące w strefie swoich wpływów, nie ważyło się z niej wyjść, a ich ewentualne starania o członkostwo w NATO i UE, będzie traktowała jako casus belli. To przesłanie było skierowane przede wszystkim do Kijowa.

Desant „zielonych ludzików"

Agresja na Gruzję ujawniła kolejną wyjątkową cechę wojny ruskiej. W tradycji zachodniej wojna jest ostatecznością. Z zasady rozpoczyna się ją dopiero wtedy, gdy wyczerpane zostaną środki dyplomatyczne albo wtedy, gdy strony po prostu nie chcą rozwiązania sporu przy stole rokowań. Wojna prewencyjna rzadko znajduje amatorów w naszym kręgu cywilizacyjnym. Dlatego Hitler w latach 1933–1939 był praktycznie bezkarny.
Wschodnia tradycja strategiczna jest bardziej elastyczna. Tu wojna może być wstępem do rokowań. Jedna ze stron decyduje się na szybką kampanię militarną, w której pokonuje siły zbrojne przeciwnika, ale nie unicestwia go, pozostawiając mu pole do politycznego manewru. Taka prewencyjna manifestacja siły służy wzmocnieniu własnego stanowiska przy stole negocjacyjnym.
Tak więc po sierpniu 2008 r. w Europie powstała niepisana umowa dotycząca zachowania status quo, którą wszyscy starali się przestrzegać. Także elity rządzące nad Dnieprem.
Julia Tymoszenko, a potem Wiktor Janukowycz nie negocjowali z Unią na poważnie, ale w ramach dozwolonego przez Moskwę lawirowania pomiędzy Rosją i Zachodem. Układ podważyli jednak zwykli Ukraińcy, którzy mieli dość oszukańczych i złodziejskich rządów Janukowycza. Dołączyli do nich niektórzy oligarchowie, którzy chcieli zmian na szczytach władzy. I w ten sposób kilkadziesiąt tysięcy protestujących na Majdanie wraz z kilku oligarchami zburzyło niczym domek z kart umowę, która miała być gwarancją nowego porządku pozimnowojennego.
Moskwa swoim zwyczajem rozpoczęła kolejną wojnę nieregularną. Tym razem jako pretekst wykorzystała obronę praw rosyjskojęzycznej mniejszości, zamieszkałej na wschodzie i południu Ukrainy, przed ukraińskimi „faszystami i banderowcami". Najpierw zaskoczyła społeczność międzynarodową desantem „zielonych ludzików", a następnie natychmiastową aneksją Krymu. Potem wsparła działania dywersyjne na wschodzie i południu Ukrainy. Przeliczyła się jednak. Rosyjskojęzyczna ludność na tych terenach nie przyłączyła się entuzjastycznie do oficerów specsłużb i zwykłych bandytów, którzy stanowili kadrę tzw. separatystów. W efekcie państwu ukraińskiemu udało się ograniczyć ogniska rosyjskiej dywersji do dwóch miast – Doniecka i Ługańska.

Sfinksowa natura Kremla

Nowa nieregularna wojna rozpoczęta aneksją Krymu ma jednak o wiele szerszy zakres, aniżeli gruzińska. Putin walczy nie tylko z Ukraińcami, ale ze wszystkimi tymi na Zachodzie, którzy nie godzą się z jego wizją architektury europejskiej. W tym starciu używa nie tylko sił zbrojnych, ale także zachodnich mediów oraz przekupionych polityków i biznesmenów. Jego celem jest rozbicie wspólnoty euroatlantyckiej poprzez poróżnienie największych mocarstw europejskich z Ameryką, a w konsekwencji zniszczenie NATO.
Aby zrozumieć politykę Kremla, trzeba odróżnić jego cele taktyczne od strategicznych. Taktyka wojny nieregularnej na Ukrainie wydaje się przejrzysta. Putinowi chodzi o to, aby Ukraina pozostała w strefie wpływów Rosji, a zatem nie stała się któregoś dnia częścią Zachodu, aby nie przyjęła jego cywilizacyjnego modelu, na który składają się państwo prawa, demokracja, wolny rynek. Ponieważ obecnie nie jest on w stanie kontrolować Ukrainy w takim zakresie jak za rządów Tymoszenko czy Janukowycza, stawia na destabilizację tego państwa, stosując różnorakie działania dywersyjne.
Taktyka jest jednak służką strategii, tak jak wojna – polityki. To oczywista zasada, którą przed prawie 200 laty z pruską precyzją wyłożył Clausewitz. Należy zatem zapytać, jaki cel strategiczny chce osiągnąć Władimir Putin, prowadząc nieregularną wojnę z Ukrainą i Zachodem.
Nie stanowi szczególnej tajemnicy, jakie cele strategiczne chcieli osiągnąć tacy europejscy przywódcy, jak: Napoleon, Bismarck, Hitler, Churchill czy Reagan. Działania władców Kremla zazwyczaj otacza mrok. Doskonałym przykładem sfinksowej natury jest Stalin. Po dziś dzień nie wiemy, do czego ostatecznie dążył ten największy XX-wieczny kremlowski strateg. Do panowania Imperium Sovieticum nad całym światem? Zwycięstwa idei komunistycznej? A może tylko do „budowy komunizmu w jednym kraju"?
Rosjanie uzyskują przewagę nad konkurentami, ukrywając prawdziwe cele strategiczne. Zwycięstwo osiąga bowiem zazwyczaj ten, kto lepiej potrafi przewidzieć posunięcia przeciwnika.
Dlatego wywiady najważniejszych państw europejskich w pocie czoła starają się odpowiedzieć szefom swoich rządów, w co tak naprawdę gra Putin. Można się domyślać, że rozważają dwa główne scenariusze strategiczne.

Między mafią a korporacją

Pierwszy scenariusz strategiczny, nazwijmy go kleptokratycznym, zakłada, że głównym motywem działań Putina jest zachowanie przez niego osobistej władzy. System, który stworzył, polega na tym, że sprawuje on rządy autorytarne przy pomocy ok. 1000-osobowej grupy, których celem jest zawłaszczenie ogromnych zysków z handlu ropą naftową i gazem. Roczne obroty z tego tytułu wynoszą kilkaset miliardów dolarów. Putin jest więc szefem czegoś pomiędzy mafią a wielką prywatną korporacją, która sprywatyzowała Rosję.
W tym scenariuszu wojna przeciwko Ukrainie ma uniemożliwić przeprowadzenie w tym kraju jakichkolwiek reform, które doprowadziłyby do powstania demokratycznego państwa prawa. Putin się obawia, że liberalno-demokratyczna zaraza mogłaby zaatakować jego własnych poddanych. A wtedy on i jego współpracownicy znaleźliby swoje miejsce na śmietniku historii. Putin, prowadząc wojnę nieregularną, chce zdestabilizować państwo i społeczeństwo ukraińskie. Dąży też do osiągnięcia porozumienia z Zachodem, którego celem byłoby zahamowanie ekspansji instytucji zachodnich w obszarze postsowieckim oraz nowy korzystny dla Moskwy podział stref wpływów na tym terytorium.
Strategia zachowania przy życiu ustroju kleptokratycznego ma jeszcze jeden wymiar. System autorytarny ma to do siebie, że nie są weń wbudowane – jak w demokrację – instytucje służące rozwiązywaniu konfliktów społecznych. Rządy autorytarne muszą więc wykorzystywać przemoc, która w pewnym momencie, zamiast likwidować konflikt, może go tylko podsycić. Notabene, to właśnie stało się na Majdanie. Dlatego charakteryzuje je skłonność do przenoszenia konfliktu wewnętrznego na zewnątrz. Wojna odwraca uwagę rządzonych od wewnętrznych problemów, co więcej, może być ich dobrym wytłumaczeniem.
A Putin ma do czynienia z co najmniej dwiema poważnymi trudnościami: kryzysem gospodarczym i zablokowaniem przez „siłowików" możliwości awansu społecznego nowej klasie średniej Moskwy i Sankt Petersburga. Strategia kleptokratyczna ma zatem charakter pasywny i obliczona jest na stabilne trwanie grupy trzymającej władzę.

Blef Putina

Drugi scenariusz strategiczny, imperialny, zakłada, że Putin przede wszystkim realizuje cele geostrategiczne. Chce odwrócić skutki „największej katastrofy geopolitycznej XX w.", czyli odbudować rosyjskie imperium. W tej perspektywie wojny z Gruzją i Ukrainą nie są prewencyjnymi ostrzeżeniami przed próbami naruszenia status quo, a wstępem do szeroko zakrojonej ekspansji i być może nawet regularnej wojny.
W Rosji obrodziło ostatnio ideologami imperializmu. Najgłośniej jest o Aleksandrze Duginie, profesorze Uniwersytetu Moskiewskiego. W jego wizji strategicznej wzorowanej na niemieckiej koncepcji geopolitycznej Moskwa jako cywilizacja lądowa (eurazjatycka) rywalizuje o panowanie nad światem z Waszyngtonem, cywilizacją morską. Wojna z Ukrainą jest początkiem odrodzenia (wiosny) Rosji i ważnym etapem w walce o globalne panowanie.
Rosjanie wierzą, że Putin realizuje ich marzenie o wielkim i szanowanym mocarstwie, stąd bierze się ich przytłaczające poparcie dla niego. Znacząca część komentatorów i ekspertów, być może nawet większość, także tłumaczy bieżące posunięcia Kremla realizacją scenariusza imperialnego.
Wydaje się jednak, że owa większość jest w błędzie. A to dlatego, że strategia ta jest nierealistyczna. Rosja jest bowiem zbyt słaba, by mogła urzeczywistnić jakiekolwiek imperialne plany.
W wojnie z Zachodem nie ma najmniejszych szans. Jako mocarstwo jest gospodarczym karłem. Jej gospodarka, biorąc pod uwagę PKB, porównywalna jest do dużego państwa unijnego, np. Włoch. Udział Rosji w światowym PKB wynosi ok. 3,5–4 proc., natomiast Zachodu (UE + USA) przeszło 50 proc. Na zbrojenia Rosja wydaje mniej więcej tyle co Wielka Brytania, ale mniej więcej osiem razy mniej niż Stany Zjednoczone. To proste porównanie, które może wykonać każdy student pierwszego roku stosunków międzynarodowych, dowodzi, iż Rosja udaje, że prowadzi politykę imperialną. A to dlatego, żeby utrudnić dostrzeżenie jej prawdziwej strategii.
Udawanie słabości lub siły jest jedną z najbardziej charakterystycznych cech rosyjskich działań dezinformacyjnych. Na początku lat 40. XX w. Stalinowi udało się ukryć, że dysponuje największą i najsilniejszą na świecie armią, która mogła podbić całą Europę. Jego blef okazuje się skuteczny po dziś dzień, albowiem Kreml fałszuje sowiecką historię i skrywa tajemnice strategicznych planów wojennych Józefa Wissarionowicza. Obecnie słaba Rosja chce, by ją postrzegano jako supermocarstwo, by jej się bano.
Scenariusz otwartej agresji Rosji, która rozleje się na Europę, jest mało prawdopodobny, ale nie da się go w pełni wykluczyć. Rosyjscy wojskowi próbują go w grach sztabowych i na poligonach. W 2013 r. podczas manewrów „Zapad" Rosja i Białoruś ćwiczyły atak na kraje bałtyckie i Polskę (ich przebieg miał przewidywać atak jądrowy na Warszawę).
O strategii imperialnej pisał niedawno Andriej Piontkowski, rosyjski opozycjonista i zarazem znawca strategii wojen jądrowych. Jest on przekonany, że Putin gotów jest wywołać wojnę światową, w której powstający z kolan prawosławny ruski świat pokona zgniły i dekadencki świat anglosaski. Ponieważ przeciwnik dysponuje przewagą w dziedzinie gospodarczej i broni konwencjonalnej, Putin wykorzysta „psychologiczną przewagę w zdolności do zastosowania broni jądrowej".
Piontkowski twierdzi, że mocarstwo jądrowe chcące zmienić międzynarodowe status quo teoretycznie może osiągnąć poważne sukcesy na arenie międzynarodowej, grożąc użyciem broni jądrowej lub używając jej w ograniczony sposób. Pod następującymi wszakże warunkami: awanturnictwa, przewagi woli politycznej nad konkurentami i obojętności na ewentualną śmierć swoich i obcych obywateli. Rosja Putinowska spełnia te warunki, może więc w praktyce zastosować tę strategię.
Wojna europejska mogłaby mieć według Piontkowskiego następujący przebieg. Wojska rosyjskie w ramach łączenia ruskiego świata zaatakują Estonię, kiedy jej rosyjskojęzyczni obywatele w referendum zadecydują o powrocie do macierzy. Jeśli NATO nie odpowie natychmiast, to kryzys ten skończy się efektownym blitzkriegiem Moskwy.
Jeśli jednak sojusz skutecznie zareaguje i wyśle swoje wojska w region konfliktu, to Putin zastosuje drugi krok. Zaatakuje bombami atomowymi dwie stolice europejskie i – jak zauważa Piontkowski – „nie będzie to Paryż ani Londyn". Putin przekonany o tchórzliwości przywódców Zachodu zakłada, że nie zdecydują się oni na eskalację. A to dlatego, że NATO  musiałoby odpowiedzieć jądrowym uderzeniem na Moskwę, co w konsekwencji spowodowałoby rosyjski odwet i zniszczenie Europy, Rosji i USA. Putin, niszcząc dwie europejskie stolice, pozostanie bezkarny. W ten sposób osiągnie swoje najważniejsze cele: zniszczy wspólnotę euroatlantycką i NATO oraz skompromituje Stany Zjednoczone.
Ten czarny scenariusz jest oczywiście jednym z najmniej prawdopodobnych, ale ponieważ rozpatrywany jest przez Rosjan, musi być brany pod uwagę na Zachodzie. Nawet jeżeli jedynym jego celem jest dezinformacja i przestraszenie przeciwników Kremla.

Strategia udawania

Niezależnie od tego, jakie decyzje ostatecznie podejmie Putin, wiele wskazuje, że z obecnego konfliktu wyjdzie on zwycięsko, ponieważ zachodni politycy przyjęli strategię udawania, że Rosja nie prowadzi wojny przeciw Ukrainie i Zachodowi.
Ażeby skutecznie rywalizować z Rosją, jak zauważył Włodzimierz Bączkowski, trzeba stosować te same co ona metody. Zachód, jeśli nie chce się skompromitować i ponieść klęski,  winien przejąć inicjatywę strategiczną i zagrozić użyciem realnej siły. A zatem zrobić coś odwrotnego niż do tej pory, wszem wobec ogłaszając rezygnację z opcji militarnej. Trzeba przede wszystkim odejść od nieformalnych umów z Rosją zawartych w latach 90. w procesie rozszerzania NATO na wschód i podjąć decyzję o rozlokowaniu na wschodniej flance sojuszu poważnych sił lądowych, lotniczych, a przede wszystkim broni jądrowej. Potem wesprzeć Ukraińców tak samo jak Rosjanie wspierają tzw. separatystów, czyli dostawami broni i ciężkiego sprzętu oraz pomocą doradców. A zatem prowadzić z Rosją wojnę, ponieważ Rosja prowadzi wojnę z Zachodem.
Jeśli Zachód nie zdecyduje się na realną odpowiedź Rosji, Polska jako kraj egzystencjalnie zagrożony rosyjskim imperializmem winna zmienić swoją strategię obronną. Zamiast wydawać krocie na armię biurokratów w oficerskich mundurach (ok. 70 proc. naszej armii to urzędnicy) i kupowania bardzo drogich zachodnich zabawek, które na nic zdadzą się w przypadku jądrowego ataku Rosji, musimy stworzyć własne siły odstraszania jądrowego. Wtedy gospodarz Kremla będzie pewny, że gdy przyjdzie mu do głowy zmieść z powierzchni ziemi Warszawę, będzie musiał się liczyć odwetem.
Autor jest historykiem filozofii. Jako ekspert w dziedzinie stosunków międzynarodowych pracował w Kancelarii Prezydenta, MSZ oraz Kancelarii Prezesa Rady Ministrów
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA