fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Powstanie Warszawskie

Wygrali i z głupstwem, i z podłością - o Powstaniu Warszawskim pisze Piotr Zaremba

W PRL dominowało naciągane oskarżenie tych, co „zniszczyli Warszawę”
EAST NEWS, Eugeniusz Haneman Eugeniusz Haneman
Co chcą osiągnąć krytycy zrywu? Szukając prawdy za fasadą dotychczasowych mitów, można samemu produkować mity bardziej naiwne.
"Powstanie Warszawskie nie miało najmniejszych szans na powodzenie – mówi Stanisław Likiernik, jeden z ostatnich żyjących uczestników tragedii sprzed 70 lat" – to anons wywiadu, jakim Piotr Najsztub uczcił 70. rocznicę Powstania Warszawskiego na łamach tygodnika „Newsweek".
Że nie miało szans, to konstatacja historyczna, ale zasłużony uczestnik tamtych zdarzeń wygraża powstańczemu dowództwu. Z pewnością ma swoje powody i nie mnie je oceniać. Ale mimowolnie wpisuje się w spektakl, który w większym chyba stopniu dotyczy dnia dzisiejszego niż tamtych zdarzeń.

Tylko tragedia?

Zauważmy, liberalno-lewicowy „Newsweek" nazywa go „jednym z ostatnich żyjących uczestników". Sens tej słownej sztuczki jest jasny: ci nieliczni, którzy jeszcze żyją, wiedzą, jak było. Toteż w przeciwieństwie do epigonów z dnia dzisiejszego powstanie krytykują. A przecież tak naprawdę żyje ponad 3 tysiące powstańców, wielu ma inne zdanie, o czym tygodnik Tomasza Lisa się nie zająknie.
Powstanie pojawia się w „Newsweeku" tylko jako „tragedia", nie jako zryw, nie jako wartość. To przyczynek do głębokiego podziału, jaki wywołuje dziś wspomnienie tamtego wydarzenia.
Nie zamierzam twierdzić, że to taki podział dla jednej tylko strony. Mój tygodnik ?„wSieci" upamiętnił powstanie tekstem prof. Witolda Kieżuna. On zaś („jeden z ostatnich żyjących", my akurat takich sztuczek nie stosujemy) broni racji nie tylko uczestników powstania, ale i tych, którzy podjęli decyzję.
Pojawia się też u nas głos zza grobu, fragment wywiadu, jaki w roku 1989 przeprowadził wrocławski opozycjonista Krzysztof Turkowski z Tadeuszem Żenczykowskim, przed wojną znaczącym piłsudczykiem, a w roku 1944 dowódcą powstańczej propagandy. On zaś mówi o motywach wywołania powstania mniej więcej to samo co dzisiaj Kieżun.
Jest też w tym fragmencie fascynujący wątek. Żenczykowski zajmował się tym, co tak pięknie pokazano w filmie dokumentalnym „Powstanie Warszawskie" złożonym ostatnio z dawnych kronik przez zespół dyrektora Jana Ołdakowskiego. To ten człowiek wysyłał podczas powstania na warszawskie ulice filmowców. To „Kania" Żenczykowski uczestniczył w budowaniu w dramatycznych okolicznościach namiastek społeczeństwa obywatelskiego, z którym Polacy mają na co dzień takie trudności.
Jestem dumny z tego, że taką optykę rozmowy o powstaniu wybrało moje środowisko. Nie zamierzam się tu bawić w poszukiwacza sprzeczności i równoważących się zdań.
Skądinąd przypomnienie przez Kieżuna i Żenczykowskiego, że nie było prostej alternatywy: Warszawa nietknięta przez pociski albo zniszczona przez głupotę samej AK to jeden z ważniejszych elementów debaty nad powstaniem. Niemcy chcieli zmienić stolicę w twierdzę, bronić się na linii Wisły. Skąd polscy dowódcy mieli wiedzieć, że to nie istotne, ale może śmiertelne zagrożenie?

Rozdrapywanie ran

Drugi wątek dotyczy polityki, splotu racji, które świetnie przedstawił ostatnio w sobotnio-niedzielnym dodatku „Rzeczpospolitej" „Plus Minus" Piotr Semka. To była gra o rząd dusz Polaków, środowisko związane z rządem w Londynie miało nie tylko prawo, ale i obowiązek ją podjąć. Wizja, że jedynymi wyzwolicielami ratującymi Polaków przed Niemcami i dokonującymi w imieniu Polaków pomsty są Sowieci i ich komunistyczni sprzymierzeńcy, była wizją zabójczą dla polskiej duszy.
Nie tylko zabójczą z tamtej perspektywy, kiedy nie znano jeszcze ostatecznego obrotu zdarzeń. Zabójczą także i w naszych oczach, kiedy wszystko już wiemy. Budowanie moralnej legitymacji dla nowych panów Polski nie było zadaniem dla Polskiego Państwa Podziemnego. Tak zaś tym nowym panom pozostało naciągane oskarżenie tych, co „zniszczyli Warszawę".
Naturalnie te wątki w dużej mierze pozamykano, ostatecznie w latach 90., kiedy to debata nad powstaniem prawie się już nie toczyła. Odżyła wraz z budową Muzeum Powstania Warszawskiego, kiedy Lech Kaczyński przypomniał nam, że warto być dumnym z polskości, z polskiej historii, a nie tylko zajmować się przyszłością. Za to jedno przejdzie do panteonu najważniejszych polskich polityków, bo wbrew pozorom nie było to wcale oczywiste, nawet dla części polskiej prawicy. Dziś jest oczywiste także dla wielu Polaków, którzy o innych sprawach nie mówią językiem Kaczyńskiego.
Ale ceną tej decyzji było rozdrapanie starych ran, a po części rozognienie się nowych. Debata stała się na powrót żywa. Do boju z mitem powstania stanęli różni przeciwnicy.
Początkowo w tej rozgrywce przodowała „Gazeta Wyborcza" wraz ze związanym z nią szerszym obozem medialnym. Nie podjęła frontalnego szturmu, manifestowała raczej niezadowolenie z powodu formy, zarzucając na przykład powstańczemu muzeum szerzenie rzekomej bohaterszczyzny, niezauważanie dramatu ludności cywilnej czy nadmierne zaczadzanie nas przeszłością.

Powstrzymać prawicę!

Oferowała swoje łamy przeciwnikom najróżniejszym. Raz były to subtelne rozważania badaczki romantyzmu Marii Janion, a raz grubiańskie uwagi Kazimierza Kutza, który przeciwstawiał rzekomemu kultowi straceńczości równie rzekomy śląski realizm.
Były też głosy aż nadto toporne. Reżyser Olga Lipińska, krytykując pomnik Małego Powstańca, żądała, aby przyznać, że „najważniejsze jest zawsze życie". Ta pochwała oportunizmu à la PRL w wydaniu skądinąd dowcipnej pani reżyser szczególnie zapadła mi w pamięć, bo ujawniała, jak daleko są w stanie się posunąć, puszczając takie wypowiedzi, dawni ludzie antypeerelowskiej opozycji. Posunąć w walce z polityką historyczną nielubianego obozu.
Bo choć przez te spory przebijały ważne pytania i różnice, choćby spór o wzorce dla dzisiejszego patriotyzmu, w ostateczności chodziło przede wszystkim o to. Wyraził to prostoduszny Paweł Wroński, narzekając w „GW", że lekcje historii napędzają poparcie dla prawicy, i piętnując obrońców powstańczej tradycji, w tej liczbie niżej podpisanego, najprostszym argumentem: tak piszecie, bo tak wam każe prezes Kaczyński. Że chodzi o coś dużo ważniejszego, trudno było mu (im) pojąć.
Odpryskiem tego obozu okazały się środowiska bardziej jeszcze lewicowe, dla których kult powstania to manifestacja militarystycznych fascynacji i skłonności maczystowskich, więc trzeba je zanegować w imieniu kobiet i mniejszości. Gdy mowa o tym froncie, szczególnie zapadł mi w pamięć pomysł ośmieszenia w „Krytyce Politycznej" pewnego komiksu o powstaniu przez dopiski i rysunki dzieci, które nie rozumiały jego sensu. Dorysowywanie powstańcom wąsów to moim zdaniem największy wkład intelektualny tego nurtu lewicy w rozważania o walce sprzed 70 lat.

Naprawdę „obłęd"?

Jest też krytyka z prawej strony. Ona istniała zawsze, to nie jest wydumane zjawisko, wynikało z innych ocen taktycznych, ale także odmiennych założeń ideowych, na przykład znaczna część endecji pozostała wierna antyinsurekcyjnemu credo w każdej postaci. Można też atakować powstanie z pozycji de facto filoniemieckich albo paradoksalnie w duchu maksymalistycznego antykomunizmu à la Józef Mackiewicz. To w teorii linia Piotra Zychowicza.
Paweł Wroński narzekał prostodusznie w „GW", że lekcje historii napędzają poparcie dla prawicy
Chętnie bym jednak przekonał piszącego na łamach „Tygodnika Do Rzeczy" kolejny płomienny manifest doktora Sławomira Cenckiewicza, że tamci historyczni krytycy, jeśli używali słów mocnych, to dlatego, że sami byli uczestnikami wydarzeń. Mieli większe moralne prawa, czasem byli wręcz powstańcami. A i tak rzadko który z nich dorównał Zychowiczowi uznającemu tytuł „Obłęd" za najlepszą etykietkę dla powstańczego wysiłku.
I chętnie bym też, czytając o rzekomych krzywdach, jakich doznają zwolennicy „nieskrępowanej debaty" po prawej stronie, spytał, czy nie większej krzywdy doznali uczestnicy planu „Burza", gdy im Zychowicz zarzucił gremialnie „kolaborację z Sowietami". Jest to wyjątkowy nonsens, bo kolaboranci nie wędrują od razu do więzień tego, z kim kolaborują. Albo generał Leopold Okulicki posądzany w aluzjach, że jest sowieckim agentem.
Problem polega na tym, że z najbardziej konserwatywnych pozycji można dziś ulec logice jarmarcznego, tabloidalnego spektaklu. A szukając prawdy za fasadą dotychczasowych mitów, można samemu produkować mity dużo bardziej naiwne. W tym przypadku mitem jest przekonanie, że Polacy mogliby mieć z łatwością inną, pozbawioną niebezpieczeństw, wręcz szczęśliwą historię, mimo że dostało im się miejsce w tym punkcie Europy, gdyby nie kilku głupców na czele narodu.

Mit kontra mit

Mit to wyjątkowo prostacki, ale jakże wygodny. Jak łatwo można sobie poprawić samopoczucie i pozyskać wyznawców. Jedni, jak szef MSZ Radosław Sikorski, całkiem otwarcie szukają w tym argumentu przeciw znienawidzonym braciom Kaczyńskim. Inni, jak Rafał Ziemkiewicz, przyznają, że chodzi o ulepienie nowej, pozbawionej mesjanistycznych pokus prawicy. Może ta intencja jest i zbożna, tylko co to ma wspólnego z rzetelnym badaniem prawdy o powstaniu?
Prawicowi krytycy powstania przeciwstawiają obrońcom, często ograniczającym się do pokornego: „Nie wiemy, jak by było, jednak rozważcie to, to i jeszcze to", radosną beztroskę i poczucie wszechwładzy. Ma się takie poczucie, kiedy pisze się tak zwaną historical fiction, nie do zweryfikowania. W ostatecznym rachunku pracują jednak na rzecz nihilistycznej wizji świata takich ludzi jak Olga Lipińska. I może nawet warto byłoby taką cenę zapłacić, gdyby coś nowego naprawdę odkryto. Wymachiwanie nowymi mitami i niechęcią do tych czy innych historycznych postaci to jednak trochę mało.
Ja najbardziej lubię żmudne dłubanie przy historii, kiedy to nie ma łatwych odpowiedzi i jeszcze łatwiejszych kanonizacji lub potępień. Ale jeśli już mam wybierać między mitami i mitami, to wybieram na swój użytek jeden, całkiem poręczny, no i mający związek z rzeczywistością. W książce Tony'ego Judta „Postwar" znalazłem ostatnio znamienne zdanie. Odnosząc się akurat do Stanisława Mikołajczyka, Judt napisał, że jego powojenna partia musiała się borykać ze słabością. Był nią „charakterystyczny polski upór, aby być równocześnie antynazistowskim i antysowieckim".
Z tego akurat jestem dumny, choć badacz z Londynu uznawał to za nasz kłopot. Na tym gruncie chętnie podejmę debatę na temat bilansu, zysków i kosztów, pod warunkiem że będzie poważna. Że znowu nie zaczną mnie leczyć z „militarystycznych obsesji", nauczać, że nie czas na kult bezkompromisowości, bo „trzeba żyć", albo podsuwać mi egzotycznych rozwiązań typu pójście z Hitlerem.
Mam zresztą wrażenie, że w tym roku to wszystko jakby trochę się wyciszyło. „Wyborcza" uznała, że ludzie głosują nogami, więc warto trochę na powstańczych sentymentach zarobić, włączając się w kampanie promocyjne, a nawet finansując (mowa o Agorze) filmy. Pojawiają się tam nawet ciekawe wywiady, choćby z innym weteranem powstania Jerzym Kłoczowskim.
Lewica też jakby się przyczaiła. Skoro feministki domagają się używania słowa „powstanka" (kobieta powstaniec), to może jakoś się utożsamiają, więc chociaż niektóre nie będą tropić wraz z Elżbietą Janicką w wojennej Warszawie wotywnych kapliczek wystawionych na pohybel Żydom. Nawet minister Sikorski ma inne kłopoty i nie ogłasza kolejnych odkryć.
Problemem będą być może w najbliższej przyszłości szaleństwa prawicowe – wraz z ożywionym fenomenem kolejnego krwawego krytyka powstania Janusza Korwin-Mikkego. Ale przeżyjemy i to. Widzieliśmy już dawniej niejedno. Jednak powstanie, choć skończyło się klęską, potem już przetrwało największe głupstwo i największą podłość.
Autor jest publicystą tygodnika „wSieci" i portalu wPolityce. pl
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA