fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Bez Polaka nie da rady

Fotorzepa, Dariusz Gorajski
Jędrzej Bielecki
Po 12 latach spektakularnych sukcesów skrajnej prawicy Holendrzy są zmęczeni populizmem. To może się stać przykładem dla innych krajów UE.
Korespondencja z Rotterdamu
Richard Ter Laak bezradnie rozkłada ręce.
– Jeśli Polacy przestaną przyjeżdżać, interes upadnie. Rumuni, Bułgarzy, a tym bardziej Marokańczycy ich nie zastąpią: nie chcą pracować – mówi właściciel największej, ale też najnowocześniejszej „fabryki" orchidei na świecie.
Budynek o gigantycznej powierzchni ośmiu hektarów położony jest w zachodniej części Holandii. Panuje tu tropikalny klimat, a roboty z precyzją co do milimetra przesuwają palety tak, aby utrzymać optymalny cykl życia kwiatów. Kluczem sprawnego działania zakładu pozostają jednak pracownicy, w 95 procentach sezonowi imigranci z Polski. To oni zapewniają niezwykłą wydajność pracy (26 tys. kwiatów rocznie na zatrudnionego) i bardzo niskie ceny upraw kwiatów (4 euro od sztuki).

Dzieci żyją gorzej

Polscy pracownicy w pełni zadowoleni jednak nie są, szczególnie od kiedy za cichym przyzwoleniem ówczesnego rządu trzy lata temu powstał portal, na którym Holendrzy mogą zamieszczać zarzuty wobec imigrantów.
– W zakładzie dobrze nas traktują. Jednak kolega został obrzucony wyzwiskami przez młodocianych Holendrów za to, że jest Polakiem – przyznaje pracujący przy orchideach Rafał Grzegorzewski z Rybnika.
Brutalne zabójstwo w 2002 r. populistycznego polityka Pima Fortuyna rozpoczęło spektakularny sukces skrajnej prawicy w Holandii. Pałeczkę przejął niewiele mniej charyzmatyczny Geert Wilders. W wyborach w 2010 r. jego Partia Wolności (PVV) zdobyła aż 24 ze 150 miejsc w parlamencie i zapewniła zaplecze parlamentarne rządu, choć bez mianowania własnych ministrów. Wówczas wydawało się, że pobyt około 170 tys. polskich imigrantów wkrótce dobiegnie końca.
– Szybki wzrost nastrojów antyeuropejskich ma głębokie przyczyny – przyznaje „Rz" Frans Timmermans, szef holenderskiej dyplomacji. – Po poszerzeniu Unii staliśmy się relatywnie małym krajem, z czym trudno się pogodzić. Kolejny problem: Holendrzy są narodem kupców i nie oczekują od Brukseli niczego więcej poza stworzeniem warunków do wolnego handlu, szczególnie gdy po rozpadzie ZSRR zniknęło zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa. Ale najważniejszy jest strach ludzi, którzy nie potrafią odnaleźć się w warunkach globalizacji. A ich jest coraz więcej. Z powodu kryzysu po raz pierwszy od drugiej wojny światowej Holendrzy obawiają się, że ich dzieci będą żyły gorzej – dodaje Timmermans.
Coraz więcej wskazuje jednak na to, że dni największej chwały Wilders ma już za sobą. W majowych wyborach do europarlamentu jego partia zdobyła tylko 13,3 proc. poparcia, spadając na trzecie miejsce. Rok wcześniej  w przedterminowych wyborach PVV straciła aż dziewięć foteli w parlamencie, zachowując ich jedynie 15. Jednym z powodów tej porażki jest rosnąca świadomość w holenderskim społeczeństwie, że całe sektory gospodarki upadną w razie wyrzucenia polskich imigrantów, jak tego chce Wilders. W przeciwieństwie do sąsiednich Niemiec Holandia nie przeprowadziła poważnej reformy systemu zabezpieczeń socjalnych: współrządząca lewicowa PvdA blokuje cięcia. Mimo stagnacji gospodarczej każdy Holender wciąż nie tylko dostaje przez dwa lata po utracie pracy 70 proc. ostatniej pensji, ale później, już bezterminowo, może liczyć na 70 proc. pensji minimalnej, która wynosi 1,4 tys. euro brutto.
– Przy takich zabezpieczeniach ludziom nie chce się pracować. Właśnie dlatego Polacy są niezbędni – mówi Ter Laak.

Tylko z najbiedniejszych regionów

Eurosceptycyzm jest także sprzeczny z racją stanu Holandii. O tym jest przekonany minister Timmermans.
– Nie ma kraju, który bardziej korzysta na integracji z Unią. Rotterdam to okno Europy na świat, bez europejskiego rynku jesteśmy niczym – przyznaje minister.
Obawy przed Polakami tym bardziej słabną, że fala imigracji wyraźnie opada. Zdaniem ambasadora RP w Hadze Jana Borkowskiego liczba naszych rodaków wzrosła w ub.r. już tylko o 10 tys. Praca za minimalny holenderski zarobek (ok. 1000 euro netto miesięcznie), szczególnie po odliczeniu kosztów mieszkania i wyżywienia, opłaca się już tylko przyjezdnym z najbiedniejszych regionów naszego kraju.
– Polacy zeszli z celownika. W roli straszaka zastąpili ich Rumuni i Bułgarzy – uważa Eddy Habben Jansen z instytutu politycznego ProDemos w Hadze.
Amunicję Wildersowi odbiera także coraz większa determinacja rządu, aby zwalczać pracę imigrantów na czarno.
– Polacy wpłacają do systemu ubezpieczeń socjalnych dwa razy więcej, niż z niego pobierają. Ale wciąż są przypadki nielegalnej pracy w niewolniczych warunkach, zakwaterowania po dziesięć osób w jednym pokoju. A to rzutuje na ogólną ocenę polskich imigrantów – uważa szef holenderskiej dyplomacji.
Decydując się na poparcie w 2010 r. rządu, Wilders popełnił strategiczny błąd. Okazało się, że i on nie potrafi ani zmienić polityki wobec imigrantów, ani nawet zapobiec ograniczonym reformom systemu socjalnego jak podniesienie wieku emerytalnego z 65 do 67 lat. Ludzie zaczęli od niego odchodzić. Zdesperowany populista sięga więc do coraz bardziej radykalnych haseł, domagając się na przykład deportacji wszystkich holenderskich obywateli o marokańskich korzeniach albo zawierając alians z antysemickim Frontem Narodowym we Francji. A to ludzi przestraszyło. W oczach ogromnej większości społeczeństwa Wilders okazał się politykiem nie tylko nieskutecznym, ale też groźnym.
Polacy powoli znów stają się więc mile widziani w Holandii. Pytanie, czy nadal będą chcieli przyjeżdżać.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA