fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sztuka

Cienie podążające w nieznane

galeria Opera
Galeria Opera przypomina Jerzego Mierzejewskiego, wybitnego malarza, który zachwyt nad naturą ?łączył z metafizyczną tajemnicą - pisze Monika Kuc.
Był indywidualistą, jego twórczość nie mieści się w żadnym nurcie czy ugrupowaniu w powojennej polskiej sztuce. Czerpał inspiracje z różnych źródeł. Jednym z najważniejszych była sztuka Cezanne'a. Przyznawał się do tego otwarcie, gdy w połowie lat 80. malował Górę Świętej Wiktorii w Prowansji. Tę samą, która wielokrotnie powracała w twórczości francuskiego mistrza.
W pejzażach Mierzejewskiego nie ma żadnego zbędnego szczegółu. Natomiast kolor rozmywa się w lekkich zamgleniach, co odrealnia pozornie „fotograficzny" kadr. W te krajobrazy wpisana jest filozoficzna refleksja nad tajemnicą świata. Wśród gór, pól, a najczęściej parków i ogrodów przeważają miękkie, płynne linie wijących się dróg przywodzące na myśl znaki nieskończoności. Bardzo często są to pejzaże niezakłócone obecnością ludzi. Wystarczy drzewo, by wyrazić poczucie samotności. W pięknych późnych pejzażach częściej pojawiają się ludzkie sylwetki. Najczęściej samego autora, czasem brata Andrzeja i ojca Jacka. Przypominają cienie podążające w nieznane. Poruszający „Pejzaż z człowiekiem" (zarazem autoportret) skłania do refleksji nad sensem życia każdego z nas. Obrazy Mierzejewskiego są osobiste, ale i uniwersalne. Każdy przecież musi się zmierzyć z poczuciem własnego przemijania. Te płótna spowija aura melancholii, która jednak nie osacza mroczną depresją. Zawsze przebija z nich zachwyt nad harmonijnym pięknem natury.
O Jerzym Mierzejewskim (1917–2012) mówi się, że to malarz ciszy i milczenia, co dobrze znających artystę zaskakiwało, bo w swym długim życiu był człowiekiem niesłychanie dynamicznym, wieloletnim profesorem łódzkiej „Filmówki", jej prorektorem, a wcześniej dziekanem Wydziału Operatorskiego i Wydziału Reżyserii. Wykładał rysunek i zagadnienia plastyki w filmie. Kierował studiem eksperymentalnym Semafor. Robił filmy dokumentalne o sztuce. Działał również w Związku Polskich Artystów Plastyków. Barbara Brus-Malinowska pisze w katalogu, że kiedy zabierał się za malowanie, umiał się odciąć od świata zewnętrznego. Z chwilą zamknięcia drzwi pracowni wkraczał w inną rzeczywistość. Pracował systematycznie, codziennie, zwykle od godziny 10 do 16, niezależnie od tego, czy w Warszawie, holenderskim Haarlem czy w jakimkolwiek innym miejscu Europy lub w Stanach. Pod koniec życia wspominał: „Od dziecka byłem otoczony malarstwem. Jeśli znajdziesz się w takiej przestrzeni jako dziecko, zaczynasz oddychać malarstwem, zaczynasz malarstwem żyć, zaczynasz w końcu to malarstwo rozumieć". O ile jednak jego starszy brat Andrzej od początku wiedział, że chce być malarzem, o tyle Jerzy dłużej szukał swej drogi. Chociaż studia na warszawskiej ASP rozpoczął tuż przed wojną, oficjalnie ukończył je w 1956 roku. I tak obaj bracia poszli w ślady ojca, znanego, przedwcześnie zmarłego malarza formisty. Żoną Jerzego Mierzejewskiego była Krystyna Sznerr, śpiewaczka, aktorka, reżyserka. Jego „Salon" przywołuje klimat ich domu z pianinem i biblioteką z książkami. Rzadko oglądane płótna „Medea", „Judyta" czy „Antygona", przypominające freski z teatralnie ujętymi bohaterkami wielkich dramatów, są świadectwem scenicznych zainteresowań artysty. Ale sens jego malarstwa polega przede wszystkim na tym, jak sam mówił, „żeby przy pomocy tego, co człowiek widzi, dojść do tego, co niewidzialne – co jest rzeczywistym motorem rzeczy i faktów. W pewnym momencie swojego życia zobaczyłem, że ten świat dzieli się na widzialny i niewidzialny. I że świat niewidzialny jest podstawą wszystkiego". Monika Kuc
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA