fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Nie ma solidarności bez wolności

25. rocznica „powrotu do wolności" odnowiła stary nurt dyskusji polityczno-ekonomicznej.
Główną tezę krytyków naszej rzeczywistości najlepiej streszcza wdzięczny slogan: „nie ma wolności bez solidarności". Obecni wyznawcy tej idei twierdzą, że Polska, przekraczając dopuszczalną granicę liberalizmu, przestała być państwem troszczącym się o swoich obywateli. Pogląd ten wyrażany jest nie tylko przez „głos ludu", ale i przez poważnych myślicieli. Ostatnio nie tylko przez zawsze lewicowego Karola Modzelewskiego, ale także przez Marcina Króla, w początkach naszej transformacji jeśli nie papieża, to przynajmniej prymasa polskiego neoliberalizmu.
Nie jestem wielbicielem takiego rozumowania. Koncept wzmożonego „pochylania się z troską" nad ludźmi z trudem dostosowującymi się do wymagań gospodarki liberalnej uważam za błędny. Jest on nieprawdziwy, bo samowywrotny. Samo określenie „ekonomia liberalna" jest tautologią; nie będąc liberalną, przestaje być bowiem gospodarką i po okresie radosnego konsumowania owoców wzrostu staje się tworem bezrozwojowym, w którym nie bardzo jest już co dzielić. Lista krajów, które doświadczyły tego antyliberalnego solidaryzmu, jest tak długa, że szkoda atramentu na ich wyliczanie. Najbardziej leniwym wystarczy przypomnieć doświadczenie Polski Ludowej.
Prawdziwe natomiast jest twierdzenie odwrotne: nie ma solidarności bez wolności. Dodałbym do niego jeszcze – bez odpowiedzialności. I znowu jego prawdziwość wynika z samego sensu słów; aby wspierać innych, trzeba mieć swobodę takiego działania i przede wszystkim należy zadbać o własny interes, który zawsze będzie przed interesem wspólnym.
Dobrym przykładem są tu zmiany w OFE i stosunek obywateli do tej sprawy.  Do końca maja decyzję o pozostaniu w OFE podjęło 145 tys. osób, czyli 1 proc. spośród 14 mln członków funduszy. Stało się tak, choć OFE oferują wyższą (co prawda niewiele, ale jednak) stopę zwrotu. Częściowo jest to efekt kampanii propagandowej („emeryturami nie można grać na giełdzie"), ale także ogólnej wiary w to, że państwo jest wszechmocne i tylko ono może zapewnić godziwe życie na starość.
Ludzie nie chcą wiedzieć, że wysokość świadczeń zawsze jest wyborem politycznym. Trzeba zadecydować, jaki odsetek PKB przeznaczy się na ten cel. Bez wielkiego problemu można zadowolić emerytów, kiedy płacących daninę publiczną jest dużo w zestawieniu z pobierającymi świadczenia. Schody zaczynają się wtedy, kiedy relacja ta zaczyna się pogarszać. Wówczas można albo podwyższać podatki kosztem realizacji innych celów, albo powiększać dług publiczny.
Z tej drugiej metody od lat czerpiemy pełnymi garściami. Nasz dług publiczny przekroczył bilion złotych, z czego ok. 70 proc. zostało wydane na świadczenia społeczne (głównie ZUS, KRUS i fundusze emerytalno-rentowe). Wielkość ta bardziej niż o braku solidaryzmu świadczy o przekroczeniu dopuszczalnej – z ekonomicznego punktu widzenia – granicy. Dlatego pomysł, aby ludzie sami starali się pozyskać środki zabezpieczające godziwą starość, nie wydaje się kiepski.
Oczywiście można dyskutować, czy koncepcja OFE była optymalna (osobiście skłaniałbym się do rozwiązania dwufilarowego z podstawową emeryturą państwową i stymulowanym podatkowo oszczędzaniem indywidualnym, którego fundusze byłyby jednym z elementów). Ale jest to kwestia techniczna, a nie ideowa.
Profesor Król straszy nas, że jeśli nie zawrócimy z drogi krwawego liberalizmu, to lud wszystkich nas powywiesza. Na szczęście dla mnie owa sprawiedliwość dziejowa ma się spełnić za wiele lat, czego już nie doczekam. Dla młodszych mam pocieszenie. Nawet gdy się wszystko rozda, to będą tacy, którzy będą chcieli więcej, strasząc szubienicami. Tyle tylko, że nie będzie ich stać na sznurek.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA