fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Celebryci na pluszowym krzyżu

Kokieteria w formacie A0: Michał Figurski, Jakub Wojewódzki
Reporter, Włodzimierz Wasyluk Włodzimierz Wasyluk
Recepta na sukces? Trochę pocierpieć, bo wtedy ludzie poklepią, pocieszą i polubią. Byle nie za bardzo, bo może zaboleć naprawdę.
„Za miliony kocham i cierpię katusze" – chcieliby zapewne powiedzieć celebryci-cierpiętnicy, lecz w ich wypadku miliony przekładają się na zarobki, bo na pewno nie ludzi. Ci mają po prostu być i podziwiać, co się przekłada na zarobki, a miłość i cierpienie dotyczą tylko samego siebie. Czemu cierpienie? Czasy takie, że przebicie się w gąszczu medialnym jest trudne, więc w cenie są głupota i brednia, aczkolwiek czasem i to nie wystarcza. Dlatego znani chwytają się wszelkich sposobów, żeby zwrócić uwagę, bo presja zaistnienia jest ogromna: ochotnicy godzą się nie tylko na sprzedawanie siebie, ale i chwile męczeństwa.

Miło jest przecież zawisnąć na pluszowym krzyżu – żeby nie bolało, co najwyżej połaskotało – i zyskać poklask. Szloch krokodylich łez musi się wtedy odbywać w blasku kamer, by gazety, którym nie jest wszystko jedno, też podjęły temat – i o to chodzi, gdyż efekt jest starannie obliczony. Ale uwaga: bywa, że męczeństwo przychodzi samo, jednak coraz częściej trzeba je sztucznie wygenerować i takich przykładów mamy na pęczki.

Rozumiem deficyt pochwał, które dla wielu są w smak, więc prosi się o więcej. Ale każdy kij ma dwa końce, każda akcja wiąże się z reakcją. Przepraszam za te oczywistości, jednak wiele osób ze świecznika chyba tego nie rozumie albo rozumie aż za dobrze i gra konwencją. Bawisz się z tabloidami – nie dziw się, gdy przeżują i wyplują. Szydzisz z internautów – nie narzekaj, gdy zmiażdżą i ukrzyżują. Palniesz nieprzemyślaną bzdurę – nie miej pretensji, gdy ktoś za nią zbeszta.
Obnosisz się publicznie z cierpieniem – nie protestuj, gdy zostaniesz skrytykowany za prywatę i odesłany do psychologa. Jeśli opowiadasz o tym, kogo zapraszasz do łóżka – nie krzycz, gdy spod kołdry wyskoczy tabun paparazzich, żeby sprawdzić, czy nie blefujesz.
Znani ludzie – nawet nie tylko puści celebryci, bo zjawisko jest znacznie szersze i pochłania aktorów, piosenkarzy, dziennikarzy – skarżą się wtedy, że są represjonowani, chociaż owe represje zafundowali sobie sami. Kpią więc czy o drogę pytają?

Udławcie się

Monika Richardson, która znalazła miłość u boku Zbigniewa Zamachowskiego, chciała dzielić się szczęściem ze światem, pomimo że ów świat patrzył na to sceptycznie: aktor zostawił żonę z czwórką dzieci, na co przyzwolenia – także wśród celebrytów – nie było. Dziennikarka, szczebiocząc niczym nastolatka, na portalu społecznościowym z dumą oznajmiała, że nawet jej suczka Jumba, biały piesek rasy bolońskiej, jest pod wrażeniem Zbyszka, bo wtula się w jego kolana, gdy ten siedzi na kanapie z poranną kawą. „U nas sielanka" – mówi podpis do fotografii. W wywiadach opowiadała o ich pierwszym razie i porannym seksie, choć ulubionej pozycji nie zdradziła. Szerokim gestem zapraszała do swojego życia, co zakrawa na uzależnienie, by potem... mieć pretensje i narzekać, że tabloidy ich inwigilują.
Nagle przestało się podobać, że o nich głośno i jak ktoś śmie złośliwie komentować słodkie fotki? Richardson groziła więc pozwami gazetom publikującym „fałszywe informacje". Lamentowała, że ktoś nieprzychylny karmi media nieprawdziwymi donosami i chce ich zniszczyć. „Mam już tego wszystkiego dosyć! Mam dość kłamstw na nasz temat" – burzyła się, ekspiacji dokonując zresztą na łamach plotkarskiego „Show". „Chcę, żeby ludzie przestali kłamać na nasz temat, żeby dali nam spokój". Szkopuł w tym, że sama sobie zgotowała ten los i – jak widać – nie zna słowa „autodestrukcja".
A jakież to kłamstwa? Kwota pięciu tysięcy złotych za odcinek telewizyjnego „Pytania na śniadanie" – które przez chwilę Richardson prowadziła z Zamachowskim, co wychodziło topornie, aż aktor zrezygnował – jest zawyżona. Dziennikarka nie sprzedawała też luksusowej willi w Wilanowie, a ofertę ze zdjęciami wnętrz zamieścił w sieci ktoś źle jej życzący (sic!), ale w końcu dom został wynajęty i państwo niemłodzi z oszczędności gnieżdżą się teraz w apartamencie w Konstancinie-Jeziornie.
Kuriozalna jest zwłaszcza historia, gdy „Fakt" opublikował zdjęcia pary biesiadującej do późna w krakowskiej „Pijalni piwa i wódki". Z początku Richardson utrzymywała, że w lokalu nie byli, lecz pech chciał, że tabloid miał ich zdjęcia z kuflem piwa i kieliszkiem wódki. Dziennikarka zmieniła więc zdanie, że próbowali tam twarogu z wędzoną rybą, a dzieci jadły ciastka – jak napisała ?w esemesie do redakcji. „Jeśli nazwa lokalu albo fakt, że podają tam wódkę, jest dla was sensacją, to udławcie się tym". Nie udławili. I serial trwa, choć trudno za nim nadążyć.

Ktoś wsadził mi ?rękę do majtek

Ostatnia informacja dotyczy resztek jedzenia między zębami Richardson, z którymi pojawiła się na jakiejś imprezie. Najważniejszy jest jednak news o sierpniowym ślubie, na który gości zaprasza się, nie mówiąc, gdzie się odbędzie. Wszystko w obawie przed tabloidami, które i tak pławią się w wieściach, że na ceremonii zabraknie dzieci aktora, bo zbuntowały się przeciwko jego nowemu życiu.
Zresztą Zamachowski, który stronił od publicznych wynurzeń, relacje ze starą rodziną wyłożył na łamach „Twojego Stylu": „Układ jest skomplikowany". To narzeczona nauczyła go pokazywania się i pozowania. Lecz ostatnio – znowu tabloidy – miarka ponoć się przebrała. Mrożąca krew w żyłach relacja „Faktu" donosi, jak to Zamachowski zrobił narzeczonej awanturę, bo prosił ją o dyskrecję w sprawie ślubu, a ta opowiada o nim wszem i wobec, więc miał powiedział, że teraz powinna już milczeć, do tego nie życzy sobie wyjść i poznawania znajomych, chce do domu. Ciekawe tylko, że wszystko działo się nocą w jednym z popularnych lokali.
Podobny jest przypadek Kazimierza Marcinkiewicza, któremu wydawało się, że przechytrzy tabloidy, budując dzięki nim swoją popularność. Ale były premier padł ofiarą wojny na newsy między „Faktem" i „Super Expressem". Najpierw napiętnowano go, że porzucił rodzinę podczas Wigilii, potem zaoferował zdjęcia swojej kochanki, co skończyło się okładką: „I ten błazen był premierem". Gorący romans stał się towarzyską sensacją, więc brukowce towarzyszyły zakochanym – za ich zgodą – niemal na każdym kroku.
Także poważne media, w końcu to na antenie TVN 24 były uściski i słynny dialog: „Kochasz mnie?", „Bardzo". Kupno złotego pierścionka zaręczynowego pokazane przez „Super Express" zwiastowało ślub, ale minęły lata i z miłości ostało się niewiele – choć tabloidy wciąż żyją tematem.
Ostatnie zdjęcia, gdy Marcinkiewicz z kubkiem kawy w garści potyka się (choć czym jest taki upadek w porównaniu z życiowym?), bo – jak na gwiazdę przystało – zakrywał twarz płaszczem w obawie przed paparazzim, nie zauważył betonowego słupka i runął na ziemię. „Fakt" komentuje to jako „upadek przydupasa", skoro sam o dawnych kolegach mówił: „przydupasy Kaczyńskiego". Wielka polityka już chyba nie dla niego.
Albo aktor Maciej Stuhr, którego żona rodziła dziecko kochankowi, a on sam pokazywał nową kobietę po zawodach w triathlonie – sporcie dla prawdziwych mężczyzn. Trudno się dziwić, że bulwarówki przerobiły aferę po swojemu. Pojawiły się tytuły: „Maciej Stuhr da nazwisko cudzemu dziecku!", „Jakub Krupski uwiódł żonę Macieja Stuhra, a teraz zabrał psa" – wszystko okraszone zdjęciami z ukrycia.
Niebawem w „Newsweeku" ukazał się wywiad z młodym aktorem, który podkreślał, że nie będzie mówił o życiu prywatnym, by za chwilę opowiadać o „patchworkowej rodzinie". Przy okazji zaatakował plotkarskie media, którym przecież sam dał pożywkę, że został przez nie zaszczuty, a dziennikarzy tam pracujących nazwał wszami. „Czuję się, jakby ktoś wsadził mi rękę do majtek. Z mojej żony zrobiono prostytutkę. Córka czyta »Party« i płacze" – żalił się.
Ale przecież problemy prywatne załatwia się raczej na kozetce niż łamach, które należą zresztą do tego samego koncernu, co piętnowany „Fakt". Zamiast narzekać, można się było po prostu rozwieść. Komentowano więc, że zamieszanie jest konsekwencją wyborów aktora, który wykreował sensację ze sobą w roli głównej, umyślnie robiąc z siebie ofiarę i męczennika z Pudelka, aby zyskać sympatię.

Wypatrzą i oplują

Wszak Polacy lubią cierpiętników – w przeciwieństwie do gardzących przegranymi Anglosasów i innych nacji – choć z zastrzeżeniem, że osoba wołająca o współczucie zdoła nas przekonać, że nagonka na nią jest dziełem spisku, który godzi w niewinnego. W przypadku igraszek z tabloidami jest to trudne zadanie: winny jest każdy, kto podejmuje z nimi grę. „Czym właściwie kierował się Maciej Stuhr, wstępując na tę – przechodzoną już wcześniej przez Hołdysa, Wojewódzkiego, Kuźniara czy Górniak ? ścieżkę?" – zastanawiał się Rafał Ziemkiewicz.
Błąd. To są inne przypadki. Kuźniar, Hołdys i Wojewódzki wojowali nie z tabloidami, lecz z masami – głównie w internecie – choć efekt tej walki był taki sam, czyli spektakularna klapa. I to właśnie dlatego „News-?week" – wyrastający na adwokata celebrytów, skoro jego naczelny Tomasz Lis, również celebryta pełną gębą, sam miał kłopoty, gdy reklamował napój izotoniczny, kpiąc z etyki dziennikarskiej – na okładce wybijał hasło: „Nie zabijajcie nas". OK, nie zabijemy, ale właściwie o co chodzi?
O kąśliwy humor i brak kompleksów w rozmowie z ludźmi znanymi z telewizji – także pod pełnym imieniem i nazwiskiem, bo nie mówimy o anonimowej kloace, lecz merytorycznej dyskusji w serwisach społecznościowych. „Newsweek" perfidnie zbiera jednak wulgarne e-maile i komentarze poniżej poziomu, których zawsze się znajdzie sporo, bo e-frustratów nad Wisłą nie brakuje.
Tymczasem większość głosów jest spokojna i poparta argumentami, ale z nimi celebrytom dyskutuje się trudno. Znacznie bardziej wolą przedstawiać patrzących im na ręce internautów jako ludzi złych, zwyrodniałych, o morderczych zapędach – tak jest wygodniej, bo łatwiej eksponować męczeństwo.
To fałsz i obłuda. „Znani i lubiani nie będą już spać spokojnie. Internauci wypatrzą i oplują każde potknięcie" – pisał wspomniany „Newsweek". „Wypatrzą i oplują" zamiast „zauważą i ocenią" – jakże znamienne! Dobrze też, że napisano „kampania nienawiści" zamiast „przemysł pogardy", choć obok zdjęcia poczciwie wyglądającego Kuźniara widać mocno przesadzone hasło: „Zabić celebrytę".
Jarosław Kuźniar to dziennikarz TVN. Oczywiście, gdy na Facebooku upublicznia cykl „Z imienia i nazwiska", gdzie zamieszcza dane autorów obraźliwych komentarzy – trudno nie przyklasnąć. A co z innymi głosami? Sam upokorzył już chyba wszystkich i wszystko, nie darował nawet Jezusowi Chrystusowi („Polski Kościół strzelił sobie w obie stopy. Kule przeszły obok dziur już tam istniejących. Zostaje samorozwiązanie"), co wykpiła nawet inna cierpiętniczka Monika Olejnik, pisząc o zagotowaniu się synaps kapłanowi poranków.
Najśmieszniejszy był jednak ten żart, gdy na antenie przeczytał krytyczny wobec siebie mail od widza i obiecał, że jeżeli 1000 osób napisze tak samo – zwolni się z pracy. Napisało tak kilka tysięcy, co wsparły stosowne apele w sieci. Ale żart z siebie – oto miara poczucia humoru! – Kuźniara nie rozbawił. Zaapelował, aby wyłączyć sieć raz na zawsze, a „wszystkim wyjdzie na zdrowie".
Napisał też: „Lem dopóki nie wszedł do internetu, nie wiedział, że tam tylu masochistów. Właśnie się policzyli. Ameba jest dumna z dzisiejszej akcji szalonej, smutnej prawicy. (...) Powtarzam studentom, że od dziennikarza do śmieciarza w Polsce niedaleko. Po 19 latach w zawodzie, byciu gejem, pieskiem Tuska, zaprzańcem, gnojem z kaprawymi oczami, mistrzem miłości analnej, współczesnym Urbanem, autorem programu wstajesz i łżesz, raczej się śmieję, niż szlocham. Na łzy trzeba sobie zasłużyć". Oj tak, panie Jarosławie.

Skazani na Zakopane

Drugim bohaterem okładki tygodnika był muzyk Zbigniew Hołdys – żywa legenda polskiego rocka z ostatnią płytą nagraną 14 lat temu. Skrytykowano go za to, że „odważył się argumentować za ACTA". Przypomnijmy: na początku 2012 roku podczas dyskusji nad przyjęciem przez Polskę tej międzynarodowej umowy – mówiącej o ochronie znaków towarowych, praw autorskich i własności intelektualnej (m.in. w internecie) – Hołdys jednoznacznie poparł owe zapisy. Premier się wahał, ministrowie mieli wątpliwości, ludzie protestowali na ulicach, inni muzycy nie kwapili się z poparciem. On uważał, że ACTA jest w porządku.
Argumentacja polegała również na przekonywaniu, że bunt ludzi „powstał na kłamstwie". Spotkało się to z masową krytyką, szczególnie w portalach. Krytyczne komentarze, w większości poparte argumentami, zostały jednak zbyte. Wymiana zdań na facebookowym koncie muzyka zakończyła się tym, że ostatecznie ogłosił on – zresztą na Twitterze – że swój profil zamyka, bo to „cienki żart" napisać „Hołdys ch..."
Jednak wrócił po krótkiej przerwie i jemu samemu nie szkodziło w tym samym miejscu nazwać Jarosława Kaczyńskiego również „ch...". Wszystko było w porządku, dopóki sam wyzywał i poniżał, ale gdy jego poniżono i wyzwano? Mentalność Kalego.
Dziennikarz Jakub Wojewódzki też igrał z ogniem i się doigrał. Znany z niewybrednych żartów nieraz zbierał cięgi za słowa, które przekraczały granicę dobrego smaku. Rozgłośnie radiowe i telewizyjne nadającego jego programy dostały ponad milion złotych kar za te wybryki! Nie dziwi, że ludzie też chcieli wymierzyć sprawiedliwość.
W październiku pod radiem Eska Rock do dziennikarza podbiegł zamaskowany mężczyzna i chlusnął czymś w twarz. Wojewódzki poczuł szczypanie, więc pojechał do lekarza i na policję. Sam opisał zdarzenie: „Elegancko zamaskowany i ewidentnie pozbawiony poczucia humoru mężczyzna zaatakował mnie niezidentyfikowanym płynem żrącym o brunatnej barwie, co jest dosyć symptomatyczne. Poważnie rzecz biorąc, czuję się doceniony jako dziennikarz. Doceniam także fakt, do jakiego momentu doszedł dyskurs polsko-polski. Brunatnym terrorystom gratuluję, że zrobili ze mnie męczennika".
Niedoczekanie! Miał rzekomo poparzoną szyję i część twarzy, bo został oblany kwasem – pisano. Jednak substancja nie była niebezpieczna. A w dodatku Wojewódzki wycofał zeznania, w których opisywał prawicowe okrzyki sprawcy. Policja zaś uskarżała się na współpracę z poszkodowanym, bo dostarczył do badań tylko koszulkę zamiast kurtki, a potem nie odbierał telefonów. Męczeństwo nie popłaciło, więc z pluszowego krzyża trzeba było zejść.
A jego kolega, niejaki Michał Figurski? Miał czelność żartować z gwałconych Ukrainek, tłumacząc się potem, że wcale tak nie myślał i sprzątającej u niego pani kupił kwiaty. Ona przebaczyła, świat nie miał zamiaru. Prezenter stracił pracę. Zwolniono także jego żonę Odetę Moro-Figurską, prezenterkę TVP. W wywiadzie „Milion dolców Figurskiego" – a jednak milion! – powiedział, że posypały mu się kolejne kontrakty, przestano odbierać jego telefony, spotkał go zawodowy ostracyzm.
„Wtedy to czuję. Siadamy z Odetą, liczymy, na czym oszczędzić, co jest zbędne. Wiesz, przestajesz chodzić co tydzień na sushi, kupować w drogich sklepach. Zauważasz, ile kosztuje benzyna. Zaczynasz liczyć, ile warte są twoje samochody. (...) Nie jedziemy na urlop za granicę, tylko do Zakopanego. Tam ludzie robią nam telefonami komórkowymi zdjęcia, które zaraz lądują w sieci albo w tabloidach. Jedno daje »Super Express« z podpisem, że nie stać nas na wyjazd za granicę" – mówił i nie wiadomo, czy śmiać się (internet tak zrobił) czy płakać, bo na pewno nie współczuć.
Choć tym razem kara przyszła: Figurski właśnie przestał być dyrektorem muzycznej stacji Rebel TV, rozstał się też z żoną, a „Fakt" odnotowuje, że grozi mu ograniczony kontakt z córką, bo prowadzi zbyt hulaszczy tryb życia.

Męczeństwo na hamaku

Gdy dziennikarz Grzegorz Miecugow został szturchnięty przez fana na Przystanku Woodstock podczas nagrywania programu dla TVN 24, porównał to potem do lat 30. XX wieku, gdy od małych incydentów zaczął się terror nazistowski, który doprowadził do Holokaustu. Przesada gruba, ale czytelna – męczeństwo jest wtedy większe i pełniejsze.
Tymczasem wiele znanych osób doświadczyło realnej męki. Nie ze strony tabloidów czy odbiorców sączonych przez nich treści, lecz natury – zachorowali sami lub ich dzieci, ich rodziny dotknęło kalectwo lub śmierć. Co wtedy? Dzielić się cierpieniem czy prywatne bóle zatrzymywać w czterech ścianach?
Pierwsze rozwiązanie grozi banalizacją tematu i zarzutem o upublicznianie siebie, ale jeżeli dobra rada dotycząca starcia z nieuniknionym jest w stanie pomóc innym osobom cierpiącym w podobnej sytuacji – to może warto? Przypadki Jerzego Stuhra czy Anny Przybylskiej – ludzi doświadczonych nowotworem – nie są wcale jednoznaczne, co pokazuje, jak trudno wytyczyć granicę.
Podobnie jest z tymi, którzy swoich bliskich stracili w Smoleńsku. Mówić czy nie mówić? Oto jest pytanie. Ale ono dotyczy prawdziwego cierpienia, które z kreacją nie ma wiele wspólnego.
Czy to przypadek Marii Peszek? Śmiem wątpić. W ramach promocji płyty „Jezus Maria Peszek" artystka w wywiadach – zaczęło się od „Polityki" – opowiadała o traumie depresji przeżywanej podczas pobytu w Tajlandii, przy okazji dodając, że brzydzi ją przaśna, katolicka i zaściankowa Polska. „Bolało tak, że w Bangkoku godzinami leżałam pod prysznicem przekonana, że to się nigdy nie skończy. (...) Sześć tygodni leżałam w hamaku na azjatyckiej wyspie. Morze przychodziło i odchodziło, a mi z ust ciekła ślina jak Nicholsonowi po lobotomii w »Locie nad kukułczym gniazdem«. Ukochany mnie karmił, a ja myślałam tylko, żeby przestało boleć" – mówiła o chorobie.
Internet zareagował bez zwłoki i litości, bo ludziom trudno było uwierzyć, że na tropikalnej plaży można tak cierpieć. Na Facebooku powstała strona „Cierpię jak Maria Peszek w Bangkoku" (dziś martwa) podająca w wątpliwość, czy to wszystko nie jest czasem pozą wymyśloną przez speca od promocji albo sama artystka do tworzenia potrzebuje zwarcia i sama je wykreowała. Chciałem spytać u źródła, ale panna Maria znowu wyjechała na pół roku z Polski. Szczere wyrazy współczucia.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA