fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Summa humanistica

„Kulturologia polska XX wieku”, red. Andrzej Mencwel (et al.), Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, 2014
Plus Minus
W dwóch tomach „Kulturologii polskiej XX wieku" zaprezentowane zostały 63 sylwetki wybitnych uczonych, humanistów i pisarzy, od Edwarda Abramowskiego do Stefana Żeromskiego i Stefana Żółkiewskiego.
Omówieniu każdej z tych postaci towarzyszy wybór ich tekstów. Dotąd znałem nie więcej niż jedną trzecią przytoczonych prac (inne czytałem wielokrotnie). Kilkunastu z przedstawionych autorów miałem szczęście słuchać (w tym obu moich promotorów, Kotta i Kołakowskiego), z paroma byłem w przyjaźni.
Po paru tygodniach stałego obcowania z tym niezmiernie cennym dziełem dzięki Kazimierzowi Kumanieckiemu zdałem sobie sprawę, że chcąc naprawdę czytać z pełnym zrozumieniem Kochanowskiego, Kniaźnina, Norwida, Herberta, Tuwima, a nawet Gałczyńskiego, muszę poza moją znajomością Homera, Sofoklesa, Herodota, Tukidydesa, Cezara i Tacyta poszerzyć znajomość Platona i Seneki oraz przeczytać wreszcie całego Hezjoda, Arystofanesa, Salustiusza, Cycerona, Liwiusza, Wergilego, Horacego i Owidiusza. Z rozbawieniem i zarazem melancholią myślę o nadziejach Tadeusza ?Peipera na uczynienie bardziej ludzkim miasta przyszłości: „Jeżeli chodzi o powietrze, to może na wzór wodociągów zbudowane zostaną tlenociągi, które będą sprowadzały tlen z warstw atmosfery unoszących się wysoko nad domami albo też z odległych lasów zamiejskich". Myślę jednak z żalem o sześciu drastycznych nieobecnościach. Jestem też pewien, że trzy osoby zostały niezasłużenie zaproszone do tego towarzystwa, a jedna wydaje się sporna.
Nieobecni to przede wszystkim Kazimierz Ajdukiewicz, o którym filozofowie tak różni jak Kołakowski i Swieżawski wyrażali się z najwyższym podziwem. Dalej pani Izydora Dąmbska. Ogromną większość przedstawionych postaci łączyło poczucie wzajemnego szacunku, często współpracy, czasem przyjaźni. Są jednak wyjątki. W roku 1947 pisał Jerzy Stempowski do Marii Dąbrowskiej o „Społecznej genealogii inteligencji polskiej" Chałasińskiego: „Bardzo to słaba i tania książeczka.... Może w ogóle nie warto się nią zajmować ze względu na niepowetowaną stratę czasu, ale skoro jesteśmy przy tym przedmiocie, zatrzymam się nad jego najjaskrawszymi błędami. O szlachcie i inteligencji Chałasiński pisze tylko na podstawie cytatów z książek, prasy i korespondencji, jak gdyby sam nigdy na własne oczy tych zjawisk nie oglądał... Każdy szlachcic jest dla niego potomkiem właścicieli »pańszczyźnianego folwarku«. [Tymczasem] na każdego posiadacza folwarku przypadało kilkunastu oficjalistów i kilkuset szlachciców zagrodowych, małorolnych. Obraz ten jest nie tylko wynikiem powstań i konfiskat carskich, bo widzimy go też w »Panu Tadeuszu«...". W tekście „Społeczne dążenia młodzieży wiejskiej a warstwa chłopska" Chałasiński powiada: „Jednostka, stając się inteligentem, przestawała być chłopem. Był to proces dezercji chłopskiej". O całkowitym fałszu tego twierdzenia świadczy przykład trzeciego z wielkich pominiętych, Stanisława Pigonia. Urodzony w 1885 r. w Komborni w Krośnieńskiem, syn małorolnego, dorabiającego rzemiosłem chłopa, już swą drugą wydaną książkę (pierwszą była rozprawa doktorska „O »Księgach narodu i pielgrzymstwa polskiego«") zaczął od szkicu „O kulturę wsi polskiej". Czwartym pominiętym jest drugi najwybitniejszy z polonistów minionego stulecia, Wacław Borowy, równie znakomity badacz, jak eseista („Łazienki a Noc Listopadowa"). Mimo że rozumiałbym tych, którzy chcieliby się upomnieć o Juliusza Kleinera i Juliana Krzyżanowskiego, bardziej jeszcze oczywisty jest brak Zbigniewa Raszewskiego, od którego właściwie zaczyna się naukowa historia teatru w Polsce. Jej zakres wyznaczają trzy grupy zjawisk: wpływ świata zewnętrznego na przedstawienie, samo przedstawienie, oddziaływanie przedstawienia na świat zewnętrzny. Tak pojmowana historia teatru staje się opowiedzianą w sposób szczególnie zajmujący historią kraju. Raszewski z darem zwięzłej syntezy („Krótka historia teatru polskiego") w każdym najdrobniejszym przyczynku otwierał szerokie perspektywy. Drugą po Chałasińskim postacią na siłę wciągniętą do towarzystwa jest Julian Przyboś. W wielkiej liczbie zdarzeń zachowana w pamięci fraza Herberta, Iwaszkiewicza czy Miłosza najlepiej wyraża nasze doświadczenie czy uczucie. Nie pamiętam nawet dwu wersów Przybosia, to samo deklarują przyjaciele i znajomi. Tamci trzej pisali swe wiersze dla nas, dla ludzi. Wysilone wiersze Przybosia to poezja dla docentów. Wreszcie postacią absurdalną w tym towarzystwie jest profesor Bogdan Suchodolski. Ten sporych rozmiarów pan w jasnej samodziałowej marynarce przez dziesięciolecia stanowił nieuniknioną dekorację stołu prezydialnego wszelkich możliwych narad i konferencji. Zawsze gotów wygłosić w okrągłych zdaniach zagajenie bądź podsumowanie lub jedno i drugie na każdy możliwy temat. Przy czym jego repertuar językowy był raczej umiarkowany. Zwykł był wspominać o społeczeństwie, uspołecznieniu, kulturze. Był arcymistrzem frazesu i banału na skalę nie tylko europejską, lecz światową. Ostatnim, szóstym, niesłusznie pominiętym jest Jerzy Pelc. Urodzony w roku 1924, rozpoczęte na tajnym Uniwersytecie Warszawskim polonistykę u Krzyżanowskiego i Doroszewskiego oraz filozofię u Kotarbińskiego i Tatarkiewicza ukończył wkrótce po wojnie. Z asystentury na warszawskiej polonistyce usunięto go w roku 1950 wobec odmowy stosowania metody marksistowskiej. Wówczas P. napisał rozprawę z zakresu logiki, którą posłał do Carnapa, do Wiednia. Tam uznano ją jako doktorat. Doktor Pelc został niezwłocznie zatrudniony jako adiunkt w Zakładzie Logiki UW, ponieważ sowieccy marszałkowie artylerii zdawali sobie sprawę, że trzeba uprawiać logikę, jeśli działa mają trafiać do celu. Dzięki wykładom Pelca polubiłem rozpoczęte jesienią 1952 studia na stalinowskiej polonistyce. Zawsze pisał o kwestiach najtrudniejszych językiem możliwie przejrzystym. Jest też autorem pięknych portretów swych mistrzów i kolegów. Tymczasem w „Kulturologii" semantykę reprezentuje starszy od niego, lecz często wtórny Stefan Żółkiewski. Przez całe życie czytał dużo i referował swe lektury. Przed wojną omawiał ciekawie Emila Meyersona. Po wojnie w książce „Stare i nowe literaturoznawstwo" solidnie zreferował poglądy Lenina na twórczość Lwa Tołstoja. Jeszcze w roku 1960 pisał na temat „Lenin a inteligencja polska". Od lat 70. zajął się semantyką, referując Łotmana i Piatigorskiego, ale także Lévi-Straussa, Halla i Todorowa. Listę można by ciągnąć. Próby zrozumienia tekstów Żółkiewskiego są udręką.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA