fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Wiśniowy sad Agnieszki Glińskiej - pro i kontra

Monika Krzywkowska (pierwsza z lewej) w roli Raniewskiej
Fotorzepa, Krzysztof Bieliński Krzysztof Bieliński
Jacek Cieślak
Jan Bończa-Szabłowski
„Wiśniowy sad” w reżyserii Agnieszki Glińskiej sprowokował recenzentów „Rz” do wymiany poglądów.

Pro: Jacek Cieślak

Reżyserka nie wycięła „Wiśniowego sadu', tylko przewietrzyła go z pomocą nowego przekładu Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej. Pokazuje, że nie warto płakać, bo robią to tylko nieudacznicy.
„Wiśniowy sad" w Teatrze Studio, którym Agnieszka Glińska kieruje od roku, idzie tropem brawurowej „Sztuki bez tytułu" o Płatonowie w stołecznym Współczesnym. Wtedy zamiast samowarów symbolizujących minioną epokę i melancholię, najważniejsze były fontanna, szampan i wódka. Teraz bohaterowie Czechowa również żyją szybko – śpiewają tańczą, piją. Nie zalewają robaka, tylko korzystają z tego, co przynosi życie.
Sceny taneczne i śpiewane wyreżyserowane są z ostentacyjną lekkością, wręcz naszkicowane, jakby reżyserka chciała powiedzieć, że stare formy nas więziły, dusiły, a w obecnej rzeczywistości liczą się luz, dystans, poczucie humoru i zabawa.
Uosobienie tej filozofii stanowi Raniewska grana przez Monikę Krzywkowską. Nie jest wcale matroną, niedającą się znieść gwiazdą ani też kobietą ponurą, choć miałaby powody – na sprzedaż wystawiona jest przecież posiadłość, gdzie straciła synka. Są chwile, gdy na twarzy Raniewskiej jawi się smutek, ale kobieta się nie załamuje, nie roztkliwia.
A jeśli nawet w kaskadach jej śmiechu jest sporo przesady albo skrywanej nerwowości – to lepiej, że próbuje żyć, jakby nic złego się nie stało, niż miałaby zatruwać wszystkich niekończącą się żałobą, jak to jest w większości inscenizacji. Raniewska Glińskiej w trudnych chwilach zagryza zęby. Chce żyć. Chce mieć młodego kochanka.
Kupiec Łopachin bywa grany na dwa sposoby. Raz - jako przedstawiciel brutalnych parweniuszy, którzy niszczą tradycję, dwa -  jako symbol pozytywnych zmian w strupieszałym świecie. Glińska, zapraszając do roli Łukasza Lewandowskiego, nie poszła za żadnym z tych schematów. Pokazała człowieka, który nie wstydzi się swoich plebejskich korzeni, a chociaż mu głupio, że po kupnie posiadłości jego znajomi stracą dom – potrafi pozostać z nimi w dobrych relacjach. To nie jego wina, że zadłużyli majątek. On go ratuje, bo w spektaklu Glińskiej nie ma mowy o wycięciu sadu. Jego mieszkańcy też nie czują się ofiarami. Jadą do miasta w poszukiwaniu nowego życia.
Na wsi pozostaje tylko stary Firs (Stanisław Brudny), którego czas już minął. To on wypowiada znamienne słowa, które są mottem spektaklu: narzekają i nie potrafią się dostosować do nowych czasów tylko nieudacznicy. Inni walczą o swoje.

Kontra: Jan Bończa-Szabłowski

Teatr Studio pod artystyczną dyrekcją Agnieszki Glińskiej zachęca do gorących sporów i dyskusji. Tak będzie też z pewnością po najnowszej premierze, czyli „Wiśniowym sadzie".
Agnieszka Glińska od dawna wydaje się zaprzyjaźniona z Czechowem, ale myślę, że najnowszą inscenizacją „Wiśniowego sadu" nawet jego mogłaby zaskoczyć. Niby wszystko w tej wizji jest konsekwentne. Glińska odarła opowieść z taniego sentymentalizmu, ckliwości, którą grzeszy niejedna inscenizacja, ale to radykalne spojrzenie – obraz naszkicowany mocną kreską – pozbawiło utwór Czechowa półcieni i półtonów.
Niemal wszystkie postacie są tego samego kalibru. W tej bezkształtnej masie zapijającej smutki i używającej życia z kim się da, kiedy się da i gdzie się da – choćby pod stołem czy za drzwiami – właściwie trudno doszukać się jakiś indywidualnych cech. Zrozumieć motywację działania. Tacy ludzie niewarci są współczucia, raczej zasługują na politowanie.
Wszyscy są jednowymiarowi i przewidywalni aż do bólu. W tym korowodzie życiowych nieudaczników ginie Raniewska. Najbardziej wyrazistą postacią oprócz Łopachina jest Szarlotta Iwanowna w wykonaniu znakomitej Joanny Szczepkowskiej. Ta bohaterka zepchnięta w utworze Czechowa na boczny tor w spektaklu Agnieszki Glińskiej staje się niemal pierwszoplanową. To ona stawia diagnozę społeczeństwu, które ma problemy z określeniem własnej tożsamości. To ona jako nadwrażliwa; widzi i czuje więcej niż inni. Przede wszystkim tragizm swego istnienia i całkowitą nieprzydatność w dzisiejszej rzeczywistości.
Szarlotta Szczepkowskiej w serii prezentowanych sztuczek ma – jak chciał Czechow – jedną scenę brzuchomówcy. Dlaczego jednak tę samą metodę stosuje wobec postaci Gajewa Krzysztof Stroiński – tego nie pojmuję. Jego dialogi są w większości w ogóle niezrozumiałe. Piszę o tym otwarcie, bo – na szczęście – nie wynika to z niedyspozycji zdrowotnych, tylko z niezrozumiałej maniery, którą ten świetny aktor stosuje już po raz kolejny w teatrze.
Mam wrażenie, że wiśniowy sad, o którym zrobiła spektakl Agnieszka Glińska, został zlicytowany jeszcze przed przyjazdem Raniewskiej. Łopachin Łukasza Lewandowskiego, znając degrengoladę całego towarzystwa biorącego udział w tej opowieści, wiedział, że kupi go bez oporu. Podejrzewam nawet, że świeże deski, którymi wyłożona jest scena, pochodzą właśnie z tego sadu.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA