fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Menedżer

Świąteczna impreza w firmie – przyjemność czy zło konieczne

Gdy przygotowania do obchodów Bożego Narodzenia w zakładzie zaczną się odpowiednio wcześniej, szef pozna potrzeby załogi i wypracuje właściwą formułę spotkania.
Rz: Już chyba najwyższy czas, aby firmy pomyślały o świętach Bożego Narodzenia, przygotowaniach do nich, rozłożeniu pracy w tym okresie i ewentualnie o zorganizowaniu okolicznościowego spotkania?
Izabela Kielczyk, psycholog biznesu: Nie, to stanowczo za późno. Odradzam organizowanie tzw. śledzika na siłę i na szybko, bo to obraca się przeciwko firmom, a pracownikom pozostają niesmak i złe skojarzenia. Takie przygotowania powinny zacząć się przynajmniej kilka tygodni wcześniej, a ideałem byłoby nawet wielomiesięczne wyprzedzenie. Służyć to ma poznaniu potrzeb zatrudnionych co do organizowania takiego spotkania i jego formuły. A po drugie, gdy już się o nich wie, trzeba je właściwie zrealizować. To właśnie zadanie dla pracodawców, służb HR czy osób odpowiedzialnych w firmach za takie działania. Wymagają one sporo pracy i właśnie czasu.
Jak te działy mają poznać potrzeby załogi? Po co to robić, skoro szef od lat organizuje choinkowe przyjęcie?
Przede wszystkim pracodawca zyska wtedy pewność, że jest sens firmowego świętowania, bo załodze może to nie odpowiadać. Tym bardziej w czasach kryzysu kosztowne przyjęcie to zbędny luksus. Niewykluczone też, że jakaś forma celebrowania szczególnie drażni pracowników, np. wspólne śpiewanie kolęd. Jeśli natomiast są oni za choinkowo-świątecznym spotkaniem, to mogą wskazać odpowiadające im sposoby uczczenia tej okazji. W małych firmach wystarczy wcześniej porozmawiać czy na 15 minut zebrać się, żeby poznać opinię podwładnych. W większych zakładach lepiej sprawdzi się ankieta. Nawet jeśli pomysły na czas świąteczny są różne, można wypośrodkować potrzeby załogi.
Z mojego doświadczenia wynika, że pracownicy wybierają ok. 45-minutowe spotkanie połączone z podsumowaniem roku i życzeniami, wręczenie prezentów, np. bonów podarunkowych lub ekstrabonus – wolne od pracy dni przypadające od wigilii do Nowego Roku.
Czy to oznacza, że firmowy śledzik na mieście przechodzi do lamusa? I że nie ma sensu organizować spotkania w zakładzie przy choince z opłatkiem i życzeniami?
Nie jestem przeciwniczką organizowania śledzika, ale należy to robić z głową. Jeśli jest taka tradycja w firmie i wszyscy tego oczekują, należy się spotkać. Nie ma jednak sensu tego inicjować na siłę, jeśli na co dzień panuje niemiła atmosfera i tego jednego popołudnia szef chce, aby wszyscy lubili jego i siebie nawzajem.
Nie ma potrzeby przywoływania całej bożonarodzeniowej symboliki, jeśli nikt tego w zakładzie nie oczekuje, np. przystrajania choinki, łamania się opłatkiem, osobistego i wzajemnego składania życzeń, śpiewania kolęd. Jeśli w firmie nie ma pomysłu na inne zaakcentowanie tych świąt, to lepiej unikać takiej celebracji. Może się okazać, że przyniesie to więcej szkody niż pożytku.
Lepiej zorganizować neutralne spotkanie podsumowujące mijający rok, podczas którego szef doceni wyróżniających się pracowników, wskaże, co trzeba poprawić w nadchodzących miesiącach, poinformuje o nowych zadaniach, wyzwaniach itp. To zdecydowanie bezpieczniejsze niż np. wystawne przyjęcia w modnych restauracjach czy klubach suto zakrapiane alkoholem i organizowane na koszt pracodawców. Ci wykorzystują specyficzną atmosferę świąt po to, żeby bardziej związać pracowników z firmą. Uruchamiają bowiem w nich jedną z podstawowych technik wywierania wpływu, tzw. zasadę wzajemności.
A wręczanie podarunków w firmach z okazji świąt też pani odradza? Przecież większość pracowników tego oczekuje.
To faktycznie niezwykły paradoks – natura człowiecza jest przewrotna. Chociaż prezenty nie motywują i często na nie narzekamy, to ich brak okazuje się przykrą niespodzianką. Słychać wtedy w firmie, że „w ogóle o nas nie dbają", „uważają, że nawet prezentów nie muszą dawać".
Kilkakrotnie miałam okazję przekonać się o tym, doradzając w firmach. Z racji świąt pracownicy oczekują, a nawet wymagają bonusów, szczególnie tych finansowych. Kiedy ich nie dostają, czują się niezadowoleni, pokrzywdzeni i niedowartościowani przez szefostwo.
W samym zwyczaju obdarowywania nie ma jednak nic niestosownego. Warunek – czyni się to bezinteresownie. Tymczasem trudno o czymś takim mówić w firmie. Bardzo często otrzymujemy lub dajemy prezent po to, żeby „coś" załatwić i aby to „coś" potem przełożyło się na naszą korzyść.
Poza tym należy rozpatrzyć, czy dać wszystkim po równo, czy zindywidualizować prezenty. Jeśli to drugie, to trzeba dobrze znać potrzeby pracowników. Kłania się wtedy aktywność i zaangażowanie specjalisty od HR, aby ocenić, co komu sprawiłoby radość. Zupełnie inaczej bowiem nagradzamy czy obdarowujemy menedżerów, a inaczej kogoś, kto ma minimalne wynagrodzenie za pracę. Zapewne taką osobę bardziej ucieszy bon do wykorzystania w sklepie niż koncert w filharmonii. To lepsze dla kierownika czy menedżera, który zadowoliłby się pewnie wolnymi dniami po świętach, aby wyjechać na narty.
Jak wręczać prezenty – na ogólnym spotkaniu czy indywidualnie?
Warto nagradzać publicznie. Zatem wręczajmy upominki publicznie. Trzeba jednak zachować najwyższą staranność i poszanowanie zasad, aby żadnego pracownika nie dyskryminować i nie urazić. To nakaz płynący także z kodeksu pracy.
Są firmy, gdzie szef (lub któryś z wyznaczonych pracowników) przebiera się za Mikołaja i rozdaje drobne prezenty. Pół biedy, gdy wszystkie są takie same, np. paczka ze słodyczami czy książka. To bardzo infantylne podejście do dorosłych, a poza tym stwarza podział na grzeczne i niegrzeczne dzieci. Ta niebezpieczna i sztuczna praktyka wywoła niepotrzebne emocje i źle wpływa na atmosferę w firmie. Gorzej jednak, gdy w czasie takiego spotkania szef rozdaje bardziej wymierne prezenty, np. informuje o premiach, awansach, czy upomina tych, którzy nie zasłużyli się w minionych miesiącach. To już pachnie pełnym naruszeniem zasad – zarówno kodeksowych, jak i z zakresu właściwego zarządzania personelem, nie mówiąc o tych międzyludzkich czy dobrego wychowania.
Ale chyba firmowe wigilie – nasiadówki z kolędami w tle – są też marną, a wciąż popularną formą firmowego celebrowania świąt?
Tu nie ma łatwej odpowiedzi, bo niektórym zatrudnionym odpowiadają nawet takie formy. Chcą pobyć w nieformalnej atmosferze z tymi, z którymi spędzają przecież dużą część dnia i roku. Gorzej jest tam, gdzie pojawia się przymus udziału w takim spotkaniu, bo nikt nieobecnością nie chce się narazić szefostwu. Pracownicy na siłę próbujący się uśmiechać, siedzą przy stole konferencyjnym i zerkają na zegarki, odliczając czas pozostały do wyjścia. Taka wymuszona wigilia z obowiązkowym dzieleniem się opłatkiem, „cmokaniem" i czekoladkami niewiele wnosi oprócz nerwów i stresu.
Marnie też, gdy niesympatyczny zwykle szef na kilka godzin świątecznego spotkania usiłuje być „ludzkim panem". Podwładni tego nie kupują, czują się oszukani. To ich drażni i wywołuje poczucie fałszowania rzeczywistości oraz strojenia sobie żartów przez przełożonego. Z pewnością nie poprawia to atmosfery, bo załoga żałuje, że tylko przez kilka chwil miała „normalnego szefa".
Jakie firmowe wigilijne obchody są całkowitą porażką?
Zdecydowanie najbardziej niebezpieczne bywają takie, które zmuszają pracowników do łamania ich systemu wartości czy światopoglądu, z czego pracodawcy wręcz nie zdają sobie sprawy. Uważają, że zapewniają podwładnym świetną zabawę. Są firmy, które tuż przed wigilią organizują dla pracowników huczne imprezy, np. dla najlepszych handlowców z udziałem tzw. panienek do towarzystwa. Szefowie tłumaczą, że chcą, „aby chłopaki się trochę rozerwali, bo przecież tak ciężko przez cały rok pracowali". Dziwią się, że część z nich nie chce uczestniczyć w takich balach. A oni mają przecież żony, partnerki, dziewczyny, które zapewne nie popierają udziału w takiej zabawie.
Bardzo niepokoi mnie taka postawa wielu szefów. Poza tym nie liczą się z konsekwencjami takiej inicjatywy – to bardzo wypacza zarówno zawodowe relacje, jak i uczciwość w kontaktach międzyludzkich. Pracownik, którego szef namawia do niechcianych, sprzecznych z wyznawanymi przekonaniami imprez, też zaczyna postępować nie fair w stosunku do przełożonego. Skoro jemu wolno, to dlaczego ja nie mogę – próbuje tłumaczyć swoje zachowanie zatrudniony. Przestrzegam więc, żeby nie dawać pracownikom takich powodów do zmiany postaw. Podwładni nie będą przecież postępować uczciwie i zgodnie z pożądanymi w firmie regułami, skoro szef sam je łamie. Przykład idzie z góry, więc przy tak drastycznym naruszeniu wartości moralnych przez przełożonego lojalnie i uczciwie dotąd postępującemu pracownikowi łatwiej zmienić zachowanie.
To zastrzeżenia dotyczące świątecznych spotkać, które przypadają przed 24 grudnia. A jak szef ma postąpić w wigilię? Wielu pracodawców zwalnia wtedy pracowników wcześniej do domu, najczęściej kobiety. Czy to właściwe działanie?
Także tu radzę wcześniej porozmawiać z zatrudnionymi. A może nawet dostosować ten przywilej do indywidualnych potrzeb.
Z reguły kobiety są zadowolone z krótszego dnia pracy w wigilię. Pamiętajmy jednak, że to także forma nagradzania, premiowania, czyli rodzi dysproporcję w traktowaniu załogi, a tego kodeks pracy zabrania. Mężczyźni zwykle pracują tego dnia standardowo. Tymczasem niewykluczone, że niektórym z nich, np. tym z małymi czy chorymi dziećmi, bardziej przydałby się krótszy dzień pracy w wigilię, aby odciążyć żonę czy partnerkę w zakupach czy przygotowaniach do świąt. Ponieważ nie ma tu żadnych reguł, zalecam wcześniejsze konsultacje i wybór tzw. złotego środka.
rozmawiała Grażyna Ordak
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA