fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Prof. Stanisław Sołtysiński: Łamałem regulamin w operze

W rozmowie dla "Rz" prof. Stanisław Sołtysiński, współautor kodeksu spółek handlowych, mówi o tym co robił zanim został prawnikiem.
Rz: Podobno zanim został pan prawnikiem, bywał pan aktorem.
Prof. Stanisław Sołtysiński: Na studiach, kiedy jeszcze nauka aż tak mnie nie zajmowała, spędzałem wieczory w Operze Poznańskiej. Przyjmowano wówczas studentów jako statystów.
Śpiewał pan?
Tak, ale z naruszeniem regulaminu... Statystom nie wolno było śpiewać. Miałem też dwie role mówione, co dla statysty było szczytem kariery. W operze „Carmen" byłem kapitanem, zwierzchnikiem Don Jose i mówiłem – „warta pod broń". Z kolei w „Turandot", w pierwszej scenie, byłem młodym królewiczem z Persji, który nie umiał rozwiązać zagadek królewny. I musiał, jak śpiewał chór „z ręki kata".
Co jeszcze zajmowało pana podczas studiów?
Sport. Grałem m.in. w koszykówkę. Podczas rozgrywek młodzieżowych w finale Mistrzostw Polski w 1961 r. zdobyłem tzw. pierwsze kółko olimpijskie na olimpiadę w Rzymie. Usłyszałem jednak od trenera, że jestem cherlawy i na większe sukcesy nie mogę liczyć. Nadal jednak grałem, dla przyjemności.
A nauka?
Zająłem się nią intensywniej od trzeciego roku, kiedy trafiłem na seminarium do profesora Ziembińskiego. Bo w swoim życiu miałem trzech wielkich wykładowców, którym bardzo dużo zawdzięczam – właśnie prof. Radwańskiego, Ziembińskiego i Skubiszewskiego. Profesor Ziembiński chciał ze mnie zrobić teoretyka prawa.
Dlaczego mu się nie udało?
Kończyła się odwilż zapoczątkowana w 1956 roku. Profesor Radwański zaczął mnie na namawiać na seminarium cywilistyczne. Także z powodów politycznych – było bowiem jasne, że katedra teorii państwa i prawa będzie podlegała dużym naciskom ideologicznym. Prawo cywilne było na to mniej narażone. W tej katedrze wszyscy – zarówno docenci, jak i profesorowie byli bezpartyjni. Zapisałem się więc na cywilistyczne seminarium do prof. Józefa Górskiego. On z kolei namówił mnie, żebym zajął się prawem własności intelektualnej. To była wówczas dziedzina bardzo zaniedbana, niemal nikt się tym nie interesował. Podkreślał, że prawo wynalazcze jest jeszcze dalej od ideologii niż ogólne prawo cywilne. Daje też duże szanse na podróże zagraniczne. Kraje bloku sowieckiego nie opuściły bowiem organizacji dotyczących własności intelektualnej.
A kiedy zaczął się pan prawem spółek, z którym przede wszystkim jest pan dziś kojarzony?
Gdy byłem na pierwszym dłuższym pobycie za granicą – na stypendium British Council. Na LSE moim opiekunem był William Cornish. Dziś to znany specjalista od prawa własności intelektualnej, wtedy dopiero zaczynał zajmować się tą dziedziną. Namawiał mnie gorąco, żebym nie ograniczał się tylko do tej specjalności. Wybrałem się na zajęcia z prawa spółek. Ten przedmiot mnie zachwycił!
Zachwycił? Dlaczego?
Kiedy bowiem porównałem  to, co wiedziałem o naszym polskim przedsiębiorstwie państwowym z tą złożoną organizacją, jaką jest spółka w systemie kapitalistycznym to zachwyciło mnie bogactwo regulacji prawnych, które kojarzyły interesy wspólników, piastunów spółki i jej wierzycieli.
Jednak w ówczesnym naszym systemie nie była to chyba zbyt przydatna wiedza.
To prawda. Tak wtedy mogło się wydawać. Zresztą o tym, czym zajmowałem się w Londynie napisałem do ówczesnego dziekana wydziału prawa UAM – prof. Radwańskiego. Zawsze słuchałem jego rad, był moim mistrzem w wielu dziedzinach. Pochwalił niektóre moje wybory  - pisał, że z prawa o kontraktach, czy deliktach, które także studiowałem, mogę coś wynieść i wykorzystać dla prawa polskiego. Ale to prawo spółek – pisał – wybij sobie z głowy. Jest tak inne od naszego systemu, tak nieprzydatne w Polsce, że nie ma powodu, by się tym zajmować. Nie posłuchałem go jednak.
Miał pan mu kiedyś okazję wypomnieć tę nietrafioną radę?
Tak. Nie raz. Kiedy już system się zmienił i okazało się, jak bardzo prawo spółek okazało się przydatne w naszym kraju, prof. Radwański powierzył mi przewodniczenie zespołowi, który opracował projekt KSH. Przedsiębiorstwo państwowe stanowiło jedną z zasadniczych przyczyn ekonomicznej słabości panującego do 1989 r. systemu.
A kiedy po raz pierwszy ta wiedza przydała się panu w praktyce?
To była pierwsza, wielka prawnicza przygoda mojego życia – doradztwo na rzecz centrali handlu zagranicznego PEZETEL. Był 1976 rok i polskie wózki golfowe (tzw. melexy) robiły furorę w Stanach Zjednoczonych. To, że wózki z komunistycznego kraju wypierają lokalną produkcję nie było w smak amerykańskim konkurentom, natomiast polski eksport był życzliwie traktowany przez administrację federalną. Rząd amerykański upatrywał trafnie w handlu Wschód-Zachód, instrument rozwijania nie tylko wymiany towarowej, lecz także poszerzania kontaktów ze społeczeństwami za żelazną kurtyną. Jednak pod wpływem lobbyingu amerykańskich producentów, przyjęto specjalną ustawę, która ułatwiała nakładanie sankcji antydumpingowych na towary importowane z krajów o gospodarce kontrolowanej przez państwo. Na pierwszych stronach „New York Timesa", pod fotografią Cartera, Begina, Sadata i Brzezińskiego jadących na polskim wózku golfowym w Camp David,  ukazał się nawet tytuł – „Te polskie wózki to nie są żarty" (Those Polish golf carts are no jokes).P. Ehrenhaft, ówczesny podsekretarz stanu w Departamencie Skarbu powiedział podczas konferencji w sprawie melexów, że Z. Brzeziński odbył przełomową rozmowę w sprawie pokoju między Izraelem i Egiptem obwożąc przywódców trzech krajów polskim wózkiem po Camp David.  . Według nowej ustawy na towary z takich państw jak Polska mogły być z łatwością nakładane cła antydumpingowe. Produkty z krajów komunistycznych mogły być sprzedawane w USA za cenę nie niższą, od stosowanej przez amerykańskich producentów, powiększoną o koszt transportu i cenę ubezpieczenia. Nie było możliwości, aby uniknąć sankcji.
Wtedy zwrócono się do pana po pomoc?
Tak. Wykładałem wtedy na Pennsylvania University w Filadelfii. Uznano, że mogę mieć wystarczającą wiedzę, chociaż niewiele wiedziałem wówczas o prawie antydumpingowym.  Na prośbę PEZETEL, zorganizowałem wówczas zespół wybitnych prawników i ekonomistów amerykańskich, którzy opracowali strategię obrony. Pracowaliśmy w takiej ekipie, w której wszyscy grali w golfa. To sprawa była dla nas pasjonująca. Udało nam się przekonać administrację federalną, że obowiązujące przepisy są niesprawiedliwe i sprzeczne z GATT. W rezultacie  zmieniono przepisy wykonawcze do ustawy o handlu z 1979 r., które pozwalały obliczać uczciwą wartość wózków korzystniej dla eksportera, pod warunkiem umożliwienia amerykańskiej administracji celnej dokładnego zapoznania się z kosztami produkcji w WSK Mielec na miejscu w fabryce. Do czasu wydania tych nowych przepisów,  amerykańscy prawnicy poradzili nam jak uniknąć zakazu importu wózków, który dotyczył  ich importera. Wyjściem było więc założenie nowej spółki w USA przez PEZETEL. Tak też się stało – dzięki temu mogłem po raz pierwszy uczestniczyć w zakładaniu spółki handlowej – właśnie w Stanach Zjednoczonych. Spółka ta (Melex USA) istnieje dotąd i zajmuje się wprowadzaniem na rynek polskich towarów, a test uczciwej ceny (fair market value), przyjęty w sprawie melexów był stosowany do towarów chińskich, jeszcze przed kilku laty. Po nałożeniu sankcji w okresie stanu wojennego,  miejsce polskich i amerykańskich wózków widłowych zajęły głównie wózki japońskie.
—rozmawiała Katarzyna Borowska
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA