fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Jazgot homoseksualnego lobby

Francuzi demonstrujący sprzeciw wobec małżeństw homoseksualnych nierzadko lądowali w aresztach. Do dziś nie dali jednak za wygraną
AFP
Zdaniem działaczy gejowskich używanie słowa „dyktatura” w kontekście mniejszości seksualnych jest „mową nienawiści”. Cóż to znaczy „mowa nienawiści”? To nie znaczy nic. Lub może znaczyć cokolwiek, w zależności od tego, co jest wygodne dla gejowskich lobbystów – pisze publicysta.
Jakub Strzyczkowski, dziennikarz radiowej Trójki, popełnił straszną zbrodnię: podczas jednej z audycji zapytał swoich gości, a także słuchaczy, czy istnieje dyktatura mniejszości seksualnych. Wkrótce do Strzyczkowskiego dobrali się homoseksualni cenzorzy, paradoksalnie potwierdzając ostrzegawczą tezę zawartą w tytule programu.
To nie pierwsze wystąpienie homoseksualnych działaczy (w tym wypadku oświadczenie w sprawie audycji opublikowała Kampania Przeciwko Homofobii oraz odezwała się rewolucyjnie czujna „Gazeta Wyborcza"), którzy życzą sobie wprowadzenia wybiórczej cenzury, zgodnej z ich własnym politycznym interesem.
Aktywiści seksualnych mniejszości zawsze będą twierdzić, że to oni są prześladowani i dyskryminowani, bo taka jest ich strategia

Zbrodnicze oczekiwanie

Ten akurat przypadek jest jednak szczególnie ciekawy z dwóch powodów. Po pierwsze, dlatego że dotyczy pytania całkowicie neutralnego i uzasadnionego, które jednak z punktu widzenia homodziałaczy okazuje się zbyt śmiałe. Ba, ma nawet być przykładem mowy nienawiści. Po drugie, ponieważ trafiło akurat na dziennikarza, którego trudno posądzać o wojowniczą postawę wobec politycznej poprawności i pomysłów homolobby. Strzyczkowski nie jest ostrym publicystą któregoś z konserwatywnych tygodników, ale modelowym dziennikarzem publicznych mediów, który przed mikrofonem własne poglądy chowa do kieszeni. Tym razem jednak okazało się, że już nie tylko odpowiedź na zawarte w temacie programu pytanie może być niesłuszna. Zbrodnicze jest samo jej oczekiwanie.
Wydawałoby się, że Strzyczkowski zrobił wszystko, co można było, aby uniknąć zarzutów. Do udziału w audycji zaprosił gości z różnych stron, w tym dwoje działaczy homoseksualnych, którzy mogli się swobodnie wypowiedzieć, zaś temat sformułował – jak zwykle zresztą – jako pytanie, ale to wciąż za mało.

Jak faszysta i antysemita

KPH złożyła do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji skargę, w której lamentuje nad użyciem wyrazu „dyktatura" w tytule programu oraz w zamieszczonej na stronie Polskiego Radia sondzie. „Niedopuszczalne naszym zdaniem jest bezrefleksyjne powielanie nienawistnego dyskursu na antenie i na łamach strony internetowej publicznej stacji radiowej. Podobnie jak niedopuszczalne byłoby publikowanie sondy zatytułowanej »Czy w Polsce mamy dyktaturę Żydów?«. Fakt, że pewne wyrażenia funkcjonują w debacie społecznej, nie oznacza, iż należy je legitymizować autorytetem Polskiego Radia i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji".
Zdaniem działaczy KPH używanie słowa „dyktatura" w kontekście mniejszości seksualnych jest „mową nienawiści". Cóż to znaczy „mowa nienawiści"? To nie znaczy nic. Lub może inaczej: może to znaczyć cokolwiek, w zależności od tego, co jest wygodne lub nie dla gejowskich lobbystów. Bo definiowanie mowy nienawiści walcząca lewica pozostawia sobie. Możemy zatem bez obaw mówić na przykład o „dyktaturze kleru" lub „dyktaturze Kościoła". To jest w porządku, bo choć mowa nienawiści jest elastyczna jak poglądy Janusza Palikota, to jednak nigdy nie dotyczy prawicy, tradycji, religii.
W tych wypadkach nawet najostrzejsze stwierdzenia to „uzasadniona krytyka", względnie „sprowokowana reakcja". Ale o „dyktaturze homomniejszości" – już absolutnie mówić nie wolno, bo zbliżamy się wówczas do faszyzmu. Nie bez powodu przecież w absurdalnej skardze KPH pojawia się odniesienie do Żydów. To taka drobna, charakterystyczna manipulacja podprogowa. Krytykujesz działania homolobby – jesteś jak faszysta i antysemita.
Cała koncepcja mowy nienawiści to wymysł nawet nie lewicy, ale po prostu radykalnego lewactwa, które potrzebuje wygodnego instrumentu krępowania ust swoim oponentom. Mową nienawiści może się stać wszystko, co jako mowę nienawiści zdefiniują przedstawiciele tego nurtu. Może nią być stwierdzenie, że aborcja to zabicie nienarodzonego dziecka, że homoseksualizm nie jest normą albo że celem homolobby jest delegalizacja wszelkich wypowiedzi je krytykujących.
Homoseksualiści są trochę jak Adam Michnik, który pozwał Rafała Ziemkiewicza między innymi za stwierdzenie, że terroryzuje oponentów pozwami. Są gotowi wprowadzić cenzurę wobec każdego, kto stwierdzi, że chcą wprowadzać cenzurę i ograniczać wolność słowa. Szczególnie że – jak widać było z wypowiedzi słuchaczy we wspomnianej audycji – społeczeństwo wciąż jeszcze nie spełnia oczekiwań homoseksualnych hunwejbinów.

Areszt za poglądy

Walka homoaktywistów nie jest walką o tolerancję wobec nich czy o równe prawa. To walka o dominację i zamknięcie ust wszystkim, którzy mogliby się im przeciwstawić. Tę walkę trzeba jednak toczyć pod kłamliwymi sztandarami „praw człowieka" i stawiania tamy „faszyzmowi". Nie można przecież powiedzieć otwarcie, o co chodzi, bo istnieje niebezpieczeństwo, że wówczas większa liczba ludzi mogłaby się zorientować, co im grozi. Cele są zatem dwa i należy je realizować równolegle.
Pierwszym jest stopniowe rozmywanie norm i pojęć. Najpierw związki partnerskie, potem homomałżeństwa, na koniec adopcja dzieci. Dokładnie tak jak choćby we Francji: najpierw PACS (związki partnerskie) przy akompaniamencie obietnic, że to już kres żądań i kolejnych nie będzie. A kilka lat później – reszta praw.
Drugim celem jest wprowadzanie cenzury, ukrytej pod płaszczykiem poszanowania mniejszości. To konieczne dla realizacji pierwszego celu. Francja jest tutaj doskonałym przykładem. Masowe demonstracje, w których Francuzi okazywali swój sprzeciw wobec homomałżeństw i umożliwienia parom homoseksualnym adopcji dzieci, były wyjątkowo brutalnie tłumione przez policję, a ich uczestnicy lądowali w aresztach. Nie za agresję, ale za poglądy.
Homodziałacze mają problem ze słowem „dyktatura". „Słowo dyktatura rozumiane jest najczęściej jako totalitarna, autorytarna forma rządzenia. Rażące jest jego zastosowanie w zestawieniu z jakąkolwiek mniejszością, w tym mniejszością seksualną, gdyż od wieków w dyktaturach to właśnie mniejszości i grupy marginalizowane były najbardziej prześladowane" – stwierdzają działacze KPH w swojej skardze do KRRiT.
Wywód ten jest absurdalny. Pojęcie dyktatury ma znaczenie dosłowne – to, do którego odwołują się homodziałacze – i figuratywne. W tym ostatnim sensie możemy mówić o „dyktatorze mody" czy „dyktacie Niemiec w Unii Europejskiej", ale też właśnie o „dyktaturze mniejszości" w demokracji. Nie chodzi, rzecz jasna, o formę rządów, lecz o sytuację, gdy niewielka grupa, korzystając z demokratycznych instrumentów, stopniowo coraz bardziej ogranicza swobodę wypowiedzi i wyborów wbrew woli większości. To się właśnie dzieje w Polsce, a dokonało się już w wielu innych państwach.
Przy tym – niezależnie od tego, jaka będzie rzeczywista sytuacja mniejszości seksualnych i jakie zostaną przyjęte uregulowania prawne – aktywiści seksualnych mniejszości zawsze będą twierdzić, że to oni są prześladowani i dyskryminowani – taka jest ich strategia. Te rzekome prześladowania i dyskryminacja ustałyby jedynie w momencie, gdyby przyjęte zostały wszystkie postulaty: homomałżeństwa, adopcja dzieci i restrykcyjne przepisy dotyczące krytyki homoseksualistów i ich aktywności.

Nie ma mowy o dialogu

Czy zatem dzisiaj dyktatura lobby homoseksualnego jest w Polsce faktem? Jeśli zestawić naszą sytuację z przywoływaną wcześniej Francją czy z Hiszpanią, która podczas rządów socjalistów przyjęła ustawodawstwo radykalnie sprzyjające postulatom homolobby – odpowiedź brzmi: jeszcze nie. Wciąż jeszcze małżeństwo w Polsce oznacza związek mężczyzny i kobiety, wciąż udało się nie uczynić pierwszego kroku w kierunku legalizacji homomałżeństw, czyli zezwolić na związki partnerskie. Wciąż mogą się ukazywać teksty takie jak ten.
Ale przecież jazgot, który w takich sytuacjach podnoszą gejowscy działacze, nie pozostawia wątpliwości co do ich intencji i oczekiwań. Tu nie ma mowy o żadnym dialogu, kompromisie, uzgadnianiu. Cele są maksymalistyczne i zamordystyczne. A to właśnie cechy dyktatury.
Autor jest publicystą dziennika „Fakt"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA