fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Siwiec. Bohater odosobniony

Bogusław Chrabota
Fotorzepa, Rafał Guz rg Rafał Guz
Jak i kiedy historia potrafi wymóc na swych podopiecznych heroizm? Co tłumaczy ów specyficzny zbieg okoliczności, że zwykli ludzie stają się bohaterami i przyspieszają z wolna toczące się dzieje? Albo je zawracają? Czy istnieje jedna recepta?
Filozofowie historii, a najczęściej udający ich hochsztaplerzy, szukają jakiejś uniwersalnej formuły od niepamiętnych czasów, ale nawet najwięksi z nich nigdy nie mieli do końca pewności, że zapanowali nad tą delikatną materią. Kiedy stajemy się bohaterami? Dociśnięci do muru? Czy raczej w chwili oddechu? W akcie rozpaczy? Czy na fali entuzjazmu? W desperacji? Powodowani szaleństwem? Czy raczej w pełnej przytomności umysłu? Przez przypadek? Czy wskutek gigantycznych wysiłków? Niech ktoś mądry powie. Jaka jest recepta? Jaka jedyna droga?
Ryszard Siwiec nie wyglądał na bohatera. Niepozorny księgowy z prowincji: beret, prochowiec. W teczce, z którą jechał na warszawskie dożynki, miał rozpuszczalnik i zapałki. Czy taki człowiek może naprawić historię? A jednak, kiedy słucha się przesłania, które zarejestrował kilka dni przed śmiercią, trudno się oprzeć wrażeniu wyjątkowej szczerości jego słów; nie słychać w nich rozpaczy, ale jest desperacja, nie można wyczuć szaleństwa, są za to namysł i moralna siła.
Ryszard Siwiec spłonął przed komunistycznymi dygnitarzami i setką tysięcy świętujących Polaków w nadziei, że nimi wstrząśnie. Nie pozwalał gasić płonącego ubrania, by nie przerwano jego protestu. Świat miał to zobaczyć i... zatrzymać się w miejscu. Czy się zatrzymał? Nie.
Mało kto widział śmierć Siwca. Z odleglejszych trybun dostrzeżono tylko jakiś chwilowy chaos, zamieszanie. Najbliżej stojącym SB tłumaczyła (powtarzano to zresztą na pogrzebie w Przemyślu), że Siwiec to wariat, desperat, alkoholik. Nawet czarne teczki z raportami, które docierały na biurka komunistycznych notabli, lekceważyły zdarzenie.
W jakiż to sposób zwariowany księgowy może zatrzymać twardo toczące się w stronę komunizmu koła historii? Cóż może jednostka wobec siły masy? Masy ludu pracującego miast i wsi. Czy żachnął się choć przez chwilę Gomułka? Czy przetarł flanelą spocone czoło Cyrankiewicz? Czy rządcy ówczesnej Polski mieli choć przez moment poczucie, że coś się wydarzyło? Wątpię.
Śmierć Ryszarda Siwca ukryto. Wiadomość nie przebiła się nawet do Wolnej Europy (pierwszą informację o śmierci Siwca podano dopiero osiem miesięcy później). Nie wyszła na jaw jego AK-owska przeszłość, odmowa współpracy z komunistycznym systemem edukacji, samotne apele rozsyłane w niebyt przez długie lata. Miał zostać zamknięty w żelaznej szafie niepamięci, jeśli nie na wieczność, to na długie lata. Taki był wyrok ówczesnej władzy.
Wokół byli przestraszeni ludzie. Chcieli normalnie żyć. Nikt nie wymagał od nich bohaterstwa. Chodzili do fabryk i urzędów. Grzecznie stali w kolejkach do sklepów. Od czasu do czasu uśmiechnięta socjalistyczna władza dawała im w nagrodę radio tranzystorowe, żelazko, pralkę Franię czy sokowirówkę. Nie było źle, głodu nie było. Normą była jakaś pokracznie rozumiana przyzwoitość.
Byle się nie skurwić, choć miara tego, co znaczyło skurwienie, była różna. Dla jednych oznaczało to odmowę wstąpienia do partii. Dla innych, mimo posiadania czerwonej książeczki, nieangażowanie się w aparat. Dla tych w aparacie niedonoszenie na kolegów. Dla tych, co donosili, niedonoszenie na przyjaciół. A jak już ktoś donosił na przyjaciół, to wmawiał sobie, że jest w porządku, bo robi to dla partii.
Za lojalność były przywileje. Ci, co obracali się tyłem do systemu, mieli opinię wariatów. Czy taki świat mógł się zatrzymać po geście Ryszarda Siwca? Czy taki świat mógł się opamiętać, że pędzi na zatracenie? Jakim cudem?
A jednak gdzieś pod skórą nabierało życia coś całkiem nowego. Zbliżał się grudzień. Jakiż to krótki czas między śmiercią w płomieniach Ryszarda Siwca i płomieniami zrewoltowanego Gdańska w grudniu 1970. Czy można przeciągnąć jakąś nić między jednym i drugim? Absurd. A jednak. Tam protest i tu protest. Tam śmierć i tu śmierć. Tam i tu płomienie.
Oczywiście trudno widzieć związek, ale jeśli się spojrzy na Gdański Grudzień i to, co przyniósł, na wszystko co później, z Ursusem i Radomiem na czele, z KOR, śmiercią Staszka Pyjasa, Sierpniem '80, stanem wojennym i kolejnymi ofiarami setek i tysięcy ludzi, którzy szli przeciwko reżimowi z protestem na ustach, wszystko musi się ułożyć w logiczną całość. Pękały fundamenty tamtej sowieckiej Polski, rodziły się nowe symbole i zachowania, które choć na początku wydawały się atawizmem, z czasem wyznaczały nowe wzorce bohaterstwa i przyzwoitości.
Ów gest na Stadionie Dziesięciolecia był jak paragnomen, zwiastował nadejście nowej normy. Lepszej, bo bardziej polskiej, wolnej, niepodległej. Nawet jeśli nie wstrząsnął wtedy milionami, to wyzwolił echo, które zatrzęsło fundamentami systemu chwilę później. Bo przecież nieważne, czy kształtujemy epokę za życia. Czyżby mniej się liczyło, że wpływamy na dzieje już po śmierci?
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA