fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wspomnienia

Nie żyje Diego Maradona. Śmierć Boga futbolu

Diego Maradona
Diego Maradona (1960-2020)
AFP
Diego Armando Maradona zmarł na atak serca. 30 października skończył 60 lat. W Argentynie trzydniowa żałoba narodowa.

Świat futbolu dzieli się na tych, którzy uważają, że najlepszym piłkarzem świata był Brazylijczyk Pele, i takich, którzy pierwszeństwo przyznają Maradonie. Inni, wciąż aktywni gracze, jak Leo Messi czy Cristiano Ronaldo, dopiero na swoją legendę pracują.

Maradona zapracował wyjątkowymi umiejętnościami, osiągnięciami, ale i zachowaniem, które nie zawsze przynosiło mu chwałę, ale umacniało pozycję niezwykłego gracza.

Wystąpił cztery razy na mistrzostwach świata. Pierwsze, w roku 1982, były rozczarowaniem. Argentyna nie obroniła tytułu, a on, po brutalnym ataku na brazylijskiego rywala, wyleciał z czerwoną kartką z boiska.

Cztery lata później już był królem. Na turnieju w Meksyku Argentyna była wspaniała, a on wzniósł się na poziom nieoglądany od czasów Pelego. Pisano, że wygrał te mistrzostwa w pojedynkę. Można tak śmiało twierdzić, pamiętając, czego dokonywał na boisku przeciwko najlepszym obrońcom świata.

Żadnemu nie udało się go zatrzymać. Kiedy miał piłkę przy nodze – był nie do pokonania. Niewysoki chłopak z tendencją do tycia robił sobie slalomy między obrońcami lub pokonywał wszystkich sprytem. Jego bramka, zdobyta w meczu z Anglią po ponad 50-metrowym rajdzie, w którym minął pięciu przeciwników, uznana została przez FIFA za najpiękniejszą w XX wieku.

Ale tego dnia na Estadio Azteca strzelił też drugiego gola. Głową czy ręką? Nawet sędziowie dobrze tego nie widzieli i bramkę, mimo protestów bramkarza Anglii, uznali. Sam Maradona długo nie mógł się zdecydować, co odpowiedzieć na zarzuty. Najpierw powiedział, że była to nie jego ręka, ale „ręka Boga”. Po latach, kiedy już emocje opadły, stwierdził, że to viveza – żart z podwórka Buenos Aires. Taki gol to jak „wyciągnięcie Anglikowi portfela”.

Działo się to kilka lat po argentyńsko-angielskim konflikcie zbrojnym o Falklandy/Malwiny. Takim wyczynem i gestem Maradona w odczuciu rodaków zrewanżował się Anglikom za wszelkie krzywdy, nic więc dziwnego, że w swoim kraju ugruntował pozycję bohatera narodowego.

Podczas mondiale we Włoszech doprowadził swoją reprezentację do wicemistrzostwa, co było sporym osiągnięciem, zważywszy że Argentyńczycy grali wtedy dużo słabiej niż cztery lata wcześniej w Meksyku.

Jego pożegnalny mundialowy występ, w roku 1994 w Stanach Zjednoczonych, zakończył się skandalem podobnym do tych, jakie kończyły kariery największych gwiazd sportu Bena Johnsona czy potem Lance’a Armstronga. Udowodniono mu zażywanie narkotyków i środków dopingujących. Bijąc mu brawo za niespotykane wyczyny w Meksyku, nie mieliśmy świadomości, że brał je już wtedy.

Maradonę zgubiły nie tylko narkotyki, ale także brak wykształcenia i pokory. Popularność i związane z nią przywileje dosłownie go przygniotły. Nie dawał sobie z tym rady i błądził. Kiedy grał – mało kogo to obchodziło. Przecież wygrywał, dawał radość ludziom, a neapolitańczykom również pewność, że nie są gorsi od bogatych Włochów z Rzymu i północy kraju.

Kiedy Diego śmigał swoim ferrari uliczkami Neapolu, wchodząc do baru lub sklepu, nie wyłączał silnika i nie zamykał drzwi. Bo to on był królem tego miasta. Wszystko miał, za nic nie płacił, w dodatku pod swoje skrzydła wzięła go kamorra. Nie mogło być inaczej. Kiedy podpisał kontrakt z Napoli, na stadionie świętego Pawła witało go 75 tysięcy ludzi, wierzących, że do miasta zstąpił Bóg, który odmieni ich życie.

On te marzenia spełnił. Napoli zostało mistrzem Włoch i zdobyło Puchar UEFA. Diego dobrze neapolitańczyków rozumiał. Wychowany w miasteczku emigrantów z Włoch i Hiszpanii Villa Fiorito na peryferiach Buenos Aires najpierw musiał walczyć o pozycję wśród rówieśników. Na wsparcie ciężko pracujących rodziców nie mógł liczyć.

Był symbolem argentyńskiego chłopca z biednej dzielnicy, który musi sobie radzić sam, czasami oszuka, czasami ukradnie ze straganu jabłko. Nieduży, z rozwianymi, nieuczesanymi włosami, w dziurawych butach. Klasyczny pibe – argentyński Gavroche z „Nędzników”, mały, nieszkodliwy cwaniak, który – jeśli trzeba – pójdzie na każdą wojnę. Tyle że Maradona dorósł metrykalnie, a mentalnie pozostał naiwnym i dającym się wykorzystywać dużym dzieckiem.

Czym mógł zaimponować rówieśnikom chłopak równie biedny jak oni, ale od nich słabszy fizycznie? Tylko grą w piłkę.

A kiedy zarabiał już lepiej niż rodzice i mógł spełnić ich marzenia o własnym domu, działacze piłkarscy – na całym świecie są tacy sami – uznali, że natrafili na żyłę złota, z której należy odłupać dla siebie ile się da. Maradona z cudownego dziecka, żonglującego w przerwach meczów niczym mały Mozart, obwożony przez ojca po europejskich dworach, stał się szybko gwiazdą, nadzieją, ale i towarem.

Kiedy wyjechał z Buenos Aires do Barcelony, trafił na swojego Herostratesa, który chciał zdobyć sławę, eliminując z gry najlepszego piłkarza świata. Baskijski obrońca Athletic Bilbao Andoni Goikoetxea zaatakował Maradonę tak brutalnie, że piłkarz przez kilka miesięcy musiał się leczyć. Sprawca, mimo że był skutecznym defensorem, przeszedł do historii futbolu jako „Rzeźnik z Bilbao”. But, którym zaatakował Argentyńczyka, trafił do muzeum. Wielu widziało w nim narzędzie zbrodni. Dla tych, którzy Maradony nie lubili, bo był butny i nie grał w „ich” klubie, to była relikwia. A w Neapolu do dziś murale z wizerunkiem Maradony zdobią ściany tamtejszych domów.

Osiągnął wszystko, stał się bohaterem wyobraźni milionów kibiców i natchnieniem dla wybitnych twórców. Nakręcili o nim filmy Emir Kusturica i Asif Kapadia. Przez lata panowała też złudna wiara, że Maradona będzie równie dobrym trenerem, jak był piłkarzem. Uwierzyli w to nawet szefowie argentyńskiej federacji, powierzając mu funkcję trenera reprezentacji na mundialu w RPA.

Nie odcisnął jednak na następcach piętna geniuszu. Korzystał z najbardziej egzotycznych zaproszeń. Przez kilka godzin pełnił nawet funkcję trenera Dynama Brześć.

Pierwszy raz doznał ataku serca 16 lat temu. Mało się ruszał, palił cygara, przy wzroście 168 ważył ponad 100 kilogramów. Leczył się w klinikach w Szwajcarii i na Kubie, gdzie był honorowym gościem Fidela Castro. Publicznie wspierał też wenezuelskiego dyktatora Nicolasa Maduro.

W miarę upływu lat coraz rzadziej traktowano go jak poważnego człowieka, z którego opinią trzeba się liczyć. Żył po swojemu, chyba szczęśliwy, bo przecież kochała go Argentyna i pół świata. Ze swoimi wszystkimi talentami, osiągnięciami i ludzkimi słabościami zapracował na ten boski status jak mało kto.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA