fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Warmia i Mazury

Tęsknota za poważnym futbolem

W najlepszych czasach Stomil walczył w ekstraklasie. Na zdjęciu: mecz z Legią Warszawa w październiku 1999 roku.
Fotorzepa, Michał Sadowski MS Michał Sadowski
Klub, który przez półtora roku ledwo co trzymał głowę na powierzchni, w końcu wypłynął na spokojniejsze wody. Ale to dopiero początek drogi do normalności.

Chociaż Warmia i Mazury nazywane są krainą tysiąca jezior, to – jak na ironię – dla przeciętnego polskiego kibica są raczej piłkarską pustynią.

Trudno się dziwić. Od ostatniego meczu Stomilu Olsztyn w najwyższej klasie rozgrywkowej minęło już czternaście lat. W tym czasie Duma Warmii zdążyła upaść, pikować do IV ligi, odbić się od dna i wrócić na zaplecze ekstraklasy, gdzie nieprzerwanie występuje od sezonu 2012/2013. Niemal nieprzerwanie też z problemami. Szczególnie przez ostatnie półtora roku słowo „upadek" najbardziej straszyło na klubowych korytarzach.

Niszczarka pieniędzy

Wszystko posypało się z początkiem 2015 r., kiedy umowę sponsorką wypowiedziała klubowi spółka odpowiadająca za budowę w mieście Galerii Warmińskiej (jako sponsor od 2012 r. zadeklarowała się przelać na konto Stomilu w ciągu pięciu lat 10 mln zł). Firma tłumaczyła się – jej zdaniem – brakiem przejrzystości w klubowych rozliczeniach. Mówiąc krótko, sponsor rzekomo nie wiedział, jak naprawdę wydawane są jego pieniądze. Rzekomo, bo ówczesny zarząd Stomilu z zarzutami się nie zgadzał.

To był cios. Turbulencje doprowadziły do zmiany we władzach. Nowym prezesem w miejsce krytykowanego Roberta Kiłdanowicza został Mariusz Borkowski.

I od początku musiał zmagać się nie tylko z problemem braku sponsora. Klub, żeby się uratować, musiał zostać przekształcony ze stowarzyszenia w spółkę akcyjną. Bez tego Stomil nie otrzymałby licencji na grę w 1. lidze.

Po długich i burzliwych negocjacjach – kiedy piłkarze i kibice koczowali nawet pod gabinetem prezydenta Olsztyna – w maju 2015 r. w końcu udało się powołać spółkę. Jej większościowym udziałowcem zostało miasto obejmując akcje o wartości 0,5 mln zł.

To uspokoiło sytuację, ale tylko na chwilę, bo mijały miesiące, a klub w dalszym ciągu nie miał sponsora. Stomilowi ciążyła przygoda z Galerią Warmińską. Klub był postrzegany przez potencjalnych sponsorów jako niszczarka pieniędzy, do której ile by się nie wrzuciło, tyle przepadnie.

W końcu nie wytrzymali też piłkarze, którzy pod koniec rundy jesiennej sezonu 2015/2016 – kiedy drużyna była w czubie tabeli – zawiesili treningi. Otwarcie przyznawali, że już dawno nie widzieli na oczy pieniędzy („na dziesięć wypłat dostaliśmy pięć") i niektórzy zmuszeni są szukać normalnej pracy.

Środowisko kibiców zaczęło też coraz bardziej naciskać na miasto, jako na większościowego udziałowca w spółce. Ratusz żadnych pieniędzy na ratowanie Stomilu dać jednak nie chciał (wyjątkiem były dotacje na promocję i grupy młodzieżowe), bo jak przekonywano, samorząd nie może samodzielnie utrzymywać zawodowego klubu.

Dlatego relacje na linii miasto–klub były napięte do tego stopnia, że pod ratuszem przeszła kilkusetosobowa manifestacja kibiców, a obok stadionu palono znicze symbolizujące rychłą śmierć klubu. W międzyczasie prowadzona była kibicowska zbiórka pieniędzy „Milion dla Stomilu", ale to była tylko i tak kropla w morzu. – „STO MIL od rozsądku" – pisał na Twitterze nawet Andrzej Strejlau odnosząc się do braku porozumienia miasta z klubem.

I kiedy wydawało się, że w klubie będą już gasić światło, w kwietniu władze Stomilu poinformowały, że nowym sponsorem zostanie budowlany potentat Budimex. Zawarto dwuletnią umowę z opcją przedłużenia o kolejny rok.

Stomil przeżył, udało się też zatrzymać odpływ piłkarzy. Klub w końcu dysponuje pieniędzmi pozwalającymi na w miarę spokojną egzystencję. Według opublikowanego niedawno raportu finansowego, przychody Stomilu w II półroczu 2016 r. przewidywane są na poziomie ok. 2,1 mln zł.

W końcu ruszyła też budowa boiska treningowego przy al. Piłsudskiego. Piłkarze będą mieli przyzwoite warunki do treningu, bo do tej pory tułali się po okolicznych boiskach, a część zajęć – w co pewnie trudno uwierzyć – odbywała się nawet na zakolach za bramkami głównego stadionu. Tak do swoich meczów przygotowywała się drużyna na zapleczu ekstraklasy.

Szkoda, mogliśmy zamieszać

Paradoksalnie moment, kiedy w klubowej kasie pojawiły się w końcu pieniądze, zbiegł się z poważnym kryzysem drużyny, która w ubiegłym sezonie niemal do końca musiała walczyć o utrzymanie. Aby wstrząsnąć zespołem, odsunięto trenera Mirosława Jabłońskiego, co było dla większości kibiców wielkim zaskoczeniem, bo jego dwuletnia praca w Olsztynie oceniana była wysoko. Panowało nawet przekonanie, że były szkoleniowiec Legii Warszawa w całej tej biedzie osiągał wyniki ponad stan (7. miejsce w sezonie 2014/15).

– Mogłem odejść wcześniej. Mogłem powiedzieć działaczom: „układajcie sobie te klocki sami, ja idę tam, gdzie są warunki". Ale nie chciałem pierwszy uciekać z tonącego statku. Były momenty, kiedy piłkarze wykazywali duże zrozumienie dla sytuacji, ale w końcu i im go zabrakło – wspomina dziś Jabłoński ich decyzję o przerwaniu treningów. – I tak poszedłem im na rękę, rozpisałem indywidualne plany treningowe. Jaki trener zgodziłby się na pracę w klubie, gdzie tak wyglądają przygotowania do sezonu?

Dwuletni pobyt w Olsztynie wspomina jednak z sentymentem. Jak mówi, najbardziej szkoda mu właśnie kryzysu w przerwie sezonu 2015/2016.

– Gdyby sytuacja była normalna i doszłoby do nas jeszcze dwóch–trzech zawodników, moglibyśmy zamieszać w czołówce ligi – mówi.

Jego miejsce na ławce trenerskiej zajął dotychczasowy asystent, Adam Łopatko. Po 12 kolejkach trwającego sezonu, grający mocno w kratkę Stomil zajmuje 12. miejsce. Byłoby wyższe, ale drużyna startowała do sezonu z bagażem trzech ujemnych punktów, które PZPN nałożył za opóźnienia w podpisaniu dokumentów dotyczących wypłaty zaległych zobowiązań wobec piłkarzy.

Zdaniem Sylwestra Czereszewskiego, trudno ocenić, kiedy drużyna mogłaby realnie włączyć się do walki o ekstraklasę.

– Pierwsza liga jest nieobliczalna. Po spadku Podbeskidzia wydawało się, że to oni będą murowanym kandydatem do awansu, a nie może wygrać przez kilka spotkań. Brak faworytów i niespodzianki mogą sprawić, że Stomil paradoksalnie może się niedługo liczyć w walce o wysokie miejsca – mówi „Rzeczpospolitej" Czereszewski, który w 2015 r., z okazji 70-lecia Stomilu, został uznany za najlepszego piłkarza w historii klubu.

Jak dodaje, wciąż nie można mówić o spójnej wizji rozwoju klubu: – Ja sparzyłem się już w 1994 r., kiedy wchodziliśmy do ekstraklasy. Były chociażby wizje nowego stadionu i na wizjach się skończyło.

Trup w ładnej koszuli

Rozpadający się stadion miejski przy al. Piłsudskiego pozostaje osobliwym problemem (ale już Ratusza), bo pamięta jeszcze czasy Edwarda Gierka. Dosłownie, bo obiekt został wybudowany specjalnie z okazji dożynek centralnych w 1978 r., których głównym gościem był właśnie pierwszy sekretarz.

Przez blisko 40 lat stadion praktycznie się nie zmienił, ratowany był jedynie drobniejszymi lub nieco większymi remontami, aby klub otrzymał licencję na grę w 1. lidze.

Właśnie dlatego w 2015 r. miasto zainstalowało na stadionie sztuczne oświetlenie. Postawienie masztów przypomina jednak bardziej ubieranie trupa w ładną koszulę.

Kiedy mający prawa do 1. ligi Polsat Sport transmitował mecze w Olsztynie (ostatnio w ogóle tego już nie robi), dziennikarze nie zostawiali na obiekcie suchej nitki. Wyśmiewano chociażby stare, zabrudzone szyby, zza których pracować musieli komentatorzy, a jeden ze sprawozdawców poszedł jeszcze dalej żartując nawet, że pod ogromnymi banerami reklamowymi, które przykrywają zamknięte trybuny, hodowane są chyba... konopie indyjskie.

Mimo to trzeba przyznać, że chociaż stadion może dziś oficjalnie pomieścić tylko ok. 2,5 tys. widzów, to frekwencja w Olsztynie na tle innych klubów nie wypada najgorzej. To pokazuje, jak stęskniona za poważnym futbolem jest stolica Warmii i Mazur.

Dlatego z nadzieją przyjęto decyzję miasta o przebudowie. Według przyjętej koncepcji architektonicznej, nowy stadion miałby 12 tys. miejsc, ale możliwa byłaby jego rozbudowa do 15 tys. Inwestycja miałaby pochłonąć ok. 60 mln zł, a pieniądze pochodzić z Ministerstwa Sportu i Turystyki oraz budżetu miasta. Ostateczny projekt obiektu ma być gotowy do końca roku.

Urzędnicy wielokrotnie przyznawali, że miasta nie stać, aby w pojedynkę sfinansować taką budowę. Dlatego z kwaśnymi minami przyjęto wiadomość, że minister sportu odrzucił niedawno podobny wniosek Szczecina, który też marzy o nowym stadionie.

Co, jeśli wniosek Olsztyna również przepadnie? - Będziemy się starać przekonać resort, że nasze zadanie warte jest dofinansowania – usłyszeliśmy w ratuszu. – Cały czas rozglądamy się za alternatywnymi źródłami finansowania, dlatego nie można stwierdzić, że projekt trafi na półkę.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA