fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wspomnienia

Wspomnienie o Julii Hartwig

Julia Hartwig, (1921–2017)
Rzeczpospolita, Kuba Kamiński
Zmarła Julia Hartwig, indywidualność wyjątkowo ważna w literaturze polskiej XX i początku XXI wieku.

Za miesiąc skończyłaby 96 lat. Była rówieśniczką Tadeusza Różewicza, ale także Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. I pisarką w starym, a więc w najlepszym stylu, bo uprawiała wszystkie rodzaje i gatunki. Oczywiście, przede wszystkim była poetką, ale tworzyła prozę i eseistykę. Pozostawiła po sobie słuchowiska radiowe, utwory dla dzieci i powieści dla młodzieży pisane z mężem Arturem Międzyrzeckim. Ale także książki o życiu i twórczości poetów francuskich, Gérarda du Nervala i Guillaume Apollinaire'a.

Była także znakomitą tłumaczką literatury francuskiej, angielskiej i amerykańskiej. To jej zawdzięczamy przekłady takich autorów, jak Gautier, Cendrars, Michaux, Jacob, Supervielle, Plath i Moore, Ginsberg i Williams. I także tłumaczenie pism filozoficznych Diderota, dzienników Delacroix, listów Rimbauda czy korespondencji Fryderyka Chopina z George Sand i jej dziećmi. Razem z Międzyrzeckim wydała tom poezji amerykańskiej „Opiewam nowoczesnego człowieka", a po śmierci męża zbiór amerykańskich poetek „Dzikie brzoskwinie". Pisała wspomnienia, prowadziła regularnie dziennik.

Osobiste wspomnienia

Jak na pisarkę w starym, a więc w najlepszym stylu przystało, nie ograniczała się do samego pisarstwa. Uczestniczyła w życiu literackim i kulturalnym, a kiedy trzeba było, także w politycznym. W roku 1976 była sygnatariuszką tzw. Memoriału 101 – otwartego listu pisarzy i naukowców protestujących przeciwko planowanym zmianom w Konstytucji PRL, do której miały być wprowadzone zapisy o przewodniej roli PZPR i nienaruszalnym sojuszu z ZSRR, zaś w roku 1989 przystąpiła do Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie.

Z jej zdaniem w sprawach literackich i publicznych liczyliśmy się wszyscy. Mimo przybywających lat i kłopotów ze zdrowiem regularnie przychodziła na nasze spotkania w Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Zawsze elegancka, dystyngowana i opanowana. Gdy zabierała głos, mówiła piękną polszczyzną, z nienaganną dykcją. Budziła respekt. Wiele lat temu zaproponowała mi przejście na „ty". Dużo wody w Wiśle upłynęło, zanim przemogłem się i zacząłem do niej zwracać się po imieniu. Nigdy jednak nie zrobiłem tego publicznie.

Miała swój styl zarówno w życiu, jak i w literaturze. Należała do tych, którzy odpowiadają na listy. Kultywowała piękną tradycję epistolografii. Mam w domowym archiwum wiele od niej listów, jakimi reagowała na moje teksty – nie tylko zresztą o niej, drukowane w „Rzeczpospolitej" czy w „Twórczości", a także na moje książki. Nigdy nie były to listy konwencjonalne, zdawkowe, dzieliła się w nich uwagami na temat tego, co interesowało ją najbardziej, czyli literatury.

Nigdy nie widziałem, aby była zdenerwowana, wyprowadzona z równowagi czy choćby tylko speszona. Miała silny charakter, mocną osobowość. W jednej z książek, komentując fotografię z 1943 roku na Stawisku u Jarosława Iwaszkiewicza, napisała, że są na niej kompozytorzy Andrzej Panufnik i Witold Lutosławski oraz skrzypaczka Irena Dubiska. Gdy zwróciłem jej uwagę, że to nie Dubiska, lecz Eugenia Umińska, uśmiechnęła się z wdziękiem i nie tracąc rezonu, dodała, że przecież to również skrzypaczka.

Miałem zaszczyt znać Julię Hartwig ćwierć wieku. Kilka razy wyróżniła mnie propozycją, abym poprowadził jej wieczory autorskie lub wygłosił do nich wprowadzenia. Każde z tych spotkań było dla mnie wielkim przeżyciem, bo zawsze sala wypełniona była po brzegi, zarówno zwykłymi czytelnikami, jak i zaprzyjaźnionymi z nią luminarzami kultury i nauki. Uważnie wsłuchiwała się w to, co mówię o jej twórczości, w zadawane jej pytania. Gdy popadałem w lekką przesadę, natychmiast polemizowała, gdy nie podobało jej się pytanie, natychmiast je korygowała.

Nie inaczej było podczas wieczoru w kinie Atlantic 8 kwietnia 2015 roku, na którym zaprezentowała nowe wydanie „Dziennika amerykańskiego". Na to spotkanie przyszło 400 osób! Rozmawiając wczoraj z jego organizatorem Arturem Wolskim, doszliśmy do wniosku, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa było to jej ostatnie publiczne wystąpienie.

Dobry każdy wiersz

Tytuły zbiorów jej poezji wiele mówią i o jej liryce, i o niej samej: „Czuwanie", „Obcowanie", „Czułość", „Zobaczone", „Nie ma odpowiedzi", „Mówiąc nie tylko do siebie", „Bez pożegnania", „To wróci", „Jasne niejasne", „Gorzkie żale" i dwa ostatnie: „Zapisane" oraz „Spojrzenie". Co ciekawe, rzadko kiedy posługiwała się metaforą, a więc środkiem będącym sednem poezji i który poeci stosują tak chętnie, że aż go nadużywają. Cóż, każdy jej wiersz to wielka metafora.

W twórczości poetyckiej nigdy nie zeszła poniżej swojego, a więc wysokiego poziomu. Zwrócił mi na to uwagę Ryszard Kapuściński, którego w 2006 roku odwiedziłem, gdy przygotowywał się akurat do poświęconej jej – z okazji 85-lecia – uroczystości w Polskim PEN Clubie. Miał tam wygłosić tekst wprowadzający. „Julia nie napisała ani jednego złego wiersza, każdy jej wiersz jest w najgorszym razie dobry" – powiedział mi wówczas.

Parę tygodni temu byłem w jej rodzinnym Lublinie. Wieczorem na Starym Mieście znalazłem się – między ulicą Kowalską a placem Rybnym – na schodach w zaułku Hartwigów, a tu na ścianie wielkimi literami wypisany jej wiersz „Koleżanki", o przyjaciółkach ze szkoły, Miriam i Regince, zamkniętych w lubelskim getcie. Bardzo się wzruszyłem. Po powrocie do Warszawy myślałem, aby jej o tym napisać do Stanów Zjednoczonych, gdzie od blisko roku mieszkała u córki, że jej poezja żyje. Ale nie napisałem. Teraz piszę.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA