fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

W sieci opinii

Tomański: Miliard trzysta milionów powodów

Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski
Podczas rządów Pol Pota na każdym karabinie dostarczanym Czerwonym Khmerom przez Pekin można było znaleźć liczbę 800. Miała przypominać garstce partyzantów roznoszących własny kraj w pył na rozkaz zbrodniczej organizacji Angkar, że tyle milionów mieszkańców bratnich Chin wspiera ich wysiłki. 40 lat później Chińczyków jest dużo więcej, ale metody, którymi posługuje się państwo, pozostają w dużej mierze niezmienione.
Chińskie ministerstwo spraw zagranicznych wyraziło ogromne zadowolenie po środowej decyzji afrykańskiego państwa Wyspy Świętego Tomasza i Książęca. Była portugalska kolonia postanowiła zrezygnować z kontaktów dyplomatycznych z Tajwanem. Dla Pekinu to znakomity prezent, dlatego MSZ w oficjalnym oświadczeniu stwierdzono, że powrót Wysp na słuszną drogę uznawania jedynych Chin leży jak najbardziej w głównym interesie państwa i miliarda trzystu milionów jego obywateli.
O powrocie na jedynie słuszną drogę o nazwie "One China" może być mowa, ponieważ Wyspy wolały Pekin od Tajpej między 1975 a 1997 rokiem. Decyzja 150-tysięcznej społeczności ze względów historycznych wciąż posługującej się językiem portugalskim nie za bardzo nadaje się do rozpatrywania w kategoriach prezentu, ponieważ Chiny same na jej powstanie wpłynęły. Przed trzema laty otwarto tam chińskie przedstawicielstwo handlowe promujące kapitał niewidziany od ponad dwóch dekad. Jedną z głównych inwestycji miał stać się port wyceniany na 400 mln dolarów. Podczas gdy Chińczycy otwierali placówkę, szef tajwańskiego MSZ był przekonany, ze nie zmieni to podejścia rządu Wysp.
Okazało się to strategiczną pomyłką. Wyspy Świętego Tomasza i Książęca stawały się rok po roku coraz bardziej zależne od większych Chin, a rok po otwarciu nowego przedstawicielstwa Chiny wspięły się na trzecie miejsce w rankingu tamtejszych eksporterów. Tajwan nie zgadzał się na kolejne transze pomocy finansowej, mówił o potrzebach zbyt wygórowanych wobec możliwości tak niewielkiego narodu i w rezultacie górę wzięły pieniądze. Dyplomację w Tajpej powiadomiono na jedynie pięć godzin przed zerwaniem stosunków. Chiny przechodzą do dyplomatycznej ofensywy i kończą z nieformalnym przymierzem zawartym w 2008 roku z poprzednim prezydentem Tajwanu Ma Ying-jeou. Kraje miały sobie wzajemnie nie podbierać sojuszników. Jednak czasy się zmieniły i walka zaostrzyła.
W czasie największego dyplomatycznego wsparcia w Afryce tajwański rząd popierały 22 kraje. Dziś została z nich tylko Burkina Faso i Swazi. Prezydent Chin zwiększa inwestycje w Afryce, buduje w Dżibuti pierwszą zagraniczną bazę wojskową i kupuje przyjaźń kolejnych rządów. Poszerzanie sieci wpływów kontynentalnych Chin nie tylko zmniejsza wpływy Tajwanu. Chińskie służby specjalne mają dzięki temu mniej roboty, ponieważ kurczą się tereny, do których mogą uciekać skorumpowani biznesmeni. Xi Jinping od lat walczy z nadużyciami, a poszukiwanie tych, którzy ukrywają się przed wymiarem sprawiedliwości w takich protajwańskich przystaniach nosi nazwę polowania na lisy. Królestwo Swazi w 2011 roku dostało od Tajwanu pół miliona dolarów. Rzekomo na przedsięwzięcia biotechnologiczne, ale wraz z pieniędzmi do króla Mswati III przyleciał także nowy prywatny odrzutowiec.
Nie wszędzie pomoc od Tajpej jest tak wprost luksusowa. Granty od mniejszych Chin pozwalają w Afryce walczyć z malarią, budować szpitale, uprawiać ryż, budować studnie. Burkina Faso otrzymała w ten sposób 350 mln dolarów od 1994 roku. Tajwan jednak przestaje się opłacać, bo na współpracy z Chinami można zarobić więcej. Pekin i tak sięga po nowe zasoby, czy ma na to oficjalne zgody czy nie. Co roku w wodach u zachodniego wybrzeża Afryki dokonuje się nielegalnych połowów na ponad miliard dolarów. Korzystają z tego chińskie firmy należące do państwowych koncernów. Po jednej stronie kontynentu chińscy żołnierze mają dbać o bezpieczeństwo Rogu Afryki strzegąc przed somalijskimi piratami, z drugiej przedsiębiorcy sami zachowują się jak piraci w imię własnych interesów.
Wyspy Świętego Tomasza i Książęca chcą stać się afrykańskim Dubajem. W zatoce może być ropa naftowa, szybko rozwijające się państwa leżą na wyciągnięcie ręki, a skoro Tajwan nie chce pomagać - wybór jest prosty. Pekin nie narzeka, że 240 mln dolarów to zbyt wiele jak na tak niewielki naród. Wyspy także mogą przydać się chińskiej armii, doskonale uzupełnią powstającą morską trasę Nowego Jedwabnego Szlaku. Przy ich pomocy będzie można w przyszłości szachować amerykańską flotę dużo dalej niż w okolicach morza Południowochińskiego.
Maleńkie państwo mówi tym samym językiem co dawne portugalskie Makau. To dodatkowa płaszczyzna do prowadzenia interesów. Sen o byciu afrykańskim Dubaju może się ziścić, jeżeli skorzysta się z innego, chińskiego, o którym ciągle mówi Xi Jinping. Chińscy turyści także się ucieszą na nowy, niezbadany jeszcze kraj do odwiedzenia. Jeżeli uruchomi się przemysł turystyczny, można liczyć na dziesiątki tysięcy turystów. No i miliard trzysta milionów bratnich dusz. To zawsze poprawia samopoczucie.
Wyspy pozostają wdzięczne Tajwanowi za to, że w ciągu 12 lat odsetek chorych na malarię spadł z 50 do niewiele ponad jednego procenta w 2015 roku. Czas Tajpej jednak przeminął i decyzja z 21 grudnia 2016 roku dołącza do szeregu tych niekorzystnych dla mniejszych Chin. Wcześniej w 1971 roku w ONZ musiały oddać miejsce Pekinowi, Japonia odwróciła się od Tajwanu w 1972, a największy sojusznik, Stany Zjednoczone oficjalnie podjął ten krok w 1979 roku. Nowa prezydent Tsai Ing-wen robi, co może, by oprzeć się Chinom. Stąd telefon do Trumpa, który prezydent-elekt odebrał, stąd także chęć nagłośnienia sprawy zarekwirowanych transporterów wojskowych singapurskiej armii, które w Hongkongu  przejęli Chińczycy za rzekomy brak pozwoleń na tranzyt drogą morską. Sprzęt wracał z ćwiczeń na Tajwanie, gdzie Singapur może korzystać z tak potrzebnej mu do wojskowych celów przestrzeni od czterech dekad. Trwa walka o głos najważniejszy, który może zabrzmieć w sprawie przyszłości "One China" w zupełnie nowym tonie. Nie wiadomo jednak kompletnie, co Donald Trump, na którego liczy Tajpej, powie. I to nie tylko w sprawie jednych Chin.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA