W sądzie i urzędzie

Organizacja pracy w sądach i czas rozpoznawania spraw

AdobeStock
Sposób organizacji pracy w sądach to zaprzeczenie logiki.

Standardem rzetelnego procesu jest rozpatrzenie sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki. Gwarancje te wynikają zarówno z Konstytucji RP, jak i konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności. Jak ważna to gwarancja, dobrze obrazuje znana maksyma: „justice delayed is justice denied", czyli spóźniona sprawiedliwość przestaje być jakąkolwiek sprawiedliwością.

Najpierw badania

Nie tak dawno red. Marek Domagalski po raz kolejny alarmował, że bez zmniejszenia obciążenia w sądach nie da się usprawnić postępowania. 15 mln spraw rocznie to porażająca liczba. Niemniej przed jakimikolwiek działaniami ograniczającymi kognicję sądów konieczne są rudymentarne badania metodologiczne, analizujące charakter spraw i ośrodki ich największej kumulacji. Trzeba pamiętać, że ograniczenie kognicji sądów powszechnych nie odbywa się w próżni. Te sprawy faktycznie więc obciążą inne sądy, np. administracyjne, czy inne podmioty, od których decyzji również będzie przysługiwało odwołanie do sądu. Jak dotąd też nie udało się odciążyć sądów alternatywnymi metodami rozstrzygania sporów. Może lepiej byłoby zainwestować środki w kampanie billboardowe, które by przekonały obywateli do mediacji czy arbitrażu, od lat z powodzeniem wykorzystywanych na całym świecie?

Obciążenie polskich sądów to nie tylko problem kognicji. To przede wszystkim brak narzędzi do pomiaru obciążenia pojedynczego sędziego. Dopóki nie ma takich narzędzi, dopóty nie sposób mówić choćby o sprawiedliwym podziale spraw w skali kraju. Nawet jednak bez takich narzędzi powszechnie wiadomo, że sędziowie w dużych ośrodkach miejskich mają co najmniej 50 proc. większe referaty od kolegów z małych sądów. Już sama ta okoliczność przekłada się na zróżnicowanie czasu oczekiwania na wyznaczenie rozprawy w małych i dużych miastach. Konieczne są więc zmiany strukturalne, które pozwoliłyby wyrównać obciążenie w sądach dużych i małych, tak aby czas oczekiwania na rozpatrzenie sprawy nie był drastycznie zróżnicowany.

Zamiast kończyć stare, zaczynają nowe

Paradoksalnie, do wielkiego przeciążenia wymiaru sprawiedliwości przyczyniła się zasada niezwłocznego nadawania biegu wszystkim wpływającym do sądu sprawom. Racjonalny, jak mogłoby się zdawać, przepis regulaminu sądowego, że sprawy powinny być rozpoznawane według kolejności ich wpływu, został wypaczony zarządzeniami nadzorczymi. W wielu dużych sądach wprowadzono bowiem zarządzenia dotyczące tzw. pensum spraw na wokandzie. Pensum ustalał prezes sądu, obligując sędziów nie tylko do odbycia kilku sesji w miesiącu, ale i do wyznaczenia na tych sesjach co najmniej kilkudziesięciu spraw. W ten sposób sędziowie zamiast skupić się na kończeniu spraw, zaczęli jednocześnie nadawać bieg nowym.

Taki sposób organizacji pracy okazał się destrukcyjny zwłaszcza dla dużych sądów. Miesięczny wpływ nowych spraw przewyższał liczbę tych, które sędzia był w tym czasie w stanie zakończyć. W ten sposób w referatach systematycznie zaczęły narastać zaległości. Nadawanie zaś biegu każdej nowo wpływającej sprawie wiązało się z koniecznością uruchomienia procedury wymiany pism procesowych, ich weryfikacją formalną, fiskalną itd. Referaty sędziów co miesiąc systematycznie się powiększają, nawet do hiperreferatów 1000 spraw! Co za tym idzie, zwiększa się nakład pracy sędziego w takim referacie, co jest pochodną choćby wymiany korespondencji związanej z prowadzeniem postępowań.

Bezpowrotnie stracony czas

Okazało się również, że problem z obsługą tego rodzaju referatów mają nie tylko sędziowie, ale i pracownicy sekretariatów. Korespondencja w dużych sądach rocznie mierzona jest już w tonach, o liczbie e-maili, telefonów lepiej nie wspominać. Pracownicy sądów zaczęli przedkładać ilość nad jakość pracy. Wielokrotnie dochodzi zatem do zwykłych błędów czy przeoczeń w wysyłce pism czy wezwań na rozprawę. Zaczęły więc powstawać zatory, gdyż wskutek przeciążenia sekretariatów nie była kończona nawet minimalna liczba spraw w sądach borykających się z tego rodzaju problemami.

Taki sposób organizacji pracy w sądach to zaprzeczenie nie tylko teorii dobrej roboty Kotarbińskiego, ale i zwykłej logiki. Nie ma żadnego sensu dzielenie postępowania dowodowego i odraczanie rozprawy co kilka miesięcy. To strata czasu sędziów i pełnomocników, którzy podobnie jak sędzia muszą ponownie czytać akta, aby przypomnieć sobie sprawę. To najgorsze z możliwych rozwiązań. Czas ten jest stracony bezpowrotnie, gdy okaże się, że po takim nakładzie czasu i przygotowań sędziego i pełnomocników np. jeden ze świadków nie się stawi lub nie nadejdzie powiadomienie odbioru od jednej ze stron, lub też strony nieoczekiwanie zdecydują się na zawarcie ugody, nie informując o tym sędziego, który przecież musi poświęcić kilka dni na przygotowanie się do sesji.

Jako dobrą praktykę należy więc rekomendować odwrócenie tej zasady. Sędzia nie powinien nadawać biegu nowym sprawom, dopóki w przedziale kilku dni – jednej ciągłej rozprawy – nie skończy poprzedniej. Tak jak w szpitalu czeka się na operację kilka tygodni lub miesięcy, tak samo konieczne są takie ograniczenia w sądzie. Nie mniej ważne jest stworzenie gwarancji równomiernego obciążenia sądów w Polsce, tak aby czas oczekiwania w tej kolejce nie był znacząco zróżnicowany. Obywatele są równi i wszyscy powinni mieć jednakowy dostęp do sądu, nie tylko profesjonalnego, ale i działającego bez nieuzasadnionej zwłoki. Kolejki w sądach są chyba konieczne, inaczej nie uda się wyjść z tego błędnego koła.

Autorka jest sędzią Sądu Okręgowego w Warszawie

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL