fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sztuka

Marina Abramovic: Skaczę w ogień, umieram w szale

Marina Abramović, „Artystka obecna”, Nowy Jork 2010 © 2010
materiały prasowe
Światowej sławy performerka Marina Abramović otwiera swą pierwszą polską ekspozycję w toruńskim CSW.

W Museum of Modern Art w Nowym Jorku jako „Artystka obecna" gościła pani przez kilka tygodni przy stole nieznajomych i znajomych – poprzez bycie razem oczyszczając emocje. Czy w Toruniu zasiadłaby pani z ojcem Rydzykiem?

Nie znam ojca Rydzyka i nie utożsamiam mojej pracy z polityką, ponieważ dzisiejszy gorący news jutro może nie mieć znaczenia. Moim wyzwaniem jest znalezienie sposobu na trwałą zmianę świadomości odbiorców. Ale zawsze trzeba zaczynać od siebie. Jeśli mnie się powiedzie – mogę próbować z innymi. Wierzę, że sztuka jest jak powietrze dla społeczeństwa. Nie może zmienić świata, ale może nam pomóc w uzyskaniu równowagi ciała i ducha, że artyści mają wyobraźnię i intuicję. Czasami sztuka może prognozować przyszłość i pomagać w ulepszeniu ludzkości.

Czytaj także:

Abramović w Toruniu. Radio Maryja wezwane na pomoc

Źródłem pani pierwszych performance'ów była trauma rodzinna i społeczna po II wojnie światowej. Jak dziś pani wspomina związane z tym kaleczenie ciała, igranie – dosłownie – z ogniem?

Nie oglądam się w przeszłość, zajmuję się przyszłością. Sentymentalna nie jestem. Pracując nad nowymi pomysłami, nie zajmuje się tematem cierpienia. Ale by wszyscy zrozumieli moją przeszłość, przypomnę, że kiedy zaczynałam, wyodrębniłam trzy rodzaje lęków – przed bólem, cierpieniem i śmiercią. W różny sposób czyniłam te kwestie tematem moich wystąpień. Zawsze jednak warunkiem mojej walki z lękami było zwalczenie ich w obecności publiczności, by udowodnić widzom, że jeśli ja mogę sobie poradzić – ona też może to zrobić. Czułam się jak posłaniec nadziei. Zapewniam, że nigdy nie zrobiłabym sobie krzywdy, odcinając kawałek ciała lub kalecząc je prywatnie. Miało to sens jedynie wobec widzów, którzy dając mi siłę, dostawali nadzieję. Ból ciała uświęcał cel.

Jugosławia miała opinię najbardziej słonecznego baraku w komunistycznym obozie.

Ale czas komunizmu nie należy do najlepszego okresu w moim życiu. Przed emigracją spędziłam w komunistycznej Jugosławii 29 lat, co znajduje odbicie na toruńskiej wystawie, podobnie jak patron tamtej Jugosławii, marszałek Broz-Tito. Poza tym pochodzę z partyzancko-wojskowej rodziny, oboje rodzice byli narodowymi bohaterami, i to też miało na mnie wpływ. Właśnie dlatego zostałam wychowana w opresyjnej dyscyplinie, pod kontrolą, co także odbija się w mojej sztuce. Paradoks polega na tym, że gdybym nie zaznała dyscypliny od dziecka, nie dałabym rady brać udziału w moich wyczerpujących projektach. A przybycie do Polski jest wizytą w kraju, który wydaje się mi bliski również poprzez podobieństwo doświadczeń.

W autobiografii wspomina pani Tadeusza Kantora. Miała pani inne relacje z polskimi artystami?

Pamiętam, jak spotkaliśmy się z Kantorem w 1973 r. Był charyzmatycznym artystą. Kilka razy spotykałam się z Józefem Robakowskim, również niesamowitym twórcą. Przychodził na moje performance'e. Odkąd pamiętam, interesowałam się metodą Jerzego Grotowskiego. Trzymaliśmy się razem, jak na wygnańców przystało, ponieważ sztuka performance'u dopiero raczkowała i nie była w pełni akceptowana przez społeczeństwo.

Pani rodzice byli komunistycznymi partyzantami, zaś ojciec pani wieloletniego partnera Ulaya – żołnierzem III Rzeszy. Przeszłość rodzin była dla was ważnym tematem?

Oczywiście. Ojciec Ulaya walczył pod Stalingradem, zaś mój przeciwko armii Hitlera w Jugosławii. Tak się złożyło, że przyszliśmy na świat w czasie wielkiego chaosu, a połączył nas także wspólny dzień urodzin. Ulay urodził się 30 listopada 1943 r. w Solingen i na jego akcie urodzenia jest swastyka. Ja urodziłam się trzy lata później w Belgradzie, a na moim akcie urodzenia jest komunistyczna gwiazda. Obchodząc nasze urodziny, stworzyliśmy projekt „Komunistyczne ciało, faszystowskie ciało", w którym wykorzystaliśmy akty urodzenia. Nasze urodziny i biografie były podstawą naszej pracy, tak jak wszystkie związane z tym życiowe i miłosne opozycje.

Skąd biorą się w człowieku agresja i okrucieństwo?

Są w nim. To potwierdza historia. Dalajlama powiedział, że jedynym sposobem przewalczenia złego wpływu historii na współczesność jest wybaczenie i rezygnacja z zabijania. Ludzkość uczy się wybaczać, ale nie zrezygnowała z zabijania. Zmienia się tylko teatr wojen, lokalizacje katastrof, hasła i nazwy systemów. Przemoc pozostaje taka sama.

Czy status papieżycy performance'u, jaki pani uzyskała, stanowi zagrożenie dla pani wrażliwości i niezależności?

Oczywiście, i zawsze takie ryzyko muszę brać pod uwagę. Nigdy nie wiemy, jaka będzie reakcja publiczności, jak się zmienimy również pod wpływem sławy.

Ale startując jako zbuntowana artystka, stała się pani globalną gwiazdą, wręcz celebrytką. Na pani nowojorski pokaz przyszła Lady Gaga, z którą później pani pracowała. Jak to rozumieć?

Celebryctwo to kategoria, w jakiej część publiczności i mediów ocenia niektórych artystów. To nie ma wpływu na mnie, to nie moja perspektywa. Ale może gdyby sukces zdarzył mi się, kiedy miałam lat 20 lub 30, wpadłabym w depresję i zmagała się z nałogami. Jednak sukces przychodził do mnie powoli, a dał znać o sobie, gdy byłam po sześćdziesiątce. Dlatego jestem uodporniona na to, jak się pojawia i przemija. Oczywiście, sukces może mieć też dobre strony: daje dodatkową okazję do realizacji projektów i lepsze warunki.

W Toruniu pani performance'e wykonają młodzi polscy artyści. O co panią pytają, jakie mają problemy. Co im pani radzi?

Radzę im, by nie byli zapatrzeni w Zachód, tylko pozostali sobą. Bardzo ważna jest odpowiedź na fundamentalne pytanie: chcesz być artystą czy osobą znaną i bogatą. A jeśli chcesz zdobyć sławę i pieniądze szybko – zapomnij o sztuce.

Jaka jest pani opinia na temat nowych technologii cyfrowych w sztuce?

Jedną z najnowszych prac jest „The Life" w The Serpentine Gallery w Londynie z użyciem mojego awatara 3D. Dotyka kwestii potencjału, jaki ma sztuka w związku z tym, że artysta może być dzięki nowym technologiom obecny w wielu miejscach, czasach i rzeczywistościach, będąc w dawnym znaczeniu nieobecnym. To jest szczególnie ważne dla mnie, bo mam już 73 lata. My, performerzy, musimy skorzystać z takiej okazji.

Nad czym pani teraz pracuje?

Przygotowuję duży show w Royal Academy w Londynie, gdzie przez 250 lat nie było ani jednej prezentacji kobiety artystki. 80 procent prac, które zaprezentuję, to będą nowości. Planuję też na 2020 r. w Monachium operę „7 śmierci", w której również wystąpię. Zagram siedem scen śmierci operowych heroin – m.in. z „Otella", „Traviaty", „Madame Butterfly", „Carmen". Dedykuję projekt Marii Callas, niezmiennie mnie fascynującej, która zmarła z powodu złamanego serca. Spektakl można porównać do skoku w ogień, śmierci w szaleństwie.

Czy prezentując „Do czysta" w Toruniu, przywiozła pani gotowy format, pokazywany wcześniej w innych galeriach, czy dodała pani coś specjalnego, co było pani specjalnością w performance'ach?

Moja toruńska prezentacja „Do czysta" jest największa. Mam do dyspozycji tysiąc metrów więcej niż w innych galeriach i wykorzystałam to, pokazując dodatkowe prace. Jestem bardzo zadowolona, bo toruńska przestrzeń robi imponujące wrażenie i pozwala lepiej wybrzmieć mojemu dorobkowi.

Feminizm to głośna dziś kwestia. Jaka będzie rola kobiet w przyszłości?

Jestem kobietą, jednak nie artystką kobiecą – tylko artystką. Sztukę można oceniać wyłącznie w jeden możliwy sposób. Jest dobra albo zła, bez względu na to, kto ją stworzył.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA