fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Znów barykady na ulicach w Chile

Demonstranci pod pałacem prezydenckim La Moneda w stolicy Chile Santiago
AFP
Prezydent wymienił trzecią część rządu, ale protestujących to nie uspokoiło. W kilku miastach ponownie doszło do rozruchów.

– Kraj się zmienił i rząd też musiał się zmienić – powiedział prezydent Sebastian Pinera, ogłaszając dymisję ośmiu ministrów. Wśród nich spraw wewnętrznych, finansów, pracy, gospodarki, ale też sportu.

Mieszkańcy stolicy odpowiedzieli, zbierając się na Plaza Baquedano – jednym z głównych węzłów komunikacyjnych Santiago. Znów doszło do starć z policją. Mimo że szef resortu Andres Chadwick został właśnie zdymisjonowany za zbyt niezdarne i brutalne tłumienie rozruchów, jego następca nie zawahał się i wysłał oddziały na ulice stolicy. Na placu pojawiły się barykady, podpalono jedną ze stacji metra, a w dodatku w płomieniach stanęło centrum handlowe w pobliżu pałacu prezydenckiego.

Nie wiadomo, w jaki sposób doszło do pożaru stacji kolejki podziemnej, jak i centrum. W zeszłym tygodniu manifestanci kilkakrotnie podkładali ogień na stacjach, ale pracownicy metra zaczęli protestować z powodu zadymienia. Zaprzestano więc tej praktyki, ale i tak straty metra sięgnęły 400 mln dolarów. W przypadku centrum handlowego miejscowe media podejrzewają celowe podpalenie, tylko nie wiadomo przez kogo.

Rozruchy wybuchły również w innych miastach: Concepcion i Valparaiso. – Rozmawiałam z ministrem spraw wewnętrznych i prezydentem. Nie zamierzamy ponownie wprowadzać stanu wyjątkowego. Wierzymy, że sama policja da sobie radę z grupami agresywnych osób – zapewniła nowa rzeczniczka rządu Carla Rubilar.

W niedzielę prezydent zniósł stan wyjątkowy, wprowadzony w kraju po raz pierwszy od 1990 roku. Wcześniej, w piątek w Santiago doszło do ogromnej manifestacji antyrządowej, w której wzięło udział ponad milion osób (w mieście mieszka ok. 5,5 mln osób – trzecia część mieszkańców kraju). Według miejscowych historyków była to największa demonstracja w historii kraju.

Była to kulminacja rozruchów, jakie trwały od 6 października, a wywołane zostały podwyżką cen biletów na metro (o równowartość czterech centów amerykańskich). Najpierw zaprotestowali studenci i uczniowie, urządzając flash moby i happeningi, a potem nastąpił wybuch niezadowolenia większości Chilijczyków. Od 18 października demonstracje zamieniły się w walki uliczne na barykadach. Prezydent Pinera rozkazał interweniować wojsku i wprowadził stan wyjątkowy w stolicy i kilku innych miastach.

W starciach zginęło co najmniej 20 osób, ponad 1100 zostało rannych (połowa z broni palnej), aresztowano ok. 7 tys. demonstrantów. Ponieważ u piątej części rannych nie udało się stwierdzić, z jakiej broni zostali trafieni, miejscowe organizacje pozarządowe wezwały ONZ, by przeprowadziła śledztwo w sprawie działań policji.

– W Santiago sprzedawane są cztery samochody Maserati miesięcznie, ale większość z nas do pięćdziesiątki musi spłacać długi zaciągnięte na zdobycie wykształcenia – tłumaczył dziennikarzom powody niezadowolenia jeden z mieszkańców. Raport ONZ sprzed dwóch lat ujawnił, że w kraju 1 proc. mieszkańców posiada 33 proc. narodowych bogactw. Po przyjęciu do OECD Chile zajęło tam pierwsze miejsce pod względem rozwarstwienia i nierówności społecznych. W tej sytuacji eksperci zagraniczni ostrzegali od dwóch lat, że tak wielkie różnice dochodów zagrażają stabilności państwa. Powodem eksplozji stała się niewielka podwyżka cen komunikacji miejskiej – która poza wszystkim jest uznawana za najlepszą w Ameryce Łacińskiej.

Początkowo prezydent Pinera nazywał demonstrantów „kryminalistami" i mówił, że „kraj walczy z bezlitosnym wrogiem". W końcu jednak postanowił dokonać zmian w rządzie dla uspokojenia sytuacji. Sam będąc miliarderem, zapowiedział też podwyżkę emerytur, zamrożenie cen komunikacji publicznej czy zmniejszenie cen energii elektrycznej. Manifestacje jednak nie ustały, choć są znacznie mniejsze od zeszłotygodniowych. Mimo bowiem, że znaczna część Chilijczyków uważa, iż ustępstwa prezydenta są niewystarczające, od demonstracji zaczynają ich odstraszać powtarzające się akty wandalizmu i grabieży sklepów.

– Ludzie są już zmęczeni tą przemocą i chaosem – mówiła rzeczniczka rządu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA