fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sędziowie i sądy

O jeden most za daleko - spór o SN komentuje Mariusz Królikowski

Fotolia.com
Prawdziwym motywem rządzących jest postawienie na swoim bez względu na koszty.

Bitwa o Sąd Najwyższy wchodzi w kolejną fazę. Krajowa Rada Sądownictwa wybrała kandydatów do nowych izb SN i na kilka wakatów w izbach dotychczasowych. Można się spodziewać, że zgodnie z nową świecką tradycją prezydenckie nominacje nastąpią bardzo szybko. Wątłe uliczne protesty czy niemrawe działania organów europejskich raczej już tego walca nie zatrzymają. Przynajmniej na razie.

Rzecz jasna jeszcze długo będzie punkt zapalny w postaci powołania nowej osoby na funkcję pierwszego prezesa SN. Dodajmy, na funkcję, która jeszcze przez prawie dwa lata pozostanie obsadzona. Trudno powiedzieć, czy znajdzie się chętny do tej misji, ale, znając życie, może tak. Zapewne pojawią się problemy z wyłonieniem odpowiedniej liczby kandydatów w odpowiednim trybie, ale obóz rządzący już nieraz pokazał, że takie problemy załatwia szybką ścieżką legislacyjną maksymalnie w dwie doby. Opór będzie pewnie daremny, a „samozwaniec" sięgnie po tron. Oczywiście straty Polski z tego tytułu będą ogromne, także na arenie międzynarodowej, ale najwyraźniej na to poświęcenie obóz rządzący jest gotowy.

Po co to wszystko? Jak istotne są cele głębokich zmian w Sądzie Najwyższym, że mają one uświęcać zastosowane środki? Na to pytanie już mało kto w ferworze walki zwraca uwagę. Można odnieść wrażenie, że – cytując klasyka socjaldemokracji Eduarda Bernsteina – cel jest niczym, a ruch wszystkim. Rzeczywistym zaś motywem działania staje się po prostu postawienie na swoim bez względu na koszty i pokonanie przeciwnika, który stawia zaskakująco duży opór.

To jest rzecz jasna uproszczenie. U źródeł niechęci (mówiąc delikatnie) obozu władzy do sądów w ogóle, a do Sądu Najwyższego w szczególności, stoją całkiem konkretne przesłanki osadzone w praktyce ostatniego ćwierćwiecza. Inna rzecz, na ile te przesłanki są racjonalne i uzasadnione oraz na ile uzasadniają radykalne działania.

Pierwszy i chyba najważniejszy zarzut, powtarzany przez polityków obozu władzy, to rzekomo postkomunistyczna tradycja SN. Pomijam głoszone czasem tezy, że w SN nadal orzekają sędziowie, którzy skazywali na śmierć polskich patriotów w okresie stalinowskim. Pół wieku po zakończeniu stalinizmu jest to po prostu niemożliwe. Większość stalinowskich oprawców przestała orzekać jeszcze w latach 50. Jedyny znany żyjący obecnie stalinowski sędzia – Stefan Michnik – nie został ukarany nie z powodu bezczynności polskiego wymiaru sprawiedliwości, lecz decyzji Szwecji o odmowie ekstradycji ze względu na przedawnienie (według szwedzkiego prawa). Historie o stalinowskich sędziach można więc śmiało włożyć między bajki.

Bardziej złożona jest kwestia historii najnowszej, a zwłaszcza sędziów, którzy orzekali w okresie stanu wojennego. I tu jednak upływ czasu jest bezlitosny. Jeśli ktoś zaczynał orzekać w 1981 r., w wieku 26 lat, obecnie ma 63 lata i zbliża się do granicy stanu spoczynku. Zdecydowana większość sędziów z tamtego okresu już nie orzeka. Co najważniejsze – samo rozpoczynanie kariery w PRL nie jest w żadnym razie powodem do ujmy. Istotne jest, czy ktoś wówczas sprzeniewierzył się zasadom niezawisłości, a w szczególności czy skazywał opozycjonistów na podstawie niekonstytucyjnego dekretu o stanie wojennym.

Przenoszą w stan spoczynku

Faktem jest, że po 1989 r. środowisko sędziowskie – wbrew nadziejom prof. Adama Strzembosza – nie oczyściło się z osób, które w latach 80. sprzeniewierzyły się zasadom niezawisłości. Sąd Najwyższy też ma niestety w tym swój udział, gdyż w jednym z orzeczeń sprzed kilkunastu lat uznał za niedopuszczalne pociąganie do odpowiedzialności za delikty orzecznicze z czasów stanu wojennego. W praktyce zamknęło to możliwość pociągania do odpowiedzialności dyscyplinarnej „sędziów stanu wojennego". Tylko niewielka ich grupka spotkała się z konsekwencjami większymi niż przeniesienie do mniej eksponowanego wydziału.

Argumenty dotyczące dekomunizacji SN są o tyle chybione, że akurat ta instytucja – jako jedyna w wymiarze sprawiedliwości – podlegała weryfikacji w 1990 r. Wymieniono wtedy większość sędziów. Obecny skład SN pochodzi w zdecydowanej większości z naboru przeprowadzonego po 1990 r.

W tym czasie trafiali do SN sędziowie z niższych instancji. Niektórzy z nich byli zaangażowani w „orzecznictwo stanu wojennego", ale nigdy nie była to grupa dominująca. Prawicowe media wskazywały osiem nazwisk sędziów, którzy w latach 80. mieli wydawać wyroki skazujące opozycjonistów. Ośmiu na ponad 80 sędziów SN. Do lipca 2018 r. w czynnej służbie pozostały dwie takie osoby. Zakładając nawet prawdziwość tych zarzutów, znikoma skala tego zjawiska raczej nie usprawiedliwia tak intensywnego ataku na SN.

Swoistym paradoksem jest przykład jednej z ofiar czystek w SN – sędziego Stanisława Zabłockiego. W latach 80. był obrońcą także w procesach politycznych, a ukoronowaniem jego adwokackiej kariery było reprezentowanie rotmistrza Witolda Pileckiego w procesie rehabilitacyjnym. Teraz, w ramach zbiorowej dekomunizacji, taka osoba ma być przeniesiona w stan spoczynku. Wylanie dziecka z kąpielą to bardzo łagodne określenie takich działań.

Sól w oku władzy

Drugim argumentem podnoszonym w obronie wprowadzanych zmian jest bezkarność przestępczości sędziów. Chodzi o to, że owe znane z wypowiedzi polityków i nieszczęsnej kampanii billboardowej przypadki przestępstw sędziów można policzyć na palcach jednej ręki. Razem z wykroczeniami – na palcach dwóch rąk.

Owszem, czasem postępowania dyscyplinarne trwały zbyt długo. Owszem, zapadło jedno kontrowersyjne orzeczenie, zgodnie z którym za wykroczenie w postaci kradzieży części do wkrętarki nie zastosowano najwyższego wymiaru kary dyscyplinarnej – wydalenia ze służby. Czy jest to jednak powód do tak drastycznych działań w postaci skrócenia konstytucyjnej kadencji pierwszej prezes SN czy otwartej wojny prawnej z Unią Europejską?

Można podejrzewać, że solą w oku obozu rządzącego są także wyroki, które zapadały w poprzednich latach, dotyczące spraw o podłożu politycznym, w których brali udział politycy obu zwaśnionych stron. Najbardziej chyba znana jest sprawa ministra Mariusza Kamińskiego i jego współpracowników z CBA, która, jak wiadomo, zakończyła się precedensowym ułaskawieniem prezydenckim. To znaczy być może się zakończyła, gdyż procedury związane z tym postępowaniem nadal są w toku. Sąd Najwyższy naraził się w tej sprawie obozowi władzy, kwestionując – skądinąd zupełnie słusznie – możliwość zastosowania prawa łaski przed prawomocnym zakończeniem postępowania.

Druga istotna sprawa to równie słynne zarzuty korupcyjne wobec posłanki Sawickiej. Sąd Najwyższy doszedł tu do przekonania, że dowody zdobyte nielegalnie nie mogą służyć jako podstawa skazania. W tym miejscu jednak nastąpiła rozbieżność między legalistycznym rozumowaniem prawniczym a potocznie rozumianą sprawiedliwością, gdyż wielu niefachowych obserwatorów nie mogło zrozumieć, jak osoba nagrana podczas przyjmowania propozycji korupcyjnych może uniknąć skazania.

Trzeci istotny wątek to sprawa zwana w mediach trochę na wyrost „korupcją w SN", a polegająca na tym, że jeden z sędziów SN proponował swojemu koledze, też zresztą sędziemu, pomoc w napisaniu skargi kasacyjnej. Nikt nie poniósł odpowiedzialności dyscyplinarnej, co nie pomogło wizerunkowi SN jako ostoi sprawiedliwości. I zostało bezwzględnie wykorzystane.

W każdym razie politycy obozu władzy uznali, że atak na SN jest niezbędny, ponieważ ten organ jest „głową" wymiaru sprawiedliwości. Jest to teza jednak tylko częściowo słuszna. Owszem, w dziedzinie kierunków orzecznictwa i wykładni prawa rola SN jest znacząca. W gruncie rzeczy – przesądzająca. Już jednak w kwestii organizacji wymiaru sprawiedliwości jest żadna. Sąd Najwyższy w ogóle, a pierwszy prezes w szczególności nie ma żadnych uprawnień w sprawach funkcjonowania sądownictwa powszechnego. Zarówno w kwestiach organizacyjnych, jak i personalnych cała władza skupiała się w poprzednim okresie na poziomie apelacji, które stanowiły swoiste udzielne księstwa. Jeśli więc ktoś ma jakieś zastrzeżenia, nie powinien ich kierować do SN. Dzieje się jednak inaczej i obecnie w celach propagandowych używa się nieraz argumentów, które z rzeczywistą rolą SN nie mają nic wspólnego.

Walka na noże

W sumie jednak trzeba stwierdzić, że podstawy do ataku na SN są mocno naciągane. Owszem, likwidacja Izby Wojskowej doprowadziła do przejścia w stan spoczynku kilku sędziów zaangażowanych w sądownictwo wojskowe stanu wojennego. Jak jednak wytłumaczyć atak na pozostałe izby? Jak wytłumaczyć chęć przeniesienia w stan spoczynku wybitnego cywilisty prof. Jacka Gudowskiego albo wspomnianego już sędziego Stanisława Zabłockiego? Czy wreszcie, jak wytłumaczyć potrzebę walki na noże o usunięcie ze stanowiska prof. Małgorzaty Gersdorf, która całe życie zajmowała się naukowo prawem pracy, w SN jest raptem od kilku lat, a z omawianymi zarzutami nie miała nic wspólnego?

Istotną rolę we wprowadzaniu zmian w SN miała do odegrania Krajowa Rada Sądownictwa. Pominę już konstytucyjne zastrzeżenia do sposobu jej powołania, gdyż jest to temat wykraczający poza ramy niniejszego artykułu. Dość powiedzieć, że mimo tych zastrzeżeń Rada funkcjonuje, a w lipcu i sierpniu odegrała kluczową rolę w sprawie SN. Niestety, wbrew nadziejom, które także ja miałem okazję przedstawiać na łamach „Rzeczpospolitej", rolę tę odegrała źle. Wchodzący w skład KRS sędziowie nie stanęli na wysokości zadania, które przed nimi postawiła historia. I to dwukrotnie.

Pierwsza sprawa to opiniowanie wniosków sędziów SN w wieku 65+ o pozostanie w służbie pomimo przekroczenia nowego wieku spoczynkowego. Negatywnie zostały zaopiniowane trzy wnioski (sędziów Stanisława Zabłockiego, Józefa Iwulskiego i Jerzego Kuźniara), które zostały oparte bezpośrednio na konstytucji i nie spełniały ustawowego wymogu załączenia zaświadczenia lekarskiego. Tu Rada postanowiła ściśle trzymać się tekstu nowej ustawy. I choć sami zainteresowani pozytywnej opinii bynajmniej nie oczekiwali, uznając całą procedurę za niekonstytucyjną, członkowie Rady nie wykroczyli poza poziom literalnej wykładni tekstu ustawy i nie skorzystali z możliwości, by tę trójkę wybitnych prawników zachować w stanie czynnym.

Dalej było już tylko gorzej. KRS negatywnie zaopiniowała także wnioski sędziów Jacka Gudowskiego, Wojciecha Katnera, Anny Owczarek i Marii Szulc, choć spełniały wymogi ustawowe. Utajnienie obrad, a także niezwykle lakoniczne uzasadnienia podjętych decyzji, z których nic nie wynikało, nie pozwalają na ustalenie, jakimi motywami się kierowano.

Co gorsza, Krajowa Rada Sądownictwa podjęła z własnej inicjatywy uchwałę, że prof. Małgorzata Gersdorf przeszła z początkiem lipca w stan spoczynku i nie pełni już funkcji pierwszej prezes. Tu również oparto się na literalnym brzmieniu ustawy, zupełnie pomijając kontekst konstytucyjny, zgodnie z którym kadencja pierwszego prezesa SN trwa sześć lat (do 30 kwietnia 2020 r.) i nie może być skrócona za pomocą ustawowych sztuczek.

Czary goryczy dopełniły wybory kandydatów do SN. Wybory, które z niezbyt zrozumiałych przyczyn znacznie przyspieszono – z połowy września na koniec sierpnia. Można było dać czas na rzetelną analizę 200 zgłoszonych kandydatur. Tym bardziej że nie jest to decyzja na rok czy dwa, lecz na lat kilkanaście. Pośpieszna procedura nie wróżyła niczego dobrego. Procedowanie rozpoczęto z dnia na dzień, nie czekając nawet na zakończenie przesłuchań kandydatów przez zespoły robocze. Najgorsze miało dopiero nadejść.

Stało się to podczas wyborów do nowych izb: Dyscyplinarnej i Skarg Nadzwyczajnych, które będą miały zasadnicze znaczenie dla losów praworządności w Polsce, ponieważ zadecydują zarówno w kwestii usunięcia ze służby sędziowskiej, jak i w kwestii ważności wyborów oraz wzruszania prawomocnych orzeczeń sądowych. Z punktu widzenia funkcjonowania demokratycznego państwa prawnego są to kwestie najzupełniej podstawowe. Dlatego tak ważne jest, aby w skład SN, a zwłaszcza obu nowych izb, weszli doświadczeni i niezależni sędziowie.

Izba prokuratorów

Stało się jednak inaczej. Wśród 12 kandydatów do Izby Dyscyplinarnej znalazło się jedynie dwóch sędziów. Za to jest w tym gronie aż sześciu prokuratorów, zresztą wyższych szczebli i w dużej mierze znanych z bliskiej współpracy z ministrem Ziobrą. Taka nadreprezentacja prokuratorów nie znajduje żadnego uzasadnienia. Dotychczasowi prokuratorzy są bowiem przyzwyczajeni do zupełnie innych standardów niezależności i podległości służbowej. Jak się później okazało – jeden z rekomendowanych prokuratorów ma w dodatku na koncie wyrok dyscyplinarny, nie ma za to wymaganego stażu pracy. Do tego doszedł radca prawny znany w mediach z antysędziowskich wypowiedzi, doradca marszałka Sejmu w sporze o TK czy pełnomocnik ministra Ziobry ze sprawy o ochronę dóbr osobistych – zresztą jak się okazało – również karana dyscyplinarnie. Taki skład kandydatów jest szkodliwy i niebezpieczny dla przyszłych postępowań dyscyplinarnych, a co za tym idzie, dla zachowania gwarancji niezawisłości sędziowskiej. I nie zmienia tej opinii ostatnia rezygnacja karanej dyscyplinarnie pani mecenas z kandydowania.

Złego wrażenia po wyłanianiu kandydatów do Izby Dyscyplinarnej nie zatarł fakt, że w kolejnych dniach Rada wyłoniła na ogół całkiem dobrych kandydatów do pozostałych izb. Nie osłodzi tego fakt, że dopiero od tej kadencji KRS rozpoczęto transmisje z posiedzeń. Ani fakt, że po raz pierwszy zaproszono na rozmowy wszystkich kandydatów, co dotychczas zdarzało się sporadycznie. Złe wrażenie pozostało i chyba dosyć trudno będzie je zatrzeć.

Teraz wszystko w rękach prezydenta Andrzeja Dudy. Zarówno w kwestii odesłania sędziów w stan spoczynku, jak i powołania nowych. Paradoksem historii jest, że prezydencka prerogatywa odmowy powołania sędziego, która dwa lata temu stała się zaczątkiem sędziowskich protestów, organizowanych m.in. przez Stowarzyszenie Iustitia, teraz jawi się jako szansa na zatrzymanie złych nominacji.

W każdym razie wojna o SN trwa i zapewne potrwa jeszcze długo. Czy było warto ją zacząć? Czy koszty, także te międzynarodowe, są współmierne do potencjalnych korzyści? Mam co do tego poważne wątpliwości. I wrażenie, że dla obozu rządzącego ten atak na SN był atakiem o jeden most za daleko.

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Płocku, prezesem płockiego oddziału SSP Iustitia

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA