fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sędziowie i sądy

Wojciech Tumidalski: Błędów reformy wymiaru sprawiedliwości nie da się zrzucić na pandemię

Adobe Stock
Reformy nie tylko nie poprawiły szybkości działania polskiego wymiaru sprawiedliwości, ale wręcz ją pogorszyły. Widać to jak na dłoni w danych Komisji Europejskiej.

Liczby niestety nie kłamią: w sprawach cywilnych, gospodarczych i administracyjnych średni czas na orzeczenie pierwszej instancji wydłużył się z 50 dni w 2012 r. do 111 dni w 2019 r. Nie da się zrzucić tego na pandemię. Tę wymówkę – zresztą uniwersalną, bo dla każdego kraju, nie tylko UE – pokaże dopiero przyszłoroczny odczyt danych.

Przyczynę spowolnienia Temidy znamy od dłuższego czasu: to niekończące się zmiany, które zamiast usprawniać, deformują nasz system prawny. Zamiast reformować niewydolne procedury, zmieniono prezesów sądów, którzy nie wpłynęli na to, by sprawy toczyły się szybciej. Teraz jednak minister sprawiedliwości nie będzie mógł łatwo zrzucić na sędziów winy za taki stan rzeczy.

Czytaj też:

Sprawiedliwość droga i nierychliwa

Współczynniki sprawności postępowania sądowego to jeden z istotnych argumentów dla zagranicznych inwestorów, czy warto wchodzić do jakiegoś kraju z kapitałem. Wyniki Polski – choć nie jest w europejskiej stawce ostatnia – niestety, nie zachęcają.

A wszystko dzieje się w tygodniu poprzedzającym spodziewane ważne orzeczenia TSUE, które mogą zachwiać w posadach nowo tworzonym w Polsce ustrojem sądów – szczególnie Krajową Radą Sądownictwa i Izbą Dyscyplinarną SN, której sądowy status podważano już wcześniej. Ta jednak nic sobie z tego nie robi i nadal orzeka w najlepsze. Niby powstrzymuje się od sądzenia spraw dyscyplinarnych sędziów, ale już nie prokuratorskich i adwokackich. Uchyla też sędziowskie immunitety, bo uznała, że może, gdyż TSUE zakazał jedynie dyscyplinarek sędziowskich.

Takie rozumowanie ma jednak pułapki, które przed laty zdemaskowali Julian Tuwim z Antonim Słonimskim, dokonując logicznego rozbioru zdania z Roty: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz". Stosując podobną logikę, doszli do wniosku, że Niemiec może nam pluć wszędzie, byle nie w twarz, natomiast co do innych narodowości nie ma żadnych ograniczeń w pluciu.

Sprawność w postępowaniach dyscyplinarnych też jest ważna, ale tutaj akurat lepiej byłoby poczekać na to, co zrobi TSUE, niż „odkręcać" skutki złych decyzji.

I za to pretensji raczej by nie było.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA