fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sędziowie i sądy

Sędziowie zatrutego drzewa - Tomasz Krawczyk o nowej KRS

Fotolia.com
Beneficjenci neoKRS znają zastrzeżenia prawne jej stawiane, ale chcą wykorzystać swoje pięć minut.

Najnowszy felieton sędziego Mariusza Królikowskiego („Między Scyllą a Charybdą"), nie stanowił dla mnie niespodzianki co do tematu i wniosków. Znam bowiem punkt widzenia autora. Odwołując się do dylematu Odyseusza, opisał konflikt między koniecznością sprawnej obsady stanowisk w sądach a zastrzeżeniami prawnymi, jakie nadal istnieją w sferze prawnej, dezawuując te ostatnie. Konkludował, że może nie wszystko było legalne, ale trzeba się z tym pogodzić na zasadzie „wyboru mniejszego zła".

Do rozważań kolegi mam stale zarzut, że, najwyraźniej z racji jego poglądów politycznych rażą jednostronnością i pomijaniem lub marginalizowaniem niewygodnych kwestii, niepasujących do przyjętej tezy. W efekcie błędnie rozpoznał Scyllę i Charybdę, które wynurzają się z odmętów PiS-owskiej reformy sądownictwa.

I kto tu sabotuje

Gdy opisuje przebieg konkursów do sądów powszechnych, podkreśla mnogość wolnych miejsc i kandydatów. Wywodzi, że opiniowanie miało początkowo „przebiegać bez problemów", ale potem pojawiły się uchwały zgromadzeń kwestionujące konstytucyjność neoKRS i wzywające do odroczenia lub powstrzymania się od opiniowania do czasu wyroku TSUE.

W tym opisie kłód rzucanych pod nogi niezłomnym członkom nowej Rady przez niecnych sabotażystów z samorządu sędziowskiego oczywiście nie odnajdziemy wyjaśnienia powodów bezprawnego dwuletniego blokowania etatów przez kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości. Było nim czekanie na personalne przejęcie Rady, tak aby wstrzymywane wakaty (w tym też miejsca do SN i NSA) licznie obsadziło grono sprzyjających PiS sędziów o poglądach prawicowych. Siłą rzeczy autor zataja skrajne upolitycznienie owych nominacji i kontrowersje, jakie w rezultacie towarzyszyły kolejnym konkursom do SN, NSA i na wyższe stanowiska sędziowskie w sądach powszechnych: preferowanie kandydatów o poglądach prawicowych i z grona „faksowych" prezesów oraz ich znajomych, mimo negatywnych ocen środowiska sędziowskiego i wizytatorów oraz kosztem lepszych kandydatów. Musiał być mu zaś znanym fakt zakwestionowania przez nowych sędziów SN skandalicznego przebiegu konkursów do Sądu Apelacyjnego w Łodzi i jego macierzystego sądu rejonowego. Trudno też uwierzyć, by przeoczył liczne awanse, które nagle stały się udziałem prawicowo nastawionych forumowiczów z pewnego portalu sędziego R. Puchalskiego, na którym autor sam jest aktywny. Przy opisie konkursu do SN wprawdzie krytykuje szybkie procedowanie przez neoKRS, ale próżno szukać jego oceny kandydatów, którzy w rezultacie zostali wybrani, oraz kryteriów decydujących o ich awansach, faktycznie tożsamych z przyjmowanymi w konkursach do sądów powszechnych. Bez trudu można tam wskazać osoby, które nigdy nie powinny były zostać sędziami SN. Reasumując, zataja, iż powodem sędziowskich uchwał były – obok zastrzeżeń prawnych – obserwacje, że procedura konkursowa przed nową KRS to farsa, w której niezasadnie preferowani są kandydaci z klucza towarzysko-politycznego kręgu obecnej Rady, MS i środowisk PiS.

Nominacje sędziowskie powinny podlegać ocenie jakościowej, a nie ilościowej. Autor felietonu zachwyca się tymczasem liczbą kandydatów i etatów do obsadzenia, z troską pochyla nad obecnymi brakami kadrowymi w sądach. Ignoruje zaś fakt, że z punktu widzenia interesu społeczeństwa (i samego wymiaru sprawiedliwości) lepiej poczekać na dobrego sędziego, niż gdyby latami na wyższym szczeblu miał z wątpliwym tytułem prawnym orzekać sędzia mierny, bez odpowiednich kwalifikacji i walorów etycznych, wyłoniony „prawem kaduka" wedle klucza politycznego kosztem merytorycznie lepszych i bardziej pracowitych kandydatów. Tymczasem tak się ostatnio aż nazbyt często dzieje na skutek działalności nowej KRS.

Gdy się zmieni władza...

Równie wybiórcze są wywody autora na temat legalności obecnych zmian. Twierdzi, że niedawne orzeczenie TK w sprawie K 12/18 „kończy sprawę na gruncie prawa krajowego", dostrzega jednak udział w jego wydaniu „dublera". Nie znajdziemy odniesienia się do kwestii, że: skład bezprawnie i arbitralnie został wyznaczony przez prezes TK wyłącznie z sędziów wybranych przez PiS (zresztą dwukrotnie zmieniony), sprawę szybko wyterminowano poza kolejnością, a złożenie przez senatorów tej partii kalki wniosku neoKRS po odwołaniu rozprawy wyznaczonej na 3 stycznia 2019 r. da się wyjaśnić jedynie niejawnym poinformowaniem ich o przewidywanym braku legitymacji Rady do badania własnego statusu (pisałem o tym w artykule: „Senatorska owca Dolly"). Gdyby kwestia konstytucyjności nowej KRS nie budziła wątpliwości, tych nieprawidłowości by nie było. Stawiam tezę, że opisana praktyka obecnego kierownictwa Trybunału Konstytucyjnego, niedotycząca przecież wyłącznie konstytucyjności neoKRS, spowoduje w nim trzęsienie ziemi po ewentualnej wygranej opozycji. Nowa władza nie będzie bowiem w stanie skutecznie rządzić bez zakwestionowania zarówno udziału „dublerów", jak i prawidłowości wyłonienia obu prezesów TK (bo, pomijając inne uchybienia, wybrano ich też głosami dublerów). Słuszną ofiarą tych działań stanie się też wtedy rzeczone orzeczenie w sprawie K 12/18. Pozostawiając zaś na boku inne argumenty, niewzięte pod uwagę przy rozpoznawaniu owej sprawy, ostatnimi czasy było aż nadto przykładów, że wybierana przez posłów Rada traci zdolność do „stania na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów" (art. 186 ust. 1 Konstytucji RP) gdyż ci (zwłaszcza gdy – jak obecnie – mają w tym interes ideologiczny) celowo wybiorą sędziów, którzy nie będą im przeszkadzać.

Nie znajduje uzasadnienia pogląd autora, że liczona łącznie konstytucyjna kadencja sędziów z poprzedniego składu upłynęła 29 marca 2018 r. Zbiorczego liczenia kadencji poprzednie przepisy nie znały. Gdyby jednak nawet podzielić jego stanowisko, to wybór 6 marca 2019 r. sędziów do KRS odbył się przecież na miejsca jeszcze konstytucyjnie zajęte. Bez znaczenia pozostaje zatem, kiedy się odbyło pierwsze posiedzenie KRS, gdy sam wybór jej „sędziowskiej" części nie był ustrojowo skuteczny, skoro został dotknięty grzechem pierworodnym wyboru „dublerów". Zresztą podobnie jak w Trybunale Konstytucyjnym, w którym autor przyjmuje przecież ich istnienie. Nadal nie rozstrzygnięto wątpliwości, czy PiS jako „klub parlamentarny" mógł zgłosić kandydatów na listę, skoro ustawa wyraźnie mówiła o „klubie poselskim" (a mamy w kilku ustawach wyraźne rozróżnianie rodzajów klubów oraz definicję legalną w ustawie o wykonywaniu mandatu posła i senatora), a także na ile skuteczne było wycofanie poparcia przez część sędziów dla M. Nawackiego. Dopiero zaś jednocześnie skuteczny wybór wszystkich 15 sędziów otwierał ich wspólną kadencję w neoKRS. Jeśli uznać, że był pozbawiony mocy prawnej, wyjdzie na to, że faktycznie w głosowaniach Rady licznie brały udział osoby nieuprawnione. Tymczasem do ważności uchwał potrzebna jest obecność co najmniej połowy jej składu (art. 21 ust. 1 ustawy o KRS), a to wymaga skutecznego obsadzenia miejsc „sędziowskich".

W rezultacie tych wad wszystkie obecne nominacje od początku mają prawnie status pochodzących „z zatrutego drzewa" rekomendacji wadliwie wyłonionej i funkcjonującej Rady. A przecież ustrojowo niewadliwe nominacje sędziowskie to wyłącznie takie, które były wynikiem współdziałania legalnej KRS i Prezydenta RP (art. 179 Konstytucji RP). O tym, czy i w jakim zakresie oraz jak długo będą prawnie niepodważalne (podobnie jak w wypadku dowodów pochodzących z czynu zabronionego), będzie decydować ostatecznie wola ustawodawcy – w tym przyszłego. Trudno uznawać logicznie, że zasada nieusuwalności z urzędu chroni nominacje ułomne konstytucyjnie. Nie ma wszak racjonalnego powodu, aby ustawa zasadnicza stawała się tarczą dla deliktów konstytucyjnych i zwykłego paserstwa ustrojowego.

Wykorzystali okazję

Odwołując się do domniemania konstytucyjności ustaw, autor udaje, że nie dostrzega praktyki parlamentu obecnej kadencji, w którym na każdym kroku do spółki z Prezydentem RP tworzy się prawo powszechnie krytykowane jako niekonstytucyjne, czasem do tego stopnia ostentacyjnie, że (jak w wypadku ustawy o IPN) skargę do Trybunału Konstytucyjnego prezydent kieruje zaraz po podpisaniu ustawy zamiast sięgnąć przed jej podpisaniem po kontrolę prewencyjną. Przy istnieniu zarazem opisanych intencjonalnych nieprawidłowości w TK nie może być zatem dalej mowy o obowiązywaniu zasady domniemaniu konstytucyjności ustaw, przynajmniej w wypadku materii ustrojowej. Jest to już wyraźnie „zasada ograniczonego zaufania".

Autor w ogóle nie odnosi się do niedawnego wyroku ETPCz z 12 marca 2019 r. w sprawie Gudmundur Andri Astradsson 26374/18 przeciw Islandii, w którym Trybunał uznał, że naruszenie krajowych standardów proceduralnych przy procedurze nominacyjnej sędziów naruszało art. 6 europejskiej konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności i dopatrzył się naruszenia w dowolności i arbitralności procedur nominacyjnych oraz niezachowaniu równowagi między władzą wykonawczą i ustawodawczą w procesie nominacyjnym. Pozostawienie zatem obecnych zmian to narażenie Polski na wieloletnie procesy odszkodowawcze i kwestionowanie ważności wyroków właśnie z tej perspektywy.

Widząc zastrzeżenia prawne, sędzia Królikowski odwołuje się do legalizacji asesorów sądowych i osób przenoszonych na nowe stanowiska przez podsekretarzy stanu oraz że ostatecznie każdorazowo zaakceptowano istniejące uchybienia. Tyle że tam wymiar sprawiedliwości został po czasie, bez winy samych sędziów, postawiony przed koniecznością zmierzenia się z dramatycznymi skutkami prawnymi wadliwych decyzji pozostałych władz. Aktualnie beneficjenci działalności nowej KRS znają istniejące zastrzeżenia prawne (te formułowane są powszechnie), ale pragną wykorzystać obecne „pięć minut", czasem niepublicznie przywołując owe precedensy jako gwarancję przyszłej bezkarności i skuteczności podjętych działań. Trudno mieć zastrzeżenia do sędziów zmuszonych długotrwałym nielegalnym blokowaniem etatów do udziału w niekonstytucyjnej procedurze. Z okazji skorzystała jednak nazbyt liczna grupa słabych i dyspozycyjnych orzeczników, która dzięki prawicowym poglądom politycznym, „faksowym" awansom na stanowiska prezesów i wiceprezesów czy osobistej znajomości z członkami neoKRS (lub obecności w tym organie), „załatwiła" sobie w tym trybie niezasłużony awans kosztem merytorycznie lepszych kolegów. Akceptacja tego ewidentnie politycznego „skoku na stołki" to obecność na wyższych szczeblach sądownictwa sporej grupy sędziów, dla których własny awans zawodowy okazał się ważniejszy niż respektowanie porządku prawnego. Przykład tego paserstwa konstytucyjnego będzie konfliktogenny i demoralizujący dla reszty sędziów, zwłaszcza że objął on także SN i NSA, w tym dwie nowe izby SN, powstałe z powodów wyłącznie politycznych i w całości obsadzone nowymi nominatami, powiązanymi ze środowiskami prawicowymi. Jak ocenić sytuację, gdy sami sędziowie zobaczą, że popłaca współudział w łamaniu prawa, w tym ustawy zasadniczej i gdy dostrzeże to też reszta społeczeństwa, właśnie na ich własnym przykładzie? Chyba też nikt nie chce, by latami mówiono o „sędziach zatrutego drzewa" czy „sędziach PiS-owskich" i by każdy wyrok polskiego sądu w sprawie politycznej publicznie komentowano przez pryzmat tego, czy wydający go należał akurat do kręgu tych „dyspozycyjnych", którzy skorzystali na obecnych, bezprawnych ustrojowo, zmianach personalnych. Tego typu wypowiedzi stały się nagminne w wypadku prokuratorów.

Wyroki w rozliczeniu

Ich kontrowersyjne decyzje, jeśli korzystne dla partii rządzącej, każdorazowo konfrontuje się z oceną, czy chodziło o oskarżyciela, który błyskawiczny awans zawodowy zawdzięcza Zbigniewowi Ziobrze. Szczególnie że jedno z drugim wydaje się nazbyt często pozostawać jednak w uchwytnym związku. Już teraz podobne poglądy wygłasza się też o werdyktach obu nowych izb SN, zwłaszcza Izby Dyscyplinarnej SN, w której przecież nieprzypadkowo zagwarantowano personalnie bardzo duży wpływ Ziobry.

Każdy kolejny wyrok sędziów tych izb będzie zawsze publicznie oceniany przez pryzmat interesu partyjnego PiS – właśnie z powodu stawiania stale tych samych, dobrze umotywowanych pytań: kto, dlaczego, dzięki komu i w jakim trybie do nich trafił. Skoro obecne zmiany personalne służą temu, aby wypromować nowe, propisowskie kadry, w przyszłości ich wyroki nieuchronnie będą w społeczeństwie postrzegane przez pryzmat spłaty tego długu. Dla polskiego sądownictwa podobne sytuacje to wizerunkowa katastrofa, a odsetek osób źle oceniających niezależność polskich sędziów wedle ostatnich badań SW Research wykonanych na zlecenie „Rzeczpospolitej" już wzrósł do 57 proc. To wina sędziów, którzy uczestniczą we wprowadzaniu owych zmian lub korzystają z ich „zatrutych owoców". Dlatego nie znajduje uzasadnienia powielenie poprzednich legalizujących precedensów.

Wybór jest jasny

Autor myli się zarazem, że weryfikacja działań neoKRS spowoduje chaos w sądownictwie. Ten już zresztą mamy dzięki obecnym dereformom MS. Uprzednio kluczowa była ważność nominacji wpływająca na ocenę, czy wyrok w ogóle wydała osoba uprawniona. W tym wypadku (poza SN – bo tam jeszcze pojawia się kwestia braku kontrasygnaty) chodzi raczej o nieusuwalność, ograniczoną do korekty części wadliwych prawnie nominacji.

Nie musi to wpływać na ważność wydanych orzeczeń. Podobna weryfikacja jest możliwa nawet po kilku latach, zwłaszcza przy ograniczonym zakresie (a przecież będzie oznaczać unieważnienie tylko pewnej części obecnych nominacji sędziowskich). Ostatnią rzeczą, na jaką każdy sędzia może się zgodzić, jest pozostawianie paserom zdobytego bezprawnie łupu. Tym byłaby akceptacja tak wprowadzonych zmian personalnych. Jeśli gdzieś szukać Scylli i Charybdy, to właśnie w tym aspekcie, przy czym patrząc długofalowo na dobro polskiego społeczeństwa i sądownictwa nietrudno wskazać, co będzie tym właściwym wyborem.

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Łodzi

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA