Sądy i prokuratura

Cesarski gest wiceministra Piebiaka - Tomasz Krawczyk o dyscyplinarce sędziego Topyły

adobe stock
Kciuk wsłuchanego w głos ludu cezara, unoszony w zależności od vox populi do góry lub do dołu, to jeden z bardziej znanych symboli czasów rzymskich. Stanowił sygnał dla posłusznego gladiatora do pozostawienia przy życiu lub śmierci drugiego człowieka. W rolę cezara niedawno wyraźnie wczuł się wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak.

Casus sędziego Mirosława Topyły z sądu w Żyrardowie, zabierającego na stacji paliw nienależący do niego banknot 50 zł, odbił się tak szerokim echem w polskim społeczeństwie, że właściwie nie trzeba go przybliżać. Zapis z monitoringu stacji ujawniono w mediach i widzieli go chyba wszyscy. Dostatecznie nagłośnili go też przedstawiciele Ministerstwa Sprawiedliwości. Sprawa budziła zrozumiałe kontrowersje, a oczywiste jest, że złodziej nie może być sędzią.

Sprawa nie była jednoznaczna

Wierzę jednak, że przynajmniej raz w życiu zdarza się każdemu zrobić coś zupełnie roztargnionego. Ja sam parę lat wstecz, w okresie kumulacji przepracowania i niewyspania, pojechałem samochodem do przedszkola mojej córki, by ją tam zawieźć... bez córki, która pozostała w domu. Jako karnik sędzia Topyła znał w tym wypadku wysoką jakość monitoringów montowanych na stacjach paliw (na pewno choć raz miał w referacie sprawę o kradzież paliwa). Wiadomo było, że pokrzywdzona szybko się zorientuje w braku pieniędzy i nakaże pracownikowi stacji sprawdzenie na monitoringu, gdzie się podziały. Z akt prowadzonych spraw sędziowie znają przy tym bardziej dochodowe i mniej ryzykowne sposoby nielegalnego zarobkowania. Mało prawdopodobne, by akurat w takiej sytuacji sędzia był skłonny do położenia na szali całej kariery zawodowej. Sytuacja z filmu też nie była jednoznaczna od strony podmiotowej zachowania sędziego. Reasumując, sam skłaniam się do poglądu, że było to przeoczenie, a nie celowy akt kradzieży. Przyznaję jednak, że sprawa nie była jednoznaczna i nawet w rozmowach z innymi sędziami zdania były podzielone.

Takie też było postępowanie dyscyplinarne – skoro po wyroku skazującym w pierwszej instancji ostatecznie doszło do jego zmiany w Sądzie Najwyższym, wydawałoby się, że wydany niedawno prawomocny wyrok uniewinniający zakończy całą sprawę. Nic bardziej mylnego... Oto w prasie znalazłem informację, że wiceminister Łukasz Piebiak zwrócił się do Kolegium Sądu Okręgowego w Płocku i Krajowej Rady Sądownictwa z wnioskiem o rozważenie wystąpienia do sądu dyscyplinarnego o przeniesienie sędziego do sądu położonego w innym okręgu sądowym. W uzasadnieniu minister wyraża wątpliwość: „(...) czy społeczny odbiór zaistniałej sytuacji z udziałem sędziego, analizowany przy uwzględnieniu specyfiki stosunkowo niewielkiego miasta, jakim jest Żyrardów, stanowi obiektywną okoliczność, której zaistnienie może prowadzić do konieczności podjęcia działań sanujących powagę stanowiska sędziego przez przeniesienie Mirosława Topyły poza obszar okręgu Sądu Okręgowego w Płocku, do sądu położonego w sąsiednim okręgu (...)". Już na pierwszy rzut oka uzasadnienie wniosku budzi zdziwienie. Biorąc pod uwagę skalę nagłośnienia sprawy, bez względu na to, czy sędzia Topyła pozostanie w Żyrardowie czy trafi np. do Łodzi, latami będzie kojarzony z kwotą 50 zł. Niczego tu nie zmieni jego przeniesienie. Nie można też nie dostrzec, że do wątpliwej sławy sędziego walnie przyczynili się przedstawiciele Ministerstwa Sprawiedliwości i środki masowego przekazu związane z obecną opcją rządzącą. Czyż to nie był jeden z „koronnych" dowodów na rzekomą degenerację „kasty sędziowskiej", przywoływanych na uzasadnienie konieczności pilnego przeprowadzenia reformy sądownictwa?

Gdy teraz zastępca ministra, który pierwotnie także swoimi działaniami nagłośnił całą sprawę, wywodzi, że sędziego trzeba przenieść, bo utracił wiarygodność i szacunek, musi to budzić zastrzeżenia.

Wola ludu

Zachowanie wiceministra nie jest przypadkowe. Zwłaszcza w mediach prawicowych zawrzało po zapadłym w Sądzie Najwyższym wyroku uniewinniającym. Skoro elektorat partii rządzącej domaga się głowy sędziego Topyły, nie bacząc na fakt uniewinnienia, wiceminister niczym cezar skierował kciuk do dołu, wydając jasne polecenie posłusznym gladiatorom z KRS i sądów dyscyplinarnych. Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po woli ludu!

Kompetencja ministra sprawiedliwości wynika z ustawy o ustroju sądów powszechnych. Zgoda sędziego na przeniesienie na inne miejsce służbowe nie jest wymagana, „gdy wymaga tego wzgląd na powagę stanowiska, na podstawie orzeczenia sądu dyscyplinarnego, wydanego na wniosek kolegium właściwego sądu lub Krajowej Rady Sądownictwa". Samą decyzję o przeniesieniu sędziego wydaje tu minister sprawiedliwości, nie służy od niej odwołanie do Sądu Najwyższego (art. 75 § 2 pkt 3 i § 3 i § 4 ustawy o ustroju sądów powszechnych), przy takim przeniesieniu nie ma też ograniczenia tylko do tej samej apelacji.

Podstawa prawna do takich działań ministra istniała od dawna, ale funkcjonowała w odmiennych warunkach ustrojowych. Dotychczas KRS była wybierana w większości przez sędziów, a nie polityków. Dawało to gwarancję, że nie trafią tam sędziowie nadmiernie dyspozycyjni wobec ministra sprawiedliwości. Skład kolegium sądu w większym stopniu odzwierciedlał wolę samych sędziów, bo nie było obowiązkowego udziału w nim aż dwóch prezesów wyznaczanych arbitralnie przez kierownictwo resortu. Sąd dyscyplinarny też nie składał się wtedy z sędziów wyłonionych przez ministra sprawiedliwości według tylko jemu znanego klucza, w którym zwraca jednak uwagę nadreprezentacja sędziów życzliwie lub neutralnie nastawionych do obecnych zmian oraz kompletny brak takich, którzy je otwarcie kontestują. Sędzia Topyła ma się zatem czego obawiać. Wprawdzie we wniosku minister łaskawie wspomniał tylko o „sąsiednim okręgu", ale nie ma gwarancji, że po uzyskaniu zgody sądu dyscyplinarnego nie zmieni on zdania i ku uciesze elektoratu swojej partii nie skieruje pechowca na bardziej oddaloną placówkę. Nie mam złudzeń, że przynajmniej obecna KRS uwzględni wniosek ministra (chyba że ten się tymczasem zreflektuje, że to jednak błędna decyzja). W głosowaniach na kandydatów do Izby Dyscyplinarnej SN sędziowie KRS dostatecznie wykazali już swą dyspozycyjność. Ostatnie „marchewki" otrzymywane przez jej członków od ministra (jak np. odpłatny udział w komisjach egzaminacyjnych) dodatkowo umocnią tę skalę uzależnienia. Cała zatem nadzieja sędziego Topyły w rozsądku sędziów dyscyplinarnych. Tyle że ich grono także wyselekcjonował sam minister.

Niebezpieczny precedens

Sprawa sędziego z Żyrardowa tworzy precedens. Jeśli bowiem sąd dyscyplinarny ugnie się woli ministra, wyraźnie wynikającej nie z dobra służby, ale ze względów politycznych, istnieje obawa, że za chwilę na tej samej podstawie do innych okręgów sądowych zaczną być przenoszeni także sędziowie „niepokorni". Nastąpiłoby to wtedy nawet bez potrzeby inicjowania niewygodnych wizerunkowo postępowań dyscyplinarnych. Formuła: „gdy wymaga tego wzgląd na powagę stanowiska", jest przecież dostatecznie pojemna.

Wniosek wiceministra ma też szansę stworzyć inny precedens. Gdyby bowiem sędzia Topyła zechciał zaskarżyć ewentualnie niekorzystne dla siebie rozstrzygnięcie sądu dyscyplinarnego, to warto odnotować, że w uchwale z 17 maja 2005 r., SNO 21/05, z odwołaniem się na podstawie art. 8 ust. 2 Konstytucji RP do bezpośredniego stosowania jej art. 45, art. 78 i art. 176 ust. 1, Sąd Najwyższy uznał, że wbrew literalnemu brzmieniu ustawy przenoszony sędzia ma takie uprawnienie. Ciekawa będzie obserwacja wygibasów jurydycznych zarówno sędziów sądu dyscyplinarnego, jak i nowej Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, gdy zmuszeni zostaną do zastosowania wprost zapisów ustawy zasadniczej.

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Łodzi

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL