fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sądy i prokuratura

Zbyt mało miejsca na salach sądowych w Polsce

Adobe Stock
Polskie sądy zbyt często nie są w stanie zapewnić odpowiednio dużej sali rozpraw dla publiczności, zagwarantować w pełni jawności rozprawy. A przecież to tylko kwestia dobrej organizacji.

Ten problem ujawnił się podczas zeszłotygodniowej rozprawy z pozwu Jacka Żakowskiego i Tomasza Lisa przeciw Tomaszowi Sakiewiczowi, redaktorowi naczelnemu „Gazety Polskiej Codziennie", za umieszczenie na jej okładce fotografii obu dziennikarzy dla zilustrowania tekstu o lustracji w środowisku dziennikarskim. Żeby nie było wątpliwości: nie ma żadnych dowodów, aby współpracowali oni z tajnymi służbami PRL, ale uważają, że zestawienie ich zdjęć z tytułem „Dziennikarze do lustracji" było taką sugestią. O tym jednak rozstrzygnie za kilka dni sąd – czekamy na wyrok.

Tu skupiamy się na tym, że do małej salki w wielkim gmachu warszawskich sądów w al. Solidarności zdołało wejść zaledwie 20 osób, w tym kilkoro dziennikarzy, a kilkadziesiąt osób, głównie z Klubów „Gazety Polskiej", które przyszły „kibicować" Sakiewiczowi i oglądać proces, musiało czekać na korytarzu sądowym. Dla nich de facto sprawa toczyła się za zamkniętymi drzwiami (niejawnie).

Czytaj także:

Sędzia długo tłumaczyła, że nikt nie poinformował sekcji prasowej sądu, iż będzie publiczność, co, owszem, może być jakimś postulatem na przyszłość, ale nawet zwołujący publiczność nie wiedzą, czy się ona pojawi i w jakiej liczbie. Gwoli sprawiedliwości, widziałem w tym sądzie rozprawy zaplanowane w wielkich salach, tymczasem publiczność zawodziła. Taka jest uroda publiczności, a do pewnego stopnia także mediów, które przecież nie planują wydarzeń, raczej idą za nimi. Zapewnienie wstępu publiczności jest podstawowym zadaniem sądu, sędziego orzekającego i administracji sądowej. By nie sięgać do konstytucji, wystarczy stwierdzić, że w każdej sali są ławki – tu była jedna dla pięciu ściśniętych osób, a ok. 15 stało.

To i tak dobrze, bo bywa, że sąd nie pozwala stać i ludzie są wypraszani.

A przecież nieraz sędzia, widząc tłum przed salą, szuka większej, i to jest naturalne i najprostsze rozwiązanie, zwłaszcza w wielkim sądzie, gdzie przenoszenie rozprawy do innej sali jest częste. Zabiera to nie więcej niż kwadrans, byle tylko właściwa osoba z administracji sądowej była na miejscu. Jeśli w budynku nie ma dużej sali (ale to zupełna rzadkość), można sobie też wyobrazić, w epoce nagrywania rozpraw, wystawienie swego rodzaju telebimu, na którym ci, którzy się nie dostali do sali, mogliby rozprawę oglądać. Nie wystarczy sądowe nagrywanie, bo ono, owszem, służy monitorowaniu przebiegu rozprawy, ale nie zastępuje i nie wyłącza społecznej kontroli sprawowania wymiaru sprawiedliwości, zwłaszcza w sprawach bulwersujących czy z politycznym odcieniem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA