fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Migalski: Wybory a interes lidera

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Schetyna przez trzy lata nie zdołał wyciągnąć PO z dołka, w który wpadła w czasach Ewy Kopacz.

Właściwa analiza osobistych i politycznych interesów liderów partii opozycyjnych jest konieczna do zrozumienia niekończących się targów w opozycji i ostatecznego ukształtowania się bloków, w ramach których „antypis" pójdzie do wyborów. Można się na owe interesy zżymać, można na nie sarkać i się oburzać, ale przede wszystkim należy je trafnie odczytać.

Zacznijmy od Grzegorza Schetyny. W styczniu 2020 roku będzie musiał poddać się ocenie jako przewodniczący PO, bowiem wtedy właśnie mijać będzie jego pierwsza kadencja na tej funkcji. To właśnie ma w tyle głowy Schetyna – jeśli będzie poddawał się pod osąd partyjnych kolegów jako przegrany, jako „loser", który przegrał z PiS i nie wyciągnął partii z tarapatów, to na pewno nie utrzyma się na stanowisku. Natomiast jeśliby pokonał PiS albo – przynajmniej – byłby niekwestionowanym liderem opozycji, to wówczas jego sytuacja byłaby diametralnie odmienna.

Co ukrył Schetyna

Zauważmy bowiem coś, co Schetyna skrzętnie ukrył, tworząc Koalicję Europejską na wybory do PE – że przez trzy i pół roku swoich rządów w PO nie zdołał wyciągnąć jej z dołka, który zanotowała pod poprzednim przywództwem. W 2015 roku PO, z Ewą Kopacz jako przewodniczącą, otrzymała w wyborach do Sejmu 24 proc., czyli tyle, jeśli nie więcej, ile dziś dostałaby pod przewodem Schetyny. Nie jest to zatem dla tego ostatniego powód do chwały, że po czterech latach w opozycji największa jej partia ma mniej więcej takie samo poparcie jak w dniu, w którym oddawała władzę PiS.

Jak napisałem, Schetyna sprytnie ukrył ten fakt, tworząc KE, a obecnie chce powtórzyć ten sam manewr, kontynuując współpracę w ramach Koalicji Obywatelskiej z PSL i SLD. Nawet jeśli taka koalicja przegra i będzie musiała pozostawać w opozycji przez następne cztery lata, to jednak różnica do zwycięskiego PiS będzie kilkuprocentowa, a nie kilkunastoprocentowa, jak byłoby w przypadku samodzielnego startu PO. Dlatego między innymi tak bardzo chce zachowania formuły jak najszerszej koalicji „antypisu", na której czele stałby właśnie on.

Podobnie kalkuluje Włodzimierz Czarzasty. On także zostawał szefem swojej partii w styczniu 2016 roku, kiedy po raz pierwszy od 1991 roku wypadła ona z parlamentu. Gdyby za pół roku udało mu się na powrót wprowadzić SLD do Sejmu, byłby to pierwszy taki przypadek od 30 lat i Czarzasty przeszedłby do historii jako wskrzesiciel lewicy w ogóle i Sojuszu konkretnie. Dlatego tak bardzo opowiada się on za pozostaniem SLD w KO. Gwarantuje to bowiem jego ludziom powrót na Wiejską i stworzenie zaraz po wyborach własnego klubu. Czy klub ten będzie mniejszy czy większy – nie ma znaczenia. Ważne, że SLD-owcy znów będą spacerować po sejmowych korytarzach i przypominać o sobie wyborcom.

Konieczność wiosłowania w ramach Zjednoczonej Lewicy, wraz z Wiosną i Partią Razem, Czarzastemu się nie uśmiecha. I słusznie, bo przecież nad taką koalicją wisiałby jak miecz Damoklesa próg 8-proc. oraz wspomnienie traumy z 2015 roku, kiedy to koalicji partii lewicowych zabrakło 0,5 proc. głosów do przekroczenia owego progu. Gdyby zatem szef SLD musiał zasiąść na małej tratwie, wraz z Robertem Biedroniem i Adrianem Zandbergiem, musiałby się ostro napracować przy wiosłach, by nie rozbić się o wspominany próg. Nie dziwi zatem fakt, że o wiele bardziej woli on podróż na wygodnym statku Koalicji Obywatelskiej, na którym co prawda kapitanem jest Schetyna, ale Czarzasty z kolegami może siedzieć w wygodnej szalupie ratunkowej i do czasu wyborów popijać drinki z parasolkami oraz wypatrywać suchego lądu na Wiejskiej.

Interes prezesa PSL

To powody, dla których liderzy PO oraz SLD tak bardzo chcą budowy jednej wielkiej listy opozycyjnej. W nieco innej sytuacji jest Władysław Kosiniak-Kamysz i dlatego też jego zachowanie jest skrajnie odmienne. Choć nadal można uważać, że jego taktyka z ostatnich tygodni zakończy się ostatecznie w ramach wielkiej KO, to jednak coraz bardziej wyraźnie widać, że interesy PSL oraz, co ważne w tym artykule, samego prezesa są odmienne. O tym, dlaczego samodzielny start PSL jest dla niego tyleż ryzykowny co korzystny, pisałem już na łamach „Rzeczpospolitej", ale teraz warto opisać, że on jest także w interesie samego Kosiniaka-Kamysza.

Nie mógł on zignorować głosów krytykujących go za start w ramach KE, bowiem inaczej naraziłby się na gniew dużej części działaczy, z członkami Rady Naczelnej włącznie. A warto zauważyć, że o ile w innych partiach szefa wybierają zjazdy (jak w SLD) lub wszyscy członkowie (jak w PO), o tyle u ludowców może tego dokonać między kongresami właśnie owa, licząca zaledwie kilkadziesiąt członków, Rada Naczelna. I tego musiał się obawiać obecny prezes. Dlatego od kilkunastu dni hamletyzuje i być może dlatego poprze samodzielny start PSL.

Po pierwsze dlatego, że jeśliby tego nie zrobił, a KO przegrałaby z PiS, co jest prawie pewne, on musiałby za to zapłacić swoim stołkiem. Po prostu, ktoś musiałby ponieść konsekwencje porażki i w partii demokratycznej, a taką jest PSL, zazwyczaj jest to szef. Po drugie zaś, jeśli ludowcy pójdą do wyborów samodzielnie i przekroczą próg, to będą wówczas mogli współtworzyć rząd zarówno z obecną opozycją (co jest mniej prawdopodobne) lub... ze zwycięskim PiS (co jest bardziej prawdopodobne). Jeśli szliby w ramach szerokiej koalicji antypisowskiej, to wówczas po wyborach nie mieliby innej opcji, jak pozostawać przez następne cztery lata w opozycji, bo inaczej uznano by, słusznie zresztą, współtworzenie rządu z PiS za zdradę.

Ale przy samodzielnym starcie, pod warunkiem powodzenia, prezes PSL będzie miał wolną rękę, wobec którego partnera otworzy się w czasie rozmów o tworzeniu nowego gabinetu. Jak widać, „WK-K" licytuje ostro, ale gra o bardzo wysoką stawkę – jeśli PSL znajdzie się pod progiem, on na pewno utraci swoje stanowisko, ale jeśli zdoła wejść do Sejmu, będzie miał zagwarantowane stanowisko wicepremiera w przyszłym rządzie, a jego ludzie udział we władzy.

Na koniec warto skonstatować, że także dużą skłonność do pójścia w ramach jednego lewicowego bloku, odnotowaną ostatnio w wypowiedziach Roberta Biedronia oraz Adriana Zandberga, należy tłumaczyć ich osobistym interesem, bowiem rozumieją oni doskonale, że samodzielny start ich partii oznacza klęskę tychże oraz ich porażkę jako liderów obu partii. Dlatego porzucili niedawne jeszcze buńczuczne deklaracje o samodzielnym starcie i szukają szansy dla siebie w ramach lewicowej koalicji.

Notabene – nie ma ona szans na zwycięstwo bez SLD, zatem w interesie całej opozycji jest to, by Schetyna wypchnął z KO Czarzastego i jego kolegów i zmusił do koalicji z Wiosną i Razem.

Ale jako się rzekło, interesy opozycji jako całości oraz poszczególnych partii opozycyjnych nie zawsze są zbieżne z interesami ich liderów. A czasami nawet stoją wobec nich w sprzeczności. Taki to już urok polityki.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA