Rzecz o polityce

Polska pierwszą linią obrony

Powinniśmy domagać się, by obecność wojsk amerykańskich w Polsce miała charakter stały
Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Bezpieczeństwo nie wzbudza takich kontrowersji jak polityka czy handel.

Wizyta prezydenta Trumpa w Warszawie będzie tym większym sukcesem, im mniej spowoduje niepotrzebnych napięć w relacjach z naszymi partnerami w Unii Europejskiej, szczególnie Niemcami. Można ich uniknąć, koncentrując się na sprawach bezpieczeństwa w twardym, militarnym wymiarze. Każde państwo ma prawo dbać o swoje bezpieczeństwo, czego nikt w UE nie kwestionuje. Bliskie relacje Polski z USA nie muszą zatem być w kontrze przeciwko dobrym relacjom z Niemcami. Przeciwnie – im bezpieczniejsza Polska, tym bezpieczniejsze Niemcy oraz cała Wspólnota.

Bezpieczeństwo nie wzbudza takich kontrowersji, jak relacje polityczne czy handlowe. Jedyną poważną rozbieżnością pomiędzy Ameryką i zachodem Europy jest spełnianie wymogu 2 proc. PKB na obronę. Ale nawet w tym przypadku państwa europejskie nie tyle kwestionują samą zasadę, co sposoby dochodzenia do tego poziomu lub metodologię liczenia wydatków zbrojeniowych.

Przesunąć granicę spokoju

Ameryka w swojej tzw. wielkiej strategii od dziesięcioleci uznaje Europę za bufor bezpieczeństwa za Atlantykiem. Jednym z geopolitycznych założeń USA – odziedziczonym zresztą po Anglikach – jest niedopuszczenie do zdominowania Eurazji przez jedno mocarstwo, ponieważ jej połączone zasoby przewyższają potencjał Ameryki. W imię tej reguły Stany Zjednoczone przystąpiły do pierwszej i drugiej wojny światowej oraz dokonały geopolitycznej wolty, nawiązując relacje z komunistycznymi Chinami w latach 70. XX wieku przeciw Związkowi Sowieckiemu. Obecnie właśnie zasada blokowania rozwoju potęg eurazjatyckich przyświeca kontrowaniu rosyjskiej asertywności militarnej obecnością wojsk USA na wschodniej flance NATO.

Europa była, jest i będzie amerykańskim buforem bezpieczeństwa. Nasza nadzieja na przyszłość leży w zdefiniowaniu, gdzie jest jego granica. Podczas zimnej wojny sprawa była oczywista, leżała ona na Łabie oddzielającej NRD od RFN. Po rozszerzeniu NATO na wschód teoretycznie stał się nią Bug, ale praktycznie – przesunęła się tylko na Odrę. Amerykańskie instalacje militarne i oddziały wojskowe pozostały w państwach zachodnich (Niemczech, Włoszech, Belgii, Holandii, W. Brytanii). Plany interwencji nie obejmowały Polski czy państw bałtyckich. Artykuł 5 traktatu waszyngtońskiego gwarantujący solidarną pomoc napadniętemu krajowi w naszym wypadku pozostawał zapisem teoretycznym.

Sytuacja zaczęła się zmieniać wraz z przygotowaniem dla Polski tzw. planów ewentualnościowych NATO, czyli konceptu zbiorowej interwencji w obronie naszego kraju. Ale nawet one nie gwarantowały automatyzmu amerykańskiej reakcji. Ponadto, do skutecznej interwencji był potrzeby długi czas (liczony w miesiącach) na wyekspediowanie wojsk z USA i zgromadzenie ich w Europie, by ruszyć na odsiecz Polsce.

Więcej twardej siły

Do dalszej zmiany sytuacji potrzebne było mentalne i koncepcyjne przewartościowanie tradycji zimnej wojny, czyli przesunięcie granicy strefy bezpieczeństwa USA w Europie z Odry na Bug. Ten proces się rozpoczął, ale jeszcze długo nie będzie zakończony. Popychanie go jest naczelnym zadaniem naszej polityki bezpieczeństwa.

Mamy już u siebie batalion wojsk USA w ramach wysuniętych sił NATO, trzon ciężkiej brygady oraz silne elementy brygady lotniczej – w ramach jednostronnej inicjatywy USA. Spodziewamy się bazy logistycznej dla kolejnej brygady, która wraz z siecią magazynów w Niemczech, Belgii i Holandii zgromadzi wyposażenie dla pełnej dywizji wojsk USA. Będziemy wreszcie mieć bazę antyrakietową w Redzikowie i infrastrukturę dowództwa amerykańskiej dywizji, komenderującego siłami USA walczącymi w Polsce.

Jeśli wszystkie plany zostaną zrealizowane, za dwa, trzy lata na polskiej ziemi zostaną zgromadzone siły amerykańskie wystarczające do skutecznego wejścia w konflikt zbrojny już od pierwszego dnia oraz przyjęcia wsparcia w ciągu następnych dni, a najdalej tygodni. Dopiero teraz możemy mieć niemal pewność, że Stany Zjednoczone przystąpią do obrony Polski od razu, od pierwszego wystrzału. To sytuacja bez precedensu.

Nie powinniśmy jednak zasypiać gruszek w popiele. Domagajmy się, by ta obecność nabrała trwałego charakteru, a budżet na stacjonowanie sił USA na wschodniej flance i wspólne ćwiczenia został wpisany na stałe do wydatków Pentagonu. Teraz jest on tymczasowy. Pełnią wkomponowania Polski w amerykański system bezpieczeństwa w Europie byłoby rozmieszczenie na naszym terytorium taktycznej broni nuklearnej i włączenie nas do programu jej dzielenia między państwa NATO w czasie wojny. Nawet jeśli teraz czy w ciągu kilku lat nie jest to możliwe, nie wiemy, czy sytuacja nie dojrzeje na tyle, by stało się realne za lat 10 czy 15.

Unia też skorzysta

Wzmacnianie obecności militarnej USA w Polsce w żaden sposób nie koliduje z interesami najsilniejszych państw UE. W przeciwieństwie do ewentualnych dostaw amerykańskiego gazu skroplonego czy polityki klimatycznej Waszyngtonu, które Polska miałaby poprzeć. Oddziały US Army na polskiej ziemi i używana przez nie infrastruktura są wpisane w całościowy amerykański system obrony Starego Kontynentu, wzmacniają więc także bezpieczeństwo Niemiec, Francji czy Włoch. Żaden z poważnych polityków w tych krajach nie będzie przeciwko nim protestował.

Także wzrost amerykańskiego zaangażowania w kolejnych latach nie będzie budził kontrowersji.

Ewentualne wbijanie przez Trumpa klina pomiędzy Polskę a państwa „starej" UE, szczególnie Niemcy, musi spotkać się z naszą życzliwą, przyjacielską odmową. Lepiej stawiać w relacjach z USA na bezpieczeństwo, na budowanie pozycji Polski jako pierwszej linii obrony. Takie postawienie sprawy z nikim nas nie skłóci. Wystarczy jedno spojrzenie na mapę, by zobaczyć, iż w będzie to przede wszystkim pierwsza linia obrony Niemiec, potem reszty Unii i dopiero na koniec – Ameryki. ©?

Autor jest dyrektorem ds. strategii Warsaw Enterprise Institute, doradcą firm zbrojeniowych

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL