fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Michał Szułdrzyński: Egzamin PiS z katolicyzmu

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Byłoby grubą przesadą rozliczać wyłącznie polityków partii rządzącej z tego, jak stosują się do zaleceń przedstawionych przez Konferencję Episkopatu Polski w dokumencie „Chrześcijański kształt patriotyzmu" tuż przed długim weekendem.

W dokumencie biskupi choć bardzo pozytywnie odnoszą się do kultywowania patriotyzmu i zachęcają do uprawiania polityki historycznej, równocześnie ostrzegają przed tym, by historia nie zamieniła się w pałkę, którą okłada się politycznych przeciwników.

„W świetle chrześcijańskiego szacunku dla godności człowieka, a także chrześcijańskiej wizji polityki, za nieuprawnione i niebezpieczne uznać należy nadużywanie i instrumentalizowanie pamięci historycznej w bieżącej konkurencji i rywalizacji politycznej. Tam bowiem, gdzie naturalny w polityce spór nasyca się zbyt pochopnie analogiami historycznymi, a argumenty historyczne zastępują racje ekonomiczne, prawne czy społeczne, tam oddala się, a czasem staje się niemożliwa do osiągnięcia, perspektywa godziwego i niezbędnego w społeczeństwie demokratycznym, politycznego kompromisu".

Historyczna legitymacja

Słowa biskupów są jednoznaczne. Spór w polityce demokratycznej jest czymś oczywistym. Ale – jak piszą w tym samym dokumencie – patriotycznym obowiązkiem jest obniżanie temperatury jego sporu. Bo debata powinna się odbywać na racje prawne, ekonomiczne i społeczne. Bo mimo sporu celem polityki jest pokój społeczny, jest osiąganie politycznego kompromisu. Dlatego też historia używana do tego, by wyłącznie budować mury nie zaś przerzucać pomosty pomiędzy zwaśnionymi obozami nie może być uznana za godziwe narzędzie polityczne.

Sęk w tym, że odniesienia historyczne są w polskiej polityce głównym narzędziem delegitymizowania przeciwników. Opozycja pod adresem PiS i Jarosława Kaczyńskiego nieustannie miota oskarżenia zawierające historyczne odniesienia. Porównania Jarosława Kaczyńskiego do Władysława Gomułki, a nawet Adolfa Hitlera stały się już codziennością. Im gorętszy spór, tym więcej odniesień historycznych – głównie do czasów PRL, ale też i do czasów nazistowskich Niemiec.

PiS nie tylko nie pozostaje w tej sprawie dłużny, ale też sam często stosuje odniesienia historyczne jako główne kryterium uzasadniające jego działanie. Dlaczego PiS chce zmienić Krajową Radę Sądownictwa? Bo KRS jest reliktem poprzedniego systemu. Dlaczego trzeba zmienić konstytucję? Bo obecną napisali komuniści. Dlaczego trzeba przejąć Trybunał Konstytucyjny? Bo bronią go, jak wyraził się sam prezes PiS „komuniści i złodzieje".

Czy nieustanne odwoływanie się do Targowicy, do historycznych przykładów ludzi „gorszego sortu" przybliża nas do politycznego kompromisu? Czy właśnie nie jest to sytuacja, w której argumenty odwołujące się do historii, zastępując racje ekonomiczne, prawne i społeczne? To pytanie do polityków opozycji, ale szczególnie do działaczy Prawa i Sprawiedliwości, ponieważ to właśnie ta partia najmocniej dziś odwołuje się do nauczania Kościoła katolickiego. A cytowany dokument nie jest dziełem „kontrowersyjnego" dla prawicy papieża Franciszka, ale polskiego episkopatu i został w dodatku przegłosowany przez wszystkich biskupów biorących udział w marcowym 375. plenarnym posiedzeniu Konferencji Episkopatu Polski.

Duda szuka zdrajców

Również prezydent Andrzej Duda powinien poświęcić chwilę czasu na przemyślenie „chrześcijańskiego kształtu patriotyzmu". Nie tylko dlatego, że zajmuje się często tak chwaloną przez biskupów polityką historyczną, ale również dlatego, że przy okazji sam chętnie odwołuje się do przykładów historycznych w swoich publicznych wystąpieniach. W wywiadzie udzielonym na początku majówki TVP Historia prezydent stwierdził: „Miejmy tego świadomość, że dzisiaj dzieci i wnuki zdrajców Rzeczypospolitej, którzy tutaj walczyli o utrzymanie sowieckiej dominacji nad Polską, zajmują wiele eksponowanych stanowisk w różnych miejscach, w biznesie, mediach".

I dodał: „Oni nigdy nie będą chcieli się zgodzić na to, żeby prawda o wyczynach ich ojców, dziadków i pradziadków zdominowała polską narrację historyczną, będą zawsze przeciwko temu walczyli".

Warto słowa prezydenta przeczytać przez pryzmat właśnie stanowiska biskupów. Czy nie jest to właśnie podsycanie bieżącego sporu historycznego? Czy jego słowa przybliżają perspektywę „godziwego i niezbędnego w społeczeństwie demokratycznym, politycznego kompromisu"? Czy historia ma budować narodową dumę, czy właśnie służyć dzieleniu i rozbijaniu społeczeństwa? Jak mają się te nieustanne odwoływania do przeszłości do zadania przebaczenia, które przed chrześcijanami stawiają polscy biskupi? Jest o czym myśleć?

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: m.szuldrzynski@rp.pl

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA