fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Marek Kozubal: Wojskową Komendę Uzupełnień wysłać do Szwecji

Fotorzepa, Krzysztof Łokaj
System werbunku do polskiej armii jest niewydolny i pełen absurdów.

MON zakłada, że zawodowa armia będzie liczyła 150 tys. żołnierzy. Na koniec roku Wojsko Polskie liczyło 107,7 tys. żołnierzy zawodowych, ale do końca stycznia jego szeregi opuści 1 858 osób. To ruch naturalny i obserwowany co roku – żołnierze odchodzą na emeryturę. Jednak liczba ta jest większa niż w latach poprzednich. Z danych MON wynika, że rok temu w styczniu odeszło 1 270 żołnierzy, w 2018 r. – 1 112.

Resort obrony założył, że w tym roku armia zawodowa powinna osiągnąć 111,5 tys. etatów, dodatkowe 29 tys. będzie w Terytorialnej Służbie Wojskowej WOT. Nawet jeżeli założymy, że część przejdzie do WOT i służby zawodowej z Narodowych Sił Rezerwowych – formacji stopniowo likwidowanej, to i tak armia powinna przyjąć kilkanaście tysięcy rekrutów.

Resort obrony, świadomy tych wyzwań, rozpoczął kampanię „Zostań żołnierzem Rzeczpospolitej". Namioty z logo WKU pojawiły się na stokach narciarskich w górach, latem wojsko werbowało też na plażach, piknikach, festynach.

Czy jest możliwe skokowe zwiększenie liczby żołnierzy w sytuacji, gdy jest niż demograficzny, niskie bezrobocie, a płace w armii, szczególnie na starcie, nie są oszałamiające? Szeregowy dostaje 3650 zł brutto, podporucznik 5220 zł (dane za 2019 r.). MON zapowiada podwyżki o kilkaset złotych.

Moim zdaniem nie, bo system werbunku oparty jest na strukturze, która powstała w 1944 r. i nie przystaje do dzisiejszej rzeczywistości. Za rekrutację odpowiadają Wojskowe Komendy Uzupełnień, które najczęściej obejmują obszar powiatu, jest ich kilkadziesiąt. Wydawać by się mogło, że takie zagęszczenie powinno być ich atutem.

Gdy zobaczyłem na jednym z plakatów WKU hasło „Nie czekaj. Podejmij wyzwanie", poszedłem do jednej z nich. Chciałem wysondować – na jaką propozycję może liczyć absolwent uczelni o kierunku technicznym, znający trzy języki obce, posiadający stopień ratownika wodnego.

W trakcie pobytu w WKU dowiedziałem się w zasadzie, że taki kandydat powinien poczekać rok. Wywód był mniej więcej taki: tylko raz w roku organizowany jest turnus służby przygotowawczej dla oficerów – tegoroczny ruszył w styczniu. Zgłoszenie się na kurs szeregowych (są cztery turnusy w ciągu roku), byłoby stratą czasu, bo na kurs oficerski dowódca jednostki w pierwszej kolejności kieruje „swoich". Urzędnik zaproponował ewentualne wstąpienie do WOT, aby przeczekać.

Byłem odsyłany do strony internetowej, chociaż starałem się drążyć i dowiedzieć, co kandydat musi zrobić krok po kroku, aby założyć mundur. I wtedy dowiedziałem się, że powinien zaliczyć badania lekarskie. – Ile one trwają? – zapytałem. – Nie słyszałem, aby dłużej niż tydzień.

Z dwoma ulotkami i brakiem chęci do namawiania kogokolwiek wyszedłem z WKU, która przypominała oblężoną twierdzę.

W budynku, w którym znajduje się Rejonowa Wojskowa Komisja Lekarska, zobaczyłem kolejkę do rejestracji. Okazuje się, że obsługuje ona nie tylko kandydatów, ale też wszystkich żołnierzy, a do lekarza czekali też emeryci wojskowi. Nie znalazłem żadnej informacji, aby kandydaci mieli być przyjmowani w pierwszej kolejności.

Takich komisji w całej Polsce jest ledwie 9, plus dwie specjalistyczne. Zwykle obejmują teren dwóch województw. Co to oznacza dla kandydata? Ten z Sanoka (podkarpackie) musi np. pokonać 250 km, aby stawić się w Lublinie. Dodatkowo nie ma szans, aby jednego dnia zaliczyć wszystkich lekarzy. „Bo każdego ogląda taka komisja, jakby mieli aplikować do NASA" – mówi mi jeden z oficerów. Na zaliczenie badań trzeba poświęcić 3–4 dni, i to w optymistycznym wariancie.

Pytam, jakie to jest obciążenie finansowe i strata czasu dla ucznia lub studenta? Odpowiedź znają dowódcy, z którymi rozmawiałem. Z powodu tego, że system jest nieprzyjazny, w niektórych komisjach odpada nawet połowa chętnych. Opisują też absurdalne przypadki fikcyjnego przemeldowania tylko po to, aby szybciej zaliczyć komisję, w której kolejki są krótsze.

Procedury rekrutacyjne są zatem zbyt skomplikowane i rozłożone w czasie. Kandydat w WKU nie może załatwić wszystkich spraw od ręki, nie może nawet, poza służbą w WOT, aplikować przez internet. „Od momentu zgłoszenia do powołania mija średnio 36 dni!" – mówi mi oficer.

Szef MON Mariusz Błaszczak dostrzega ten problem. Dlatego powołał gen. bryg. Artura Dębczaka na pełnomocnika, który ma uprościć i usprawnić system rekrutacji. Być może zmiany prawne zostaną wprowadzone jeszcze w tym roku.

Rozwiązaniem na dzisiaj byłoby moim zdaniem zbudowanie systemu profesjonalnych „łowców głów" do wojska, którzy poprowadziliby rekrutów za rękę, włącznie z umówieniem wizyty u lekarza. Ponadto zwiększenie liczby komisji lekarskich albo wręcz przerzucenie ich obowiązków na podmioty zewnętrzne (w końcu w prawie każdej przychodni jest medycyna pracy).

Dobre wzory są w innych krajach. Wystarczy je skopiować. W Szwecji działa Obronna Agencja Rekrutacyjna, której biura znajdują się tylko w trzech miastach. Kandydat do wojska (ale też do innych służb) w ciągu kilkudziesięciu godzin przechodzi test wydolnościowy, badania lekarskie i psychologiczne, otrzymuje posiłek, a gdy przyjedzie z daleka, może się przespać w części hotelowej.

W USA stałe punkty werbunkowe są np. w centrach handlowych. Procedury trwają dzień, wraz z przysięgą składaną przez kandydata. I to nawet wtedy, gdy nie jest jeszcze obywatelem USA!

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA