fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Witold Waszczykowski: Europa z Wenus potrzebuje Ameryki z Marsa

Iran oczekuje, że Europa obroni go przed sankcjami amerykańskimi. Na zdjęciu: antyrządowe demonstracje 11 stycznia w Teheranie
AFP
Unia Europejska musi pojechać na Bliski Wschód, bo inaczej Bliski Wschód przyjedzie do niej.

Ostatni kryzys amerykańsko-irański w 40-letniej historii tego konfliktu został zauważony w Europie. Amerykańscy Marsjanie surowo rozprawili się z gen. Sulejmanim za m.in. działania przeciwko ambasadzie w Bagdadzie i wiele wcześniejszych antyamerykańskich przedsięwzięć. Sytuacja w Zatoce Perskiej stawała się bardzo napięta.

Jednak Europejczycy z Wenus nie zaskoczyli nikogo, zachowali się przewidywalnie. Najpierw zaczęli dywagować, czy amerykańska akcja miała legitymizację prawną. Następnie zaapelowali o deeskalację napięcia. Równolegle toczyły się lamenty i rozważania, czy to nie zaczyna się już trzecia wojna światowa. Zatem europejska kakofonia. J. Borel, komisarz od spraw zagranicznych, szybko zaproponował rozmowy z irańskim ministrem spraw zagranicznych. Wydawało się, że to prawidłowa reakcja. Jednak równolegle odezwała się europejska trojka, czyli oświadczenie Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii wyrażające zatroskanie i nawołujące do deeskalacji konfliktu. To oczywiste pustosłowie, ale zdezawuowało to inicjatywę Borela.

Zadziwiająca zbieżność

Następnie zwołano pilnie Radę ds. Zagranicznych (FAC), która oczywiście zaapelowała o... powstrzymanie się i... deeskalację konfliktu. Wreszcie też kanclerz Angela Merkel popisała się inicjatywą i pojechała do Moskwy (!). W czterogodzinnej rozmowie potwierdzono zbieżność stanowisk Niemiec i Rosji w kwestii wszystkich omawianych problemów międzynarodowych. Wizyta pani kanclerz w Moskwie oczywiście przekreśliła efekt jedności, który miał być rezultatem posiedzenia Rady ds. Zagranicznych Unii. Ze wszystkich tych działań wyłania się też europejska chęć zachowania neutralności i gotowość jedynie do mediacji.

Nie tego oczekują jednak strony konfliktu. Oczekują opowiedzenia się przez Europę po jednej ze stron. Iran oczekuje, że Europa obroni go przed sankcjami amerykańskimi, np. przez system finansowania handlu poza strefą dolarową. Amerykanie zaś oczekują jednoznacznego opowiedzenia się po ich stronie np. do udziału w morskiej misji monitorującej swobodę żeglugi po Zatoce Perskiej lub większego zaangażowania się w natowską misję w Iraku. Europejska neutralność i ewentualna gotowość do mediacji wyklucza Europę z tego konfliktu. Takie zachowanie pogłębia rozdźwięki transatlantyckie. W konflikcie irańsko-amerykańskim nie powinniśmy mieć w Europie dylematów.

Amerykanie nie dostrzegają w Europie partnera, który emanuje mocą, potencją do działania. Widzą brak jedności, woli i instrumentów oddziaływania. Dostrzegają egoistyczną postawę w sprawie Iranu. Chęć odnoszenia jedynie materialnych korzyści z handlu z Teheranem. Europa nie dostrzega zaś ułomności nuklearnego porozumienia z Iranem z 2015 roku. Ma w oczach jedynie lukratywne zyski na dużym i chłonnym rynku irańskim.

Rozdźwięk transatlantycki dotyczy też Iraku. Europa przede wszystkim dba o bezpieczeństwo swoich żołnierzy w misji NATO. Mniej dba o stabilność Iraku i powstrzymanie hegemonistycznych zapędów Iranu w regionie. Amerykanie nie zgadzają się na takie podejście. Utrata Iraku doprowadziłaby do podporządkowania tego państwa Teheranowi. Jednocześnie umożliwiłaby Iranowi dostęp do: Syrii, Libanu i Izraela. To recepta na rozszerzenie konfliktów na Bliskim Wschodzie.

Ankara ma inicjatywę

Bierność Europy w regionie dostrzegają też Turcy. Jeśli Europa nie ma woli i środków do rozwiązania konfliktu syryjskiego czy libijskiego, to Ankara zaczyna przejmować inicjatywę i rozwiązywać część spraw zgodnie ze swoimi interesami bezpieczeństwa. Turcy widzą niemiecką niemoc wojskową i francuskie priorytety jedynie w Mali. Europa nie powinna dyskredytować tureckich działań. Raczej należałoby się do nich przyłączyć, uczynić je elementem szerszej koalicji i w ten sposób zapobiegać działaniom niehumanitarnym, np. wobec Kurdów.

Bliski Wschód to europejski sąsiad. Europa nie może biernie obserwować lokalnych konfliktów, wysyłać jedynie misje dyplomatyczne i pomoc humanitarną. Musi się zaangażować w ich rozwiązywanie. Musi wreszcie pojechać na Bliski Wschód, bo inaczej Bliski Wschód przyjedzie do Europy ze swoimi problemami, migrantami czy radykalizmem religijnym. Przyjedzie w poszukiwaniu lepszego życia.

Europa nie może pozostawić Amerykanów i biernie obserwować, jak wikłają się tam i redukują zainteresowanie europejskim bezpieczeństwem. To rosyjski scenariusz angażowania USA w odległych regionach.

Do Europy musi dotrzeć świadomość po konfliktach bałkańskich czy po stagnacji procesu mińskiego, że nie jest w stanie samodzielnie, bez Amerykanów, rozwiązywać kryzysów międzynarodowych. Wszelkie projekty typu europejska armia, europejska autonomia strategiczna czy europejska inicjatywa interwencyjna to mrzonki i iluzje niebezpieczne dla naszego, europejskiego bezpieczeństwa. Europejczycy z Wenus potrzebują Amerykanów z Marsa. I odwrotnie.

W licznych konfliktach międzynarodowych na świecie Europa nie może być neutralna i proponować jedynie mediacje i pomoc humanitarną. Nie jest to jednak wołanie o rolę światowego żandarma. To apel o działanie, choć w naszym najbliższym otoczeniu na rzecz rozwiązywania kryzysów, a nie bierne czekanie z nadzieją, że problemy same się rozwiążą lub ktoś to zrobi za nas. Jeśli jest ktoś chętny do rozwiązania niektórych spraw, USA czy Turcja, to przyłączmy się do nich. W imię naszego egoistycznego bezpieczeństwa europejskiego.

Autor jest eurodeputowanym PiS, byłym szefem MSZ

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA