fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Skarb generała Samsonowa

Domena Publiczna
W drugiej połowie sierpnia 1914 r. rosyjska armia dowodzona przez generała Aleksandra Samsonowa ruszyła na północ wzdłuż linii Narwi.

Zadanie dowodzonych przez Samsonowa oddziałów polegało na zaatakowaniu Prus Wschodnich i związaniu sił nieprzyjaciela. Manewr był dla Niemców stosunkowo łatwy do przewidzenia. W czasie trzydniowych walk pod Tannenbergiem Rosjanie ponieśli sromotną klęskę. Wieczorem 29 sierpnia 1914 r. w kotle znalazł się sztab niefortunnego generała oraz kasa armii: 100 kilogramów złotych monet przeznaczonych na żołd oraz złote i srebrne medale, którymi zamierzano udekorować żołnierzy po zdobyciu Prus.

Wycofywano się w stronę Wielbarka. Zatrzymano w lesie na naradę, na której ustalono, że należy się rozdzielić na mniejsze grupki, ale przede wszystkim uchronić kasę armii przed wrogiem. Dowódca nie miał do nikogo zaufania. Wsiadł z adiutantem oraz pięcioma żołnierzami na wóz i odjechali.

Złoto utopione w błocie?

Następnego dnia w nocy do rosyjskiego oddziału błądzącego w lasach dowlókł się jeden z żołnierzy towarzyszących Samsonowowi. Miał rozerwane pociskiem gardło, dlatego raport złożył na piśmie. Zgodnie z jego relacją jechali przez cały dzień, przeciągając ciężki wóz przez błota i potoki, ale utknęli na nadgniłym moście spinającym brzegi bagnistej rzeczki. Wyciągnięcie wozu przekraczało możliwości garstki ludzi. Generał rozkazał wykopać pod spodem dół, a następnie wysadzić most, licząc, że skrzynia zniknie pod powierzchnią błota i w sprzyjających warunkach będzie można ją wydobyć. Po wybuchu kasa zniknęła pod grubą warstwą brudnej wody. Resztki zniszczonego wozu wystające z bagna były normalnym widokiem na terenie walk i nikogo nie powinny zainteresować.

Niestety, generał podjął tragiczną decyzję. Razem z adiutantem zastrzelili czterech żołnierzy i ranili piątego. Ranny w gardło żołnierz udał martwego i dzięki temu przeżył. Po pierwszym etapie egzekucji gen. Samsonow z zimną krwią zastrzelił także adiutanta. Przez kilka minut stał nad zabitymi, po czym napił się wódki z manierki i wszedł w las. Po chwili padł tam pojedynczy strzał. Generał popełnił samobójstwo. Ranny zawiązał sobie gardło kawałkiem koszuli i ruszył na poszukiwanie swoich.

Relacja sprawiała wrażenie prawdziwej. Niestety, nie można było podjąć próby wydobycia skarbu, gdyż cały rejon był opanowany przez Niemców. Należało z tym poczekać aż do przesunięcia się frontu. Żołnierza po sporządzeniu planu ukrycia złota wysłano do szpitala na tyły. Zanim tam trafił, cenną kartkę skopiowano. Stała się obiektem handlu. Trafiła do miejscowej ludności i niemieckich wojsk. Lasy w rejonie Wielbarka zaroiły się od gotowych na wszystko poszukiwaczy skarbów. Pracowicie przekopywano wszystkie bagniste cieki, a jest ich tam bez liku.

Poszukiwacze szybko uświadomili sobie, że dali się oszukać, kupując za ciężkie pieniądze bezwartościowe papierki. Starano się skontaktować z rannym żołnierzem, ale zmarł w lazarecie. Czy był to zgon spowodowany obrażeniami, czy ktoś mu pomógł? Nie sposób ustalić. Chcąc nie chcąc, podjęto poszukiwania pośredniego śladu: ciała gen. Samsonowa, który zgodnie z relacją żołnierza zastrzelił się w pobliżu cennej rzeczki.

Generalska szabla

Późną jesienią znaleziono ciało starszego oficera z raną postrzałową skroni. Mundur nie miał dystynkcji, co nie powinno nikogo dziwić, gdyż obrywanie pagonów było powszechnie praktykowane przez kadrę oficerską zagrożoną dostaniem się do niewoli. W przypadku gen. Samsonowa taka ewentualność nie wchodziła w grę. Zamierzał popełnić samobójstwo, wobec czego nie musiał się konspirować. Na uwagę zasługiwała leżąca obok zwłok pięknie zdobiona szabla.

Poszukiwacze uznali, że ciało należy do generała, i podjęli przekopywanie sąsiedniego bagienka. Pech chciał, że po dłuższych opadach teren przypominał grząskie jeziorko. Zanim wody opadły, działania wojenne wróciły na chwilowo opuszczone tereny, skutecznie zniechęcając poszukiwaczy do chodzenia między walczącymi stronami.

Informacja o zwłokach dotarła do żony generała Marii Fiodorownej, która po roku, z pomocą Duńskiego Czerwonego Krzyża przybyła pod Wielbark. Poznała przedmioty i otrzymała zgodę władz na ekshumację ciała i przewiezienie go do Rosji.

Pojawienie się wdowy skłoniło poszukiwaczy do wznowienia prac. W bagniste lasy ruszyły liczne grupy. Ponownie polała się krew, a w newralgicznych miejscach na brzegach bagnistych rzeczułek toczyły się prawdziwe bitwy. Na skarbowej koniunkturze zarobili przewodnicy oraz osoby podające się za wtajemniczone.

Po zakończeniu wojny legenda o skarbie zaczęła żyć własnym życiem. Rejon domniemanego ukrycia przeznaczono na poligon, aby można było spokojnie tam grzebać. Ostatnie zakrojone na dużą skalę poszukiwania prowadzono tam w latach 60. Podobno bez rezultatu.

W czerwcu 2018 r. pojechałem do Wielbarka. Zatrzymałem się nad rzeką Omulew i poszedłem z psami na spacer. Nad brzegiem spotkałem wędkarza, który szukał w mulistym brzegu robaków. Miał już całą puszkę dorodnych dżdżownic, ale pracowicie kopał dalej. Na moje pytanie, po co mu tego tyle, rozejrzał się podejrzliwie i szepnął: „Pan tu obcy, to mogę powiedzieć. W tych lasach jest więcej skarbów niż grzybów. Ruskie, niemieckie, austriackie, stare, nowsze, jakie chcesz. Mój sąsiad dom postawił, ja już nazbierałem na samochód. Najwięcej przy robakach".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA