fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Wojna za Spiżową Bramą

719 lat po abdykacji papieża Celestyna V (1294 r.) urząd papieski złożył Benedykt XVI. Jednak w przeciwieństwie do Celestyna V Benedykt XVI nie unika spotkań ze swoim następcą
EAST NEWS
Przyszłe konklawe będzie wielkim starciem zwolenników poglądów Benedykta XVI z reformatorami popierającymi liberalny światopogląd papieża Franciszka. Od tego, czy na Piotrowym Tronie zasiądzie Franciszek II czy Benedykt XVII, będą zależały losy Kościoła w tym stuleciu.

„Psssyt", powiedział na dzień dobry duchowny w Watykanie, kiedy na początku pierwszej dekady XXI w. zjawiłem się u niego z rekomendacji niemieckiego kardynała Karla Lehmanna. Kultura dyskrecji i milczenia obowiązuje tam z urzędu. Nieprzypadkowo najmniejsze państwo świata otaczają grube mury papieża Leona św., które zostały wzniesione przed 11 wiekami, aby skutecznie odgrodzić centralę Kościoła od konkurencyjnych świeckich potęg. W epoce internetu straciły na znaczeniu, ale i dziś symbolizują niezmienny alians Watykanu z kulturą dyskrecji i milczenia. Każdy z 2879 pracowników Kurii Rzymskiej (z czego 803 to duchowni, 302 zakonnicy, a 1774 to świeccy) składa przysięgę, że nie ujawni najmniejszej cząstki swojej wiedzy o tym, co dzieje się za Spiżową Bramą. Petent z ulicy nie ma najmniejszych szans, by tam się dostać. Z wyjątkiem oczywiście, gdy z kieszeni wyjmie rekomendację. Ale też dyskretnie i w milczeniu.

Tajemnica konklawe 2005 r.

Tajemnice istniejące i powstające w instytucji opartej na hierarchii mają swoją rangę. Na szczycie tajemnic znajdują się te, które dotyczą konklawe. Ma ono zagwarantować wybór wikariusza Chrystusa na Ziemi w oparciu o jedyny, niezakłócony kontakt elektorów z Duchem Świętym. Po śmierci, dziś także abdykacji papieskiej, jego następcę zna oczywiście tylko Duch Święty, a kardynałowie muszą odgadnąć jego boski zamiar. W tym celu, także w XXI w., poddają się specyficznej izolacji. W odróżnieniu jednak od wielowiekowej tradycji kardynałowie nie muszą już między głosowaniami mieszkać, nocować i spożywać posiłki w odosobnieniu oraz myć się w miedniczkach z wodą, ustawiając się do nich w kolejce, tak jak to robili po 1870 r. w celach pałacu na Kwirynale, a potem w Kaplicy Sykstyńskiej. Od konklawe po śmierci Jana Pawła II (2005 r.) purpuraci mieszkają w Domu św. Marty, watykańskim hotelu o podwyższonym standardzie. Wybudowany w 1996 r. dysponuje 106 suitami, 22 pokojami i jednym apartamentem. W środku ciężkie komody z ciemnego drzewa, ale i łazienka, duże łóżko z ekologicznym materacem, klimatyzacja i minibarek. O tym, w którym z pokoi dany kardynał zamieszka, decyduje losowanie. Pokoje są bowiem różnej wielkości, a co istotniejsze, taka regulacja ma zapobiec tworzeniu się aliansów. Nie muszą też dziś elektorzy pozostawać na żebraczej diecie. Podczas dwóch ostatnich konklawe (2005 r., 2013 r.) menu było całkiem znośne. Proste i uniwersalne, skoro elektorzy pochodzą z różnych kręgów kulturowych. Kardynał Lehmann zdradził, że w 2005 r. największe wzięcie miała klasyczna pasta z sosem pomidorowym i deski serów. Za absolutny hit uchodziła jednak zapiekana cebula.

Niedyskrecja niemieckiego kardynała nie naruszała najważniejszej tajemnicy, jaką jest przebieg głosowania. Za to grozi ekskomunika, najcięższa kara kościelna: natychmiastowe wyrzucenie z Kościoła i brak zbawienia po śmierci. Dlatego kardynałowie są odcięci od internetu, telewizji, gazet, zarówno na czas głosowań w Kaplicy Sykstyńskiej, jak i na czas pobytu w Domu św. Marty. W podłodze Kaplicy Sykstyńskiej instaluje się urządzenia elektroniczne zakłócające sygnały nadawcze, a pokoje hotelowe są skanowane na obecność ukrytych mikrofonów. Wszystko w celu niezakłóconego odgadnięcia rzeczonego kandydata wskazywanego przez Ducha Świętego.

Pomimo tych zabiegów, urzędowego nakazu milczenia i sankcji za jego złamanie kilka dni po konklawe w 2005 r. wypłynął przeciek: notatnik anonimowego kardynała, który prosto z jego rąk trafił do włoskiego watykanisty Lucia Brunellego. Wynika z niego, że faworyzowany w 2005 r. 78-letni kardynał Ratzinger toczył w czasie konklawe ostry bój z kandydatem liberałów, kardynałem Bergoglio. W pierwszym głosowaniu z udziałem 115 elektorów faworytem grupy antyratzingerowskiej był jednak nie słabo znany w kolegium kardynalskim Argentyńczyk, ale wpływowy kardynał Mediolanu, erudyta i biblista o posturze i charakterze męża stanu, Carlo Maria Martini. Przy nim Bergoglio wyglądał jak ubogi pielgrzym z wiecznie kwaśną miną i zwieszoną głową, w dorobku naukowym bez liczących się publikacji. Ale to on uzyskał w pierwszej turze więcej głosów niż Martini. Prowadził Ratzinger z 47 głosami, przed Bergoglio z 10 i Martinim z 8 głosami. W drugim głosowaniu Joseph Ratzinger podwyższył swój wynik do 65 głosów (do zwycięstwa, brakło mu 12), a Bergoglio do 35. Martini przerzucił na Argentyńczyka swoje głosy. W trzecim głosowaniu kardynał Ratzinger otrzymał 72 głosy. Na Bergoglio zagłosowało 40 kardynałów – za mało, by myśleć o zwycięstwie, ale dostatecznie dużo, by skutecznie zablokować Ratzingera. To był przełomowy moment w konklawe, zdarzający się dość często, gdy dwie frakcje blokują się wzajemnie. Taki pat wymusza rezygnację obydwu liderów i szukanie kandydata kompromisowego. Na konklawe 2005 r. blokada Ratzingera wymagała spełnienia jednego warunku: wytrwania przez Bergoglio w twardej opozycji. Argentyńczyk jednak skapitulował. Podobno, niemal płacząc, oświadczył, że w razie zwycięstwa nie przyjmie wyboru. Już w kolejnym głosowaniu znaczna część jego stronników zagłosowała na Ratzingera. Niemiec wygrał z 84 głosami, zdobywając 73 procent głosów.

Loża z St. Gallen

Nieco później, już po wycieku zapisków anonimowego kardynała do prasy, ujawniono szerszy kontekst tego, co nazwano „akcją Bergoglio". Krył się pod nią mechanizm, który miał zablokować elekcję kardynała Ratzingera. Ale w tej sprawie trzeba się cofnąć aż do 1996 r.

Wtedy, w szczytowym okresie pontyfikatu Jana Pawła II, gdy nasz rodak zaczął mieć problemy zdrowotne, grupa liberalnych kardynałów i biskupów, mocno zaniepokojona konserwatywnym kierunkiem pontyfikatu, zdecydowała się na dalekosiężny krok: zapobieżenie elekcji duchowego kontynuatora myśli Polaka i „uratowanie" Kościoła przed wejściem w „ślepą uliczkę religijnego fundamentalizmu". Pierwsze spotkanie grupy zwolenników takiego rozwiązania zorganizował liberalny teolog i biskup Stuttgartu Walter Kasper. Chętnych „spiskowców" zaprosił do średniowiecznego klasztoru cysterskiego, Heiligkreuztal. Wśród śmiałków znaleźli się m.in.: charyzmatyczny kardynał Carlo Maria Martini, holenderski biskup z Helsinek Paul Verschuren, biskup Jean Vilnet z Lille, biskup Johann Weber z Grazu i przewodniczący konferencji episkopatu Niemiec Karl Lehmann z Moguncji. Wprawdzie nie było abp. Buenos Aires, Jorge Mario Bergoglio, ale tematy, jakie od rana do wieczora omawiano przy czerwonym winie, były bliskie sposobowi myślenia dzisiejszego papieża: zmniejszenie rzymskiego centralizmu, zwiększenie uprawnień biskupów w diecezjach i ich kolegialności, odejście od zafiksowania nauki Kościoła na moralności seksualnej. W oczach liberałów rzymski centralizm najbardziej ucieleśniał kardynał Joseph Ratzinger. Podczas gdy Jan Paweł II pontyfikat wypełniał pielgrzymkami, za sznurki władzy w Watykanie pociągał ten właśnie „pancerny kardynał" – jak nazwał go jego rodak i prominentny teologiczny opozycjonista, biskup Walter Kasper.

Po inauguracji w 1997 r. loża zakamuflowała się z pewnego powodu w podalpejskim, szwajcarskim mieście St. Gallen. Rolę gospodarza spotkań, z reguły odbywających się w pałacu arcybiskupim, pełnił jego właściciel i miejscowy ordynariusz, Ivo Fürer, który co istotne, pełnił godność sekretarza Konferencji Episkopatu Europy z siedzibą właśnie w St. Gallen. Spotkaniom przewodził oczywiście kardynał Martini, chętnie nazywający się, z dwóch powodów, antypapieżem. Po pierwsze dlatego, że jego zamierzenie celowało w wybór następcy Polaka na Piotrowym Tronie, który miał zmodernizować Kościół i pogodzić go z duchem czasu. A po drugie celował w personalną obsadę papieskiego tronu, rzecz jasna, swoją własną osobą. Zgodnie z watykańską kulturą dyskrecji i milczenia członkowie loży spotykali się w największej tajemnicy. Przyjazd do St. Gallen kamuflowali koniecznością odbycia „duchowego urlopu" lub konsultacji w siedzibie sekretariatu europejskiego Episkopatu. W 1999 r. do tej grupki dołączył kardynał Brukseli i prymas Belgii Godfried Danneels. Arcybiskup Bergoglio na radach loży pojawił się dopiero w 2001 r., podobnie zresztą jak kilku innych purpuratów. Akurat w 2001 r. rola sprzysiężenia wzrosła, gdy arcybiskupi: Bergoglio, Kasper, Lehmann i Cormac Murphy-O'Connor z Westminsteru zostali podniesieni do godności kardynalskiej. Teraz sami mogli brać udział w wyborze następcy papieża Polaka. Była to niezwykle ważna okoliczność dla przebiegu kolejnego konklawe.

Pomimo zachowania absolutnej dyskrecji przez sprzysiężonych, przeciek o tajnych zgromadzeniach u podnóża Alp wypłynął w Watykanie. Zaufany kardynała Ratzingera, włoski kardynał Carlo Ruini, został zobligowany do podjęcia śledztwa. Ale nie wytropił nic. Tymczasem zaszła nowa okoliczność. Przedłużający się pontyfikat Polaka okazał się śmiertelnym ciosem dla Martiniego. Fenomenalnego mówcę z analitycznym umysłem, brylującego na salonach świata, zaczęła drążyć choroba Parkinsona. Gdy Jan Paweł II zmarł, Martini wiedział, że dla niego papieski tron jest nieosiągalny. Elekcja przy widocznych postępach choroby Parkinsona była niemożliwa. Loża podjęła decyzję: będzie forsować kandydaturę kardynała Bergoglio. Siedmiu jej członków wzięło udział w konklawe: Martini, Danneels, Kasper, Lehmann, Murphy-O'Connor oraz patriarchowie Lizbony i Lwowa, José da Cruz Policarpo i Lubomyr Husar. Ósmy z tej grupy, sam kardynał Bergoglio, nie mógł głosować na siebie. Dwa dni przed konklawe 17 kwietnia 2005 r. sprzysiężeni spotkali się w Rzymie w „Willi Nazareth". W roli gospodarza wystąpił, niebiorący udziału w konklawe, ze względu na przekroczony wiek, włoski kurialista, kardynał Achille Silvestrini. Celem spotkania było omówienie taktyki na zablokowanie elekcji Josepha Ratzingera. Posunięcie jak najbardziej niezgodne z konstytucją apostolską o wakacie na Stolicy Piotrowej „Universi Dominici Gregis" Jana Pawła II. Pismo z papieskim podpisem zabraniało bowiem zawiązywania koalicji przed konklawe. Do biskupa St. Gallen Ivo Fürera sprzysiężeni z Wiecznego Miasta wysyłali pocztówkę z napisanym tylko jednym zdaniem: „Wszyscy jesteśmy zjednoczeni duchem z St. Gallen".

Lider tej grupy, kardynał Martini, mimo dyskretnie wysyłanych sygnałów, że nie chce zostać papieżem, po pierwszym głosowaniu otrzymał od rzeczonych przyjaciół aż 9 głosów. Ale forsowany przez lożę kandydat Bergoglio nie wytrzymał na konklawe presji. Po przegranej członkowie loży zawiesili spotkania w Szwajcarii, choć na bieżąco utrudniali zwycięskiemu Ratzingerowi papieską posługę. Do finalnego starcia doszło 2 czerwca 2012 r. Śmiertelnie już chory kardynał Martini przyjął w swoim pałacu arcybiskupim Benedykta XVI. I wezwał go do abdykacji. Trzy tygodnie przed śmiercią udzielił austriackiemu jezuicie Georgowi Sporschillowi ostatniego wywiadu. Opublikowany w „Corriere della Sera" 2 września 2012 r. nosił charakter duchowego testamentu: Kościół pozostaje w 200-letnim zapóźnieniu do dzisiejszego świata, grzmiał umierający kardynał. Znamienne, że osiem miesięcy po spotkaniu w cztery oczy z kardynałem Martinim papież Benedykt XVI abdykował.

W okresie między abdykacją niemieckiego papieża a rozpoczęciem konklawe czterech kardynałów-lożystów: Danneels, Kasper, Lehmann i Murphy-O'Connor, rozpoczęli „manewry" mające doprowadzić do elekcji argentyńskiego kardynała. Doświadczeni jego kapitulacją w 2005 r. zapewnili sobie najpierw jego zgodę. Organizowane przez nich w Rzymie kolacje dla przybywających na konklawe elektorów miały zapewnić ich kandydatowi 2/3 głosów. Była to praktyka równie sprzeczna z instrukcją „Universi Dominici Gregis" jak tworzenie koalicji przedwyborczych. Kluczowy argument „drużyny Bergoglio" brzmiał: to będzie krótki okres pontyfikatu ze względu na wiek argentyńskiego kardynała (wówczas 76 lat). Drugi argument dyskontował nastroje w kolegium kardynalskim, które po wizerunkowym blamażu Kurii Rzymskiej za pontyfikatu Benedykta XVI było teraz zdeterminowane, by wybrać kardynała spoza Rzymu i kurialnych układów. Ten warunek kardynał z Buenos Aires spełniał z nawiązką. W piątym głosowaniu na konklawe otrzymał 90 głosów. Więcej niż Ratzinger w 2005 r.

Kto po Bergoglio?

Papież z odległego Buenos Aires w perspektywie krótkiego pontyfikatu frontalnie przystąpił do realizacji programu z St. Gallen. Na agendzie: wojna z Kurią i spetryfikowanym układem włosko-południowoamerykańskim, transparencja poczynań, oczyszczenie banku watykańskiego z mafijnej powłoki, decentralizacja władzy, tworzenie „ubogiego Kościoła biednych ludzi", „odejście od kościelnej doktryny wsadzonej do prezerwatywy" – jak mawiał Bergoglio – pod czym się kryje kluczowa rola etyki seksualnej w nauczaniu Kościoła. Opór nie tylko konserwatywnych kardynałów z nadania poprzednich dwóch papieży, ale i też przez nich mianowanych biskupów, okazał się znacznie większy, niż pierwotnie przypuszczała loża. Spektrum zmian przestraszyło także umiarkowanych kardynałów. „Wybraliśmy go, by zreformował, a nie burzył Kościół" – mówili.

Dziś Franciszek już wie, że on sam programu z St. Gallen nie przeforsuje. Wiele zmian, jakich dokonał, nie jest zresztą zakotwiczonych prawnie. Ich trwałość zależeć będzie od tego, czy kolejne konklawe wyłoni Franciszka II. O to się papież Bergoglio bardzo stara. Nie ma już wokół niego sojuszników z St. Gallen, którzy się wykruszyli, zmarli albo przekroczyli 80. rok życia. Franciszek oczyszcza więc przedpole, wyrzucając bez pardonu z Kurii swoich wpływowych przeciwników. W ciągu pierwszych pięciu lat pontyfikatu poleciały głowy kurialistów z nadania Benedykta XVI. Ostatnio były to dwie najbardziej prominentne postaci: kardynałów Leo Burke'a i Gerharda Müllera. Na drugiej flance Franciszek zwiększa w kolegium elektorskim grono duchowych pobratymców. 48 na 115 obecnych elektorów (kardynałów poniżej 80. roku życia) pochodzi już z jego nadania. Co istotne, lwia część z nich przypada na purpuratów spoza Europy: Haiti, Tonga czy Republiki Środkowo-Afrykańskiej.

Wśród nich największe szanse na zwycięstwo na kolejnym konklawe miałby kardynał Luis Antonio Tagle – absolutny ideał na głowę Kościoła. Z ojca Filipińczyk, a po matce Chińczyk. Chiński jest więc jego językiem ojczystym. Konserwatywny Benedykt XVI dał mu kapelusz kardynalski, gdyż nagradzał nim wybitnych teologów, nawet jeśli ci nie zgadzali się z jego linią. Franciszek mianował Tagle'a przewodniczącym światowego Caritasu. Po kampanii, jaką przeciwko papieżowi rozpętali w Watykanie jego przeciwnicy – z powodu poluzowania przez papieża reguł dopuszczania do sakramentu komunii rozwiedzionych i homoseksualistów – Tagle jak lew bronił jego pozycji. Na zarzuty o często mało precyzyjne wypowiedzi papieża odparł: „To dobrze, by od czasu do czasu popaść w stan konfuzji". W autobiograficznym wywiadzie-książce sprzed dwóch lat Tagle stwierdził, że pokój na świecie nie zależy od nawrócenia się na drogę Chrystusa, tylko od „zdolności wszystkich religii do koegzystencji". Lepiej nie powiedziałby tego nawet sam Franciszek. Piętą achillesową Filipińczyka jest jednak jego młodzieńczy wiek: 60 lat. Wielu kardynałów może bowiem przerażać zbyt długi pontyfikat. Tej wady nie ma natomiast 73-letni kardynał Christoph Schoenborn z Wiednia. Jeśli na przyszłym konklawe zasiądzie większość zwolenników światopoglądu Franciszka, to Austriak ma spore szanse na przejęcie pałeczki po argentyńskim papieżu. Większe nawet niż Tagle. Kiedyś uchodził za zwolennika Ratzingera, dziś jednak należy do drużyny Franciszka, nie podzielając jednak aż tak wyrazistych poglądów obecnego biskupa Rzymu. Aspiracje, by na konklawe wystąpić w roli papabile obozu Franciszka, zgłosił rok temu jeszcze jeden kardynał: Maradiaga z Hondurasu, obecnie prawa ręka papieża. W maju 2017 r. opublikował po włosku (obecnym języku urzędowym Kościoła) książkę, co uchodzi za nieformalne zgłoszenie kandydatury. Publikacja o znamiennym tytule „Tylko ewangelia jest rewolucyjna", zawiera serię ataków na przeciwników Franciszka.

Kontrofensywa konserwatystów

Jak silni są jednak konserwatyści, którzy mogliby zablokować wybór Tagle'a, Schoenborna czy Maradiagi? Na dwóch ostatnich synodach w Rzymie skutecznie rzucili kłody pod nogi frakcji Franciszka. W efekcie papież i Maradiaga (na konklawe bardziej jednak w roli kingmakera Tagle'a lub Schoenborna), przegrali batalię o poluzowanie reguł z dopuszczenia do komunii rozwiedzionych – kluczowego postulatu loży z St. Gallen. O istnieniu podobnej do niej grupy, tym razem konserwatywnej, watykańskie przecieki nie informują. Choć akcja sprzed półtora roku kardynalskiego kwartetu w składzie: Carlo Caffarra, Raymond Burke, Joachim Maisner i Walter Brandmüller była tą samą próbą wymuszenia na Franciszku abdykacji, jak to werbalnie uczynił kardynał Martini wobec Benedykta XVI. Kardynalski kwartet zarzucił Franciszkowi herezję: zawarcie w adhortacji apostolskiej „Amoris laetitia" sprzecznych z nauczaniem Kościoła zaleceń odnośnie do komunii dla rozwiedzionych. Papież pismo zignorował. Odczekał, aż dwóch jego sygnatariuszy (Caffara i Meisner) przeniosło się na drugi świat, a banicją Burke'a i Müllera pozbawił konserwatystów lidera w Watykanie. Pałeczkę po banitach przejął jednak kardynał Robert Sarah, rodem z Gwinei, w Watykanie prefekt kongregacji od spraw liturgii – idealny przyszyły Benedykt XVII z programem walki z gender, homoseksualizmem, „cywilizacją śmierci", a ostatnio nawet pomysłem przyjmowania komunii wyłącznie na klęczkach.

Jeśli starcie Tagle–Sarah miałoby na konklawe zakończyć się patem, to kompromisowym rozwiązaniem dla obydwu obozów mogłaby być kandydatura sekretarza stanu Pietro Parolina. Przynależność do włoskiej grupy narodowej, której reprezentacja w kolegium kardynalskim sukcesywnie spada, oraz funkcja sekretarza stanu nie przemawiają wprawdzie na jego korzyść. Ostatnim sekretarzem stanu, który został papieżem, był w 1939 r. Eugenio Pacelli (Pius XII). Parolin, prawdziwa inkarnacja spokoju, choć zbliżony poglądami do Franciszka, może się wydać większości elektorów do przyjęcia po pełnym hałasu i zakrętów pontyfikacie obecnego papieża. Ponadto włoski sekretarz stanu w przeciwieństwie do pryncypała wykazuje chęć nawiązania dialogu z jego przeciwnikami.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest więc taki, że Franciszek na razie nie abdykuje, tylko kolejnymi nominacjami kardynalskimi będzie zwiększał zastępy swoich duchowych pobratymców w kolegium, by ci zagwarantowali elekcję papieża Franciszka II.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA