fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Sprawa kard. Gulbinowicza. Brak jawności, a nie „układ”

Kardynał Henryk Gulbinowicz
Kardynał Henryk Gulbinowicz
Fotorzepa/ Marian Zubrzycki
Tomasz Terlikowski feruje wyroki w sprawie wrocławskiego hierarchy na bazie artykułów prasowych i anegdot – odpowiada na tekst publicysty prawnik.

W moim tekście „Dowody zamiast pomówień” twierdzę, iż w sprawie kardynała Gulbinowicza zabrakło transparencji i uczciwej komunikacji. Choćby podjęte decyzje były najsłuszniejsze, to brak przejrzystości załatwienia tak poważnej sprawy wywołuje wątpliwości. W podjętej polemice Tomasz Terlikowski, wyraźnie nie zrozumiawszy tego przesłania, z emfazą zwalcza własne tezy, których nie sposób znaleźć w tekście mojego autorstwa.

Nie wiem, z jakiego powodu Terlikowski utożsamia mnie z rzekomym „układem", którego istnienie sugeruje. List opozycjonistów, który wspominam, jest bowiem taką samą kanwą moich rozważań, jak nierzetelne publikacje prasowe, posługujące się wprost lub pośrednio pomówieniami. Wpisał się w nie sam Terlikowski, choć obecnie usiłuje relatywizować swoje formułowane trzy tygodnie temu pod adresem Gulbinowicza zarzuty („najpewniej popełniał przestępstwa pedofilskie"). Rozumiem jednak, że jest „układ" popularnym w pewnych kręgach pojęciem – używanym jako wytrych tam, gdzie chce się coś uzasadnić, nie mając po temu argumentów. Wtedy winny jest „układ".

Nie wiem, jakimi krętymi ścieżkami umysłu doszedł Terlikowski do przekonania, że osoby tak odległe od siebie ideowo jak Władysław Frasyniuk i siostra premiera Anna Morawiecka tworzą jakiś „układ" we Wrocławiu. Taka supozycja zarówno dowodzi instrumentalnego jedynie posłużenia się przez autora tym chwytliwym pojęciem, jak i obnaża jego kompletną nieznajomość wrocławskiego środowiska i błędne schematy myślenia, stanowiące sui generis „grzech pierworodny" dalszych twierdzeń i tez zawartych w polemice z moim tekstem.

Fakty czy anegdoty

O co bowiem w nim chodzi? O fakty. Na czym opiera się Terlikowski? Na gazetach i anegdotach. I uważa, że „twarde medialne zarzuty" (czyli najpoważniejsze, co ma do zaoferowania) są podstawą do ferowania ocen, a nawet wyroków. Powtórzmy zatem: problemem, na który staram się zwrócić uwagę, jest brak uzasadnienia kościelnej decyzji, nie zaś naganność czynów hierarchy (jeśli zaistniały, ich ocena nie może być inna niż całkowita na nie niezgoda, oczekiwanie ukarania i zadośćuczynienia ofiarom). Przypisywanie mi innych intencji, w tym relatywizowania winy i odpowiedzialności sprawców, jest albo wyrazem złej woli, albo słabego researchu mojego adwersarza. Kilkakrotnie już bowiem na tych łamach zdecydowanie i jednoznacznie wypowiadałem się zarówno na kanwie drugiego filmu braci Sekielskich, jak i decyzji w sprawach biskupów Janiaka i Głódzia, postulując zdecydowane i radykalne działania, wskazując na rozdźwięk pomiędzy wskazaniami oraz działaniami papieża Franciszka a opieszałością polskiego episkopatu.

Casus Gulbinowicza pokazuje natomiast – najwyraźniej z przypadków, w których nastąpiła reakcja Stolicy Apostolskiej – jak ważna jest wiedza o powodach podejmowanych decyzji. O ile bowiem decyzje Watykanu w sprawach Kalisza i Gdańska następowały po długim okresie medialnego nagłaśniania tamtych historii, o tyle decyzję w sprawie Gulbinowicza ogłoszono niejako „z zaskoczenia" – ogólnie znane okoliczności, rozciągnięte w czasie, słabo istniały w opinii publicznej jako ciąg zdarzeń, a pozostałe, jak kwestia zarzutu współpracy z SB, były znane wąskiemu gronu specjalistów. Czy stałoby się coś złego, gdyby w ślad za lakonicznym komunikatem o decyzjach Watykanu upubliczniono ich uzasadnienie?

Ilość wątpliwości, nadinterpretacji i domysłów, a także list wrocławskich opozycjonistów wskazują, że wyjaśnienie powinno być częścią każdej podejmowanej w takich sprawach decyzji. I nie chodzi o szczegóły, lecz przynajmniej o sprecyzowanie rodzaju przewin i okoliczności uznanych za wiarygodne. Nie oznaczałoby to w żadnym razie przysparzania kolejnych cierpień ofiarom, a z pewnością służyłoby budowaniu wiarygodności procesu oczyszczania Kościoła z kilkudziesięcioletnich zaniedbań i przewin. Jeśli takie oczekiwanie stanowi w ocenie Terlikowskiego „podważanie" decyzji Stolicy Apostolskiej i obronę sprawców, to tutaj fundamentalnie się różnimy. Trudno bowiem z oczekiwania uzasadnienia rozstrzygnięcia wyprowadzać wniosek o kwestionowaniu jego treści.

W Poznaniu, we Wrocławiu, wszędzie

Wyjątkowo odpychający w całej narracji opartej na tezie „obrony Gulbinowicza przez układ" jest wątek zrównania wrocławskich opozycjonistów pytających o powody podjęcia decyzji wobec kardynała ze zbierającymi podpisy na „listach poparcia" dla skompromitowanego publicznie abp. Paetza. Jeśli sygnatariuszom listu blisko jest do kogokolwiek w „sprawie poznańskiej", to nie do namawiającego do podpisywania tych listów biskupa pomocniczego w Poznaniu Marka Jędraszewskiego, ale raczej do Zbigniewa Nosowskiego, który w 2010 r. w „Tygodniku Powszechnym" wołał, że w sprawie Paetza najwyższa pora na – mówiąc językiem kościelnym – stanięcie w prawdzie. A mówiąc językiem świeckim: na więcej jawności.

Ciekawe, że tamto wołanie o jawność Terlikowskiemu nie przeszkadzało. Nie było bronieniem Paetza ani przystaniem do „poznańskiego układu". Dlaczego przeszkadza mu wołanie o jawność dzisiaj? Czy podwójne standardy wynikają z tego, że gdzie indziej plasował się wówczas Terlikowski na scenie dziennikarskiej?

Być może rozczaruję redaktora Terlikowskiego, bo nie będę polemizował z nim tam, gdzie w swoim tekście personalnie mnie zaczepia. Są to bowiem wątki trzeciorzędne, na które brak tu miejsca. Jak zresztą polemizować z oskarżeniami o „wzruszanie ramionami" czy wmawianiem mi przez nieznajomego człowieka, co rzekomo wiem i od kiedy. Odniosę się jedynie do dwóch kwestii, by nie umknęły one czytelnikom.

Po pierwsze, cieszę się, że przekonała Terlikowskiego moja analiza decyzji ogłoszonych wobec Gulbinowicza, kwalifikująca je jako środki dyscyplinarne, bo jeszcze w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej" 10 listopada tego roku budował on swój przekaz na rzekomych „karach" wymierzonych kardynałowi. Po drugie, najwyraźniej nie rozumie Terlikowski, jaka jest istota poręczenia, z którego udzielenia w 2005 r. w sprawie byłego księdza K. czyni Gulbinowiczowi zarzut prawie równy relacji jedynej znanej publicznie domniemanej ofiary. Emerytowany już wówczas ordynariusz nie poręczał bynajmniej za to, że podejrzany jest niewinny, a jedynie, że będzie stawiał się na wezwania organów. Czy było to wówczas, w tamtym stanie wiedzy, zachowanie słuszne – nie mnie rozstrzygać, ważne jednak, by dobrze to rozumieć.

Tym tekstem kończę wymianę poglądów z Tomaszem Terlikowskim. Jako prawnik jestem bowiem przyzwyczajony do prowadzenia dyskusji opartych na argumentach i regułach logicznego wnioskowania, a źle się czuję w atmosferze manipulowanych sugestii, pomówień i bezpodstawnych oskarżeń.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA