Publicystyka

Pierre Lévy: Nie dać się rozbroić

AFP
Prezydent Macron posłużył się mocną metaforą „armii europejskiej", bo chciał, aby Europejczycy lepiej dzielili się ciężarem zapewnienia kontynentowi bezpieczeństwa – pisze ambasador Francji w Polsce Pierre Lévy.

Kwestie obronności i bezpieczeństwa są sprawami zbyt ważnymi, by godzić się na niejasne interpretacje, nieporozumienia lub ich instrumentalizowanie. Chciałbym od razu przypomnieć, że prezydent Francji nie powiedział, że należy utworzyć armię europejską przeciw Stanom Zjednoczonym. To medialne uproszczenie jest po prostu fałszywe. W przededniu 11 listopada, rocznicy tak ważnej dla Francji i Polski, Emmanuel Macron wezwał Europejczyków do głębszego uświadomienia sobie odpowiedzialności za zapewnienie ochrony swoich współobywateli i budowanie własnej suwerenności w obecnym kontekście strategicznym. Mówił o tej naglącej konieczności „w obliczu Rosji, która jest u naszych granic i już pokazała, że może stanowić zagrożenie". Przemawiając 17 listopada przed Bundestagiem, wezwał Europę do umocnienia się zamiast zadowalania się jedynie drugorzędną rolą na scenie światowej.

Odkładając na bok tę niepotrzebną polemikę, wydaje mi się istotne, by właściwie wyjaśnić podejście Francji, zwłaszcza teraz, gdy te kwestie są w centrum uwagi.

***

Przede wszystkim, o czym mówimy? Ważne jest wyraźne określenie, czego dokładnie dotyczy dyskusja. Przypomnijmy podstawowe parametry z zakresu obronności:

1) Realne środki oraz podejmowanie decyzji należą do państw członkowskich. To one angażują siły zbrojne w ramach formacji międzynarodowych należących czy to do NATO, czy do Unii Europejskiej, do Narodów Zjednoczonych, czy też do innych organizacji lub koalicji ad hoc. Nie istnieje zatem armia europejska jako taka ani armia NATO, ale struktury opierające się na woli politycznej i siłach zbrojnych poszczególnych krajów, zgodnie z zasadą „one single set of forces" [jednolitego zasobu sił]. Narodowe zdolności obronne mogą służyć tym wszystkim organizacjom;

2) NATO i Unia Europejska mają różne zadania, wzajemnie się uzupełniające. Pierwsza z tych struktur to sojusz wojskowy, którego podstawowym celem jest wspólna obrona, czyli obrona terytoriów krajów członków sojuszu. Druga jest organizacją polityczną. Wspólna polityka bezpieczeństwa i obrony, stanowiąca nieodłączną część działań zewnętrznych UE, dotyczy przede wszystkim zarządzania kryzysami, zwłaszcza poza terytorium Unii, a także w niektórych przypadkach poza gestią NATO, oraz obroną własnych obywateli (artykuł 42.7 traktatu o Unii Europejskiej). Chodzi tu o wojskowe i cywilne działania stabilizacyjne i zapobiegające konfliktom, lub o zdolność reakcji wobec chociażby ataków hybrydowych. Perspektywa wspólnej obrony, zapisana w traktatach (art. 42.2 TUE), zakłada, że w stosownej chwili Rada Europejska podejmie decyzję jednogłośnie;

3) Dla nas, Europejczyków, UE i NATO stanowią najbliższe kręgi solidarności. Obie organizacje zostały stworzone po II wojnie światowej, opierając się na tej samej logice: utrzymanie pokoju i bezpieczeństwa, ochrona obywateli naszych demokratycznych krajów. Obie wzajemnie się zazębiają. NATO liczy 29 państw członkowskich, z czego 22 należą do Unii Europejskiej. Jest jednak sześć państw Unii Europejskiej, które nie są członkami NATO, a których nie można pozostawić samym sobie. Przez 70 lat Stany Zjednoczone silnie wspierały umacnianie obu tych organizacji, by Europa na nowo nie pogrążyła się w wojnie;

4) Współpraca pomiędzy Unią Europejską a NATO działa od dawna i sprawnie. Sformalizowana w 2003 r., wciąż się rozwija. Na szczycie w Warszawie w 2016 roku obie organizacje porozumiały się w kwestii pogłębienia współpracy w wybranych dziedzinach (walka z zagrożeniami hybrydowymi, cyberobrona...). Należy zresztą podkreślić, że wszystkie zapisy traktatów europejskich stosuje się w poszanowaniu zobowiązań niektórych krajów członkowskich, wynikających z przynależności do NATO lub ze szczególnego charakteru polityki bezpieczeństwa i obrony niektórych z nich, a konkretnie państw neutralnych.

***

Po sprecyzowaniu powyższych kwestii należy odpowiednio rozumieć strategiczne otoczenie, w które wpisuje się obecna debata. Nasze dotychczasowe pewniki i punkty odniesienia, którymi kierowaliśmy się przez ostatnich 30 lat, są dzisiaj podważane: ład międzynarodowy, ustanowiony po 1945 roku, na którego szczycie znajduje się ONZ, jest podawany w wątpliwość; multilateralizm wydaje się schodzić na dalszy plan wobec polityki mocarstwowej i prawa silniejszego; zagrożenia terroryzmem i w cyberprzestrzeni odciskają swe piętno na codziennym życiu naszych społeczeństw; a nawet konstrukcja europejska, to wspaniałe, historyczne osiągnięcie, nie jest już oczywistością i poddawana jest srogiej próbie kryzysów i wątpliwości społeczeństw.

Jeśli chodzi o bezpieczeństwo i obronę Europy, filary, które je zapewniały, są teraz rozchwiane i osłabione. Wobec braku zainteresowania przejawianego przez niektórych oraz podejmowanej przez innych dekonstrukcji, wszystkie instrumenty stabilności i kontroli zbrojeń zostały nadwątlone. Najświeższym przykładem jest pogwałcenie przez Moskwę traktatu o pociskach rakietowych średniego zasięgu (INF). Traktat ten zakazuje Stanom Zjednoczonym i Rosji produkowania i rozmieszczania balistycznych rakiet manewrujących typu ziemia–ziemia o zasięgu od 500 do 5500 km, z ładunkiem jądrowym bądź konwencjonalnym.

Ten rozwój sytuacji jest kolejnym z serii niepokojących, jak podważanie regulacji tzw. Dekalogu z Helsinek, w tym zasady nienaruszalności granic i integralności terytorialnej państw, jak wątpliwości co do automatycznego stosowania gwarancji NATO obrony kolektywnej, jak powstawanie nuklearnej wielobiegunowości czy pojawianie się niepaństwowych podmiotów stanowiących zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa.

Europejczycy nie powinni zadowalać się rolą biernych widzów, gdy na ich oczach dokonuje się rozpad systemu bezpieczeństwa, który dotyczy w pierwszym rzędzie ich własnego kontynentu. W przeciwnym razie staną się bezwolną zabawką w rozgrywce pomiędzy największymi potęgami.

***

Te tendencje bardzo Francję niepokoją. Wynika to z pierwszoplanowej roli, jaką mój kraj przypisuje wyzwaniom bezpieczeństwa i obrony, jak i wizji Europy, która chroni. Jako pierwsza siła militarna w Unii Europejskiej, dysponując pełnym potencjałem obronnym, silna swą wiarygodnością operacyjną i zdolnością nuklearnego odstraszania, która – choć niezależna – przyczynia się bezpośrednio do bezpieczeństwa obszaru euroatlantyckiego, Francja angażuje się w bezpieczeństwo Europejczyków na wschodzie – prowadząc jasną i stanowczą politykę wobec Rosji, jak i na południu. Obecnie są to siły liczące 30 tys. żołnierzy, którzy biorą udział w różnych operacjach i misjach, w tym chronią naszych partnerów z Europy Północnej i krajów bałtyckich. Ponadto Francja ma ambitne plany w dziedzinie przemysłu i technologii.

Jak reagować? Ważne jest przede wszystkim, by państwa Europy podjęły konieczne wysiłki. Mój kraj wytyczył sobie ambitny cel: projekt ustawy o wydatkach wojskowych na lata 2019–2025 zakłada podniesienie środków do wysokości 2 proc. PKB w 2025 roku, poprzez coroczny wzrost o 1,7 mld euro do 2022 roku i o 3 mld euro w 2023 roku. Równolegle nadajemy priorytet rozwijaniu zdolności Europejczyków do prowadzenia operacji i wzmacniania synergii w obszarze wyposażenia. W Unii Europejskiej tworzone są nowe instrumenty wsparcia dla rozwijania zdolności wojskowych, jak Stała Współpraca Strukturalna, w której oba nasze kraje uczestniczą, a także Europejski Fundusz Obronny (EDF) sprzyjający współpracy państw członkowskich w rozwijaniu europejskiego przemysłu obrony.

Nasze siły zbrojne powinny nauczyć się dobrze współdziałać, tworząc prawdziwie wspólną kulturę strategiczną. Taki jest cel Europejskiej Inicjatywy Interwencyjnej, stanowiącej inicjatywę nie instytucjonalną, lecz ad hoc, komplementarną zarówno w stosunku do UE, jak i do NATO. Ministrowie obrony krajów uczestniczących w tym działaniu (Belgia, Dania, Estonia, Finlandia, Francja, Hiszpania, Holandia, Niemcy, Portugalia, Wielka Brytania) zebrali się 7 listopada w Paryżu na pierwszym, bardzo owocnym spotkaniu. Zgodnie z zamiarem prezydenta Francji, działania na rzecz europejskiej solidarności (art. 42.7 TUE) i kontroli zbrojeń w Europie mają również doprowadzić do tego, by Europejczycy byli w stanie stawiać czoło nowym wyzwaniom związanym z bezpieczeństwem międzynarodowym.

***

Propozycje te idą dokładnie w kierunku zwiększania przez Europejczyków nakładów na własną obronę, jak domagają się tego Stany Zjednoczone, oraz odgrywania bardziej skutecznej i bardziej wiarygodnej roli przez państwa europejskie w NATO. Sojusz pozostaje oczywiście fundamentem kolektywnej obrony Europy. Francja jest czynnie zaangażowana, świadczy o tym jej wkład polityczny i wojskowy we wzmocnienie postawy odstraszania i obrony, w tym w ramach wzmocnionej wysuniętej obecności na wschodzie. Europejczycy muszą brać aktywny udział, być traktowani bardziej poważnie. Nie chodzi tu jedynie o podział między Europejczykami i Amerykanami. Europejczycy powinni także być zdolni do podejmowania interwencji, gdy Stany Zjednoczone nie chcą lub nie mogą tego zrobić.

W duchu celów nakreślonych w przemówieniu wygłoszonym na Sorbonie, prezydent Francji posłużył się mocną metaforą „armii europejskiej". Chciał, aby Europejczycy przyjęli na siebie większą odpowiedzialność, lepiej dzielili się ciężarem zapewnienia Europie bezpieczeństwa, byli bardziej samodzielni: nie po to, by byli odłączeni od Stanów Zjednoczonych, czy w opozycji do nich, ale po prostu, by byli bardziej odpowiedzialni.

To sformułowanie ma tę zaletę, że skłania do zastanowienia się nad stabilnością strategiczną, bezpieczeństwem Europy i w Europie. Zapraszamy Europejczyków do refleksji i do działania. Nie możemy przecież być rozbrojeni materialnie i koncepcyjnie w tych jakże niepewnych i burzliwych czasach. ©?

Tytuł i lead od redakcji

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL