fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

200 gramów inwestycji w pokój

Premier Etiopii Aiby Ahmed odbierze Nobla 10 grudnia w Oslo. Otrzymał go „za wysiłki na rzecz pokoju i międzynarodowej współpracy, a w szczególności za decydującą inicjatywę w rozwiązaniu konfliktu granicznego z Erytreą”
AFP
Abiy Ahmed dobrze wie, do czego potrzebuje pokoju z sąsiadami. Być może jednak to właśnie język handlu i ekonomicznych korzyści najlepiej przemawia do jego rozmówców – sylwetka pokojowego noblisty z Etiopii.

Ma 43 lata, jest uśmiechnięty i wysportowany. W wypowiedziach często podkreśla wartość człowieka, dodając, że nie jest to w Afryce powszechne. Na zdjęciach ilustrujących artykuły, które w ostatnim tygodniu zalały internet, występuje w ciemnych garniturach uzupełnionych jaskrawymi T-shirtami albo kolorowymi marynarkami z tradycyjnymi akcentami, jak np. cętki geparda.

Abiy Ahmed, od 18 miesięcy premier Etiopii, jest postacią nietuzinkową. A jednak oczy świata zwróciły się ku niemu dopiero przed kilkoma dniami. 10 grudnia odbierze Pokojową Nagrodę Nobla „za wysiłki na rzecz pokoju i międzynarodowej współpracy, a w szczególności za decydującą inicjatywę w rozwiązaniu konfliktu granicznego z Erytreą". To jednak ledwie część argumentacji, uczestniczył bowiem w wielu procesach pokojowych. Ten najmłodszy przywódca Afryki rzeczywiście ma zapisanych w portfolio wiele konfliktów. Zewnętrznych i wewnętrznych. Tych rozwiązanych i tych wciąż się tlących.

Wyrósł wśród konfliktów

Od 30 lat o kierunku obranym przez państwo decyduje Etiopski Ludowo-Rewolucyjny Front Demokratyczny – koalicja wywodząca się jeszcze z bojówek początku lat 90. I choć rządzący zamienili marksizm-leninizm na „demokrację rewolucyjną", a kraj od półtorej dekady notuje 10-proc. wzrost PKB rocznie, droga Abiy Ahmeda do reform, których stał się symbolem, nie była łatwa.

– Sytuacja w Etiopii była bardzo zła, istniała możliwość załamania się państwa – mówił premier na tegorocznym spotkaniu w Davos, opisując kraj w momencie obejmowania stanowiska.

Jednak Ahmed uczył się łączyć ogień z wodą na długo, nim media okrzyknęły go nadzieją na zmiany.

Syn muzułmanki i chrześcijanina miał ledwie kilkanaście lat, gdy chwycił karabin, by walczyć z reżymem komunistycznego dyktatora Mengistu. Należał do Oromo – stanowiącej jedną trzecią populacji grupy etnicznej, która jednak w wojnie domowej wystawiła niewielu żołnierzy. Ponad stutysięczny ruch zdominował inny lud – Tigrajczycy. Gdy po wojnie Abiy został w armii, jedyną szansą na awans było nauczenie się ich języka i wybicie ponad własne pochodzenie.

Jako oficer wywiadu i łączności wykorzystał każdą daną przez mundur szansę. Działał aktywnie po stronie administracyjnej, zrobił licencjat z technologii komputerowych, magistra z zarządzania, a wreszcie doktorat z filozofii – oparty na praktyce rozwiązywania konfliktów. Tę studiował w trakcie ONZ-owskiej misji UNAMIR w Rwandzie i we własnym kraju, gdy w połowie pierwszej dekady XXI w. zaprowadzał pokój pogwałcony w wyniku starć między muzułmanami i chrześcijanami. Abiy oparł swoje działania na głębokim zrozumieniu kultury regionu i odbudowaniu tradycyjnych form rozwiązywania konfliktów opartych na dialogu przywódców religijnych.

Świetnie znał wewnętrzne stosunki społeczne, także te panujące w polityce oraz armii. Stawiał na otwartość oraz nowoczesne podejście do rozwiązywania konfliktów.

Gdy w marcu 2018 r. zostawał premierem, analityczka amerykańskiego Brookings Institute pisała, że jego wybór rodzi nadzieję dla znajdującego się w głębokim kryzysie kraju.

Reformator w kraju

Jeszcze dwa lata temu w Etiopii trwał stan wyjątkowy wprowadzony po masowych protestach Oromo. Osiemdziesiąt grup etnicznych trudno pogodzić, a naród był rozczarowany rządem, który nie radził sobie z korupcją i zapewnieniem obywatelom równych szans na korzystanie z szybkiego wzrostu gospodarczego. Zdelegalizowana opozycja twierdziła, że w odpowiedzi na rozruchy rząd aresztował nawet 70 tys. osób.

Ahmed – sam pochodzący z marginalizowanych Oromo – zmienił sytuację w ledwie kilkanaście miesięcy. Wypuścił uwięzionych dziennikarzy i opozycjonistów, rozpoczął dialog z dysydentami za granicą, oddał ludziom dostęp do internetu, pozwolił na funkcjonowanie wolnych mediów i działalność partii politycznych, dał sygnał do rozliczenia dawnych zbrodni reżymu i zainicjował walkę z korupcją. Dopuścił do władzy więcej kobiet, powierzając im połowę stanowisk w swoim gabinecie. Wreszcie zmienił gospodarkę kraju, zapowiadając prywatyzację najważniejszych przedsiębiorstw państwowych.

Przyniosło to wymierne korzyści. Po 13 latach na czarnej liście Bank Światowy przyznał Etiopii 600 mln USD pożyczki i drugie tyle grantu. Czar Ahmeda działał.

Protestujący opuścili ulice, a wielu Etiopczyków nazywa go „darem z niebios". Gdy w czerwcu zeszłego roku doszło do ataku granatem w trakcie wiecu na cześć premiera, jeden z poszkodowanych, który z ciężkimi obrażeniami trafił do szpitala, miał powiedzieć: „Najważniejsze, że jemu nic się nie stało".

Innym przejawem sprzeciwu wobec reform był regionalny zamach stanu z lata tego roku. Na czele niezadowolonych z reform Amharów stanął generał Asaminew Tsige – wcześniej uwolniony i przywrócony na stanowisko w armii przez samego Abyi Ahmeda. „Uwolnił siły, których nie jest w stanie kontrolować" – pisał w „Foreign Policy" etiopski korespondent Nizar Marek. Po 36 godzinach Tsigego zastrzeliła policja, a premier nawoływał do zjednoczenia narodu w walce ze złem.

Niektórzy twierdzą, że Ahmed niczego nie reformuje, jest tylko nową twarzą starych problemów i ostatnią deską ratunku dla establishmentu. Inni zauważają, że w imię idei sam rozmontowuje system, który umieścił go na stanowisku – ryzykując szanse własnej partii w wyborach w 2020 r. Trudno orzec, kto ma rację. Z jednej strony spowolnił spiralę, która mogła doprowadzić nawet do rozpadu kraju. Z drugiej strony sam wywodzi się ze służb bezpieczeństwa, które wcześniej nie pozwalały na zmiany. Wiele też jego wypowiedzi odbierano jako zachętę do ataków na Tigrajczyków, a przemoc na gruncie etnicznym w Etiopii nadal trwa. Tylko w 2018 r. z jej powodu z domów musiało uciekać półtora miliona ludzi.

Etiopia–Erytrea

Konflikt między Etiopią i Erytreą można odbierać jako opowieść o trwającej blisko tysiąc lat wspólnocie, która rozpadła się w średniowieczu, by ponownie połączyć w XX w., tym razem wbrew woli zainteresowanych stron. Najpierw pod butem Benita Mussoliniego, a następnie w wyniku nakazu ONZ. W latach 60. XX w. niechętni federacji z potężnym sąsiadem Erytrejczycy rozpoczęli wojnę domową, która trwała trzy dekady, a jej koniec i niepodległość nadeszły w 1991 r. – rozpoczął się czas świetnych stosunków między państwami. Do czasu.

Kłopoty w sąsiedztwie Etiopii i Erytrei oraz kolejną wojnę zrodziły przede wszystkim pieniądze. Odzyskanie przez Erytreę terenów i jednoczesne odcięcie Etiopii od nabrzeża wiązało się z kilkoma kwestiami.

Nad morzem znajdowała się etiopska rafineria, którą odtąd rząd w Addis Abebie eksploatował w zamian za „dolę" dla Erytrei. Etiopczycy korzystali także z portów w Asabie i Massawie – płacąc niewielkie, 1,5-proc. opłaty celne, które już wkrótce stanowiły jedną dziesiątą całego PKB Erytrei. Etiopia czuła się pokrzywdzona tymi warunkami, a oliwy do ognia dolewał fakt wysokiej dysproporcji w bilansie handlowym na korzyść Erytrei. Politycy po drugiej stronie oskarżali zaś Addis Abebę o protekcjonizm.

Nietrudno zrozumieć, że dwuletnia wojna i trwający po niej prawie dwie dekady pat, który zakończył premier Etiopii, są dużo bardziej skomplikowane niż spór o ziemię, którą ten ostatni zgodził się oddać.

Owszem, Abiy Ahmed zrobił coś niezwykłego. Dzięki otwartości i ustępstwom namówił do rozmów i porozumienia prezydenta Erytrei Isajasa Afewerkiego. Twardogłowego dyktatora, któremu wieczny stan zagrożenia był może bardziej na rękę niż nowe rozdanie w stosunkach międzynarodowych.

Warto jednak pamiętać, że otwarte w czerwcu 2018 r. drogi i granice dziś znów są zamknięte, a państwa nie ustaliły jeszcze protokołu handlowego ani warunków ruchu granicznego. Zrobiono pierwszy krok, ale wciąż brak twardych podstaw, które powstrzymają kolejny kryzys.

Tournée po Rogu Afryki

Zdobywając zaufanie Isajasa Afewerkiego, Abiy Ahmed rozbił bank inicjatyw pokojowych w Rogu Afryki.

Miesiąc po unormowaniu stosunków z Etiopią Erytrea odnowiła relacje dyplomatyczne z Somalią. Była to naturalna pochodna wcześniejszych porozumień – ten konflikt zrodził się bowiem jako wojna hybrydowa, w której oba rządy finansowały przeciwne sobie grupy polityczne w Somalii.

Niedługo później do grona pogodzonych z Erytreą dołączyło Dżibuti. Dwa kraje pozostawały skłócone od 2008 r., w wyniku bezsensownej kłótni o niewielką, pozbawioną zasobów wyspę i jeszcze mniejszy kawałek lądu – ta wynikała głównie z nieprecyzyjnego wyznaczenia terytorium przez dawnych kolonizatorów i dumę dwóch małych narodów.

W międzyczasie udało mu się jeszcze pełnić rolę mediatora między rządem a rebeliantami w Sudanie Południowym.

Afrykańskie medium biznesowe Quartz określiło te porozumienia mianem „efektu Abiy". Premier Etiopii wydawał się prawdziwym zaklinaczem afrykańskich przywódców. Nie zapominał zresztą o interesie własnego kraju – przy okazji pokojowych rozmów Ahmed załatwiał też sprawy handlowe. W Somalii i Dżibuti podpisał umowy na dostęp do wybranych morskich portów tych państw. Podobne porozumienia miał też z rządem Sudanu, gdzie w tym roku potwierdził umiejętności negocjatora.

Obecność jego oraz mediatorów w Chartumie pomogła przełamać impas pomiędzy Radą Wojskową a oprotestowującym jej rządy Sudańskim Zrzeszeniem Profesjonalistów. Krótko przed przybyciem Ahmeda doszło do eskalacji konfliktu i masakry na protestujących. Ale niedługo później obie strony znów usiadły do rozmów zakończonych podpisaniem wstępnej deklaracji konstytucyjnej.

Na koniec Ahmed podjął się mediacji w sporze o wody terytorialne między Somalią i Kenią.

Kruchy pokój

W 18 miesięcy Abiy Ahmed osiągnął więcej w zaprowadzaniu pokoju we wschodniej Afryce niż inni przez ostatnie kilkanaście lat. Jak każdy polityk nie jest jednak aniołem. Dużo z tego wszystkiego to świetny PR i efekt umiejętności znalezienia się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Abiy Ahmed dobrze wie też, do czego konkretnie potrzebuje pokoju. Być może jednak to właśnie język handlu i ekonomicznych korzyści najlepiej przemawia do jego rozmówców.

Reformy wewnętrzne Etiopii najlepiej podsumował amerykański specjalista od Rogu Afryki Zach Vertin: „Abiy (...) zapoczątkował jedną z najważniejszych transformacji politycznych współczesnego świata, ale zarazem jedną z najbardziej kruchych". Podobnie ma się rzecz z tym, co Abiy osiągnął w stosunkach międzynarodowych. Jedno i drugie może równie dobrze stać się jego wieloletnim dziedzictwem, jak i szybką i brutalną klapą.

W tym kontekście warto zastanowić się, czy Norweski Komitet Noblowski nie uznał, że Abiy nagroda potrzebna jest właśnie teraz. W czasie, gdy tak wiele z jego inicjatyw pozostaje niepewnych i niedokończonych. W tym sensie nie jest ona „przedwczesna". Przyznano ją w chwili, gdy niecałe 200 gramów złotego medalu może zadecydować o przechyleniu szali na korzyść pokoju w Rogu Afryki.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA