fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Anglia też się zmienia

materiały prasowe
Problem z Anglikami jest taki, że są te trzydzieści parę kilometrów od Europy i czują, że są inni, może nawet lepsi – mówi ekspert ds. finansów Jan Czerniawski, syn polskich imigrantów, absolwent Oksfordu.

Brytyjczycy, a głównie Anglicy, głosując za brexitem, chcieli powrotu dawnego świata, ale ponoć tej dawnej Anglii już nie ma.

Życie na wsi wciąż jest spokojne, ale i tam docierają zmiany. Wszyscy muszą więcej pracować. Nie ma już wielu ludzi, którzy żyją wygodnie, czerpiąc zyski z latyfundiów.

Czerwona budka telefoniczna, charakterystyczna taksówka, dżentelmen w meloniku – tego się już nie spotka?

Rzadko. Zostały kluby i puby. Puby są dla wszystkich, kluby wciąż są ekskluzywne.

Herbatka o piątej?

Coraz rzadziej.

Czego broniono, głosując za wyjściem z Unii? Pinta naprawdę jest tak ważna?

To niewyobrażalne, aby ktoś w Anglii zamawiał pół litra piwa. Długość mierzy się w calach, stopach, łańcuchach, długościach pługu itd. Takie odmienności przetrwały mimo globalizacji. Anglicy bali się, że UE będzie z czasem je zwalczać. Że będzie narzucać poprawność polityczną i migracje. W Anglii ceni się tradycyjne wartości, którym jakoby Unia zagrażała: flegmatyczny styl bycia, tolerancję i zdolność do kompromisu.

Jakoś tej zdolności nie było widać po cyrku w parlamencie i prasie brytyjskiej.

Emocje były zbyt silne. Podziały przekraczają lojalności partyjne i klasowe. Zwolennicy brexitu uważają, że Unia przeszkadza im w rozwoju, w decydowaniu o przyszłości. Myślą może o dawnym imperium. Tymczasem Wielka Brytania, a już na pewno Anglia, to mały kraj i aby się rozwijać, powinna się podporządkować i być w Unii.

Problem z Anglikami jest taki, że są te trzydzieści parę kilometrów od Europy i czują, że są inni, może nawet lepsi. Nigdy nie byli całkiem zintegrowani z Europą.

Polacy byli jednym z tematów probrexitowej kampanii – podobno dlatego, że byli biali i można ich było atakować bez posądzenia o rasizm.

Ale trzeba pamiętać, że naprawdę na Wyspach zjawiło się milion robotników z Polski, z Rumunii i krajów bałtyckich. Stali się kozłem ofiarnym, bo ponoć zabierali miejsca pracy. Tabloidy tak pisały. Prawdą jest, że Polaka można zatrudnić taniej, co ujemnie wpływa na wysokość wszystkich pensji. Pojawiła się więc niechęć.

Pana rodzice także byli imigrantami.

Jestem obywatelem Wielkiej Brytanii dzięki Stalinowi. Moi rodzice pobrali się tuż przed wojną. Ojciec był sędzią w Bielsku Podlaskim, a matka urzędniczką państwową. Wywieziono ich w głąb ZSRR osobno. W Kazachstanie matka urodziła moją starszą siostrę, która potem zmarła w Uzbekistanie. Rodzice wyszli z ZSRR przez Iran, gdzie urodził się mój starszy brat. Ojciec poszedł na front włoski, służył w 5. Dywizji gen. Nikodema Sulika, był nawet jego adiutantem, a matka z synem Ryszardem, „Persem" – jak go nazywano od miejsca urodzenia – została w Afryce, w Tanganice. Rodzina połączyła się dopiero w Anglii w 1948 r.

Czemu tak późno?

Anglicy nie wiedzieli, co zrobić z tym wojskiem. Namawiali do powrotu do Polski, ale ludzie 2. Korpusu pochodzili głównie z Kresów i nie mieli dokąd wracać, a poza tym zaznali już komunizmu na Syberii. Może 300 żołnierzy wróciło. Ostatecznie Londyn postąpił przyzwoicie – nowa władza w Polsce domagała się, by to wojsko jej podporządkować, jednak Brytyjczycy utworzyli Korpus Przysposobienia i Rozmieszczenia. Prowadzono kursy językowe i zawodowe. Nasi żołnierze z upływem czasu osiedlali się w okolicznych miastach.

Do jakiego zawodu został przysposobiony pana ojciec, sędzia Marcin Czerniawski?

Pomocnika robotnika budowlanego. Sporo chorował, bo z Syberii wyszedł z gruźlicą, ale przed emeryturą doszedł do pozycji kierownika magazynu w fabryce. To pozwalało na życie skromne, ale przyzwoite.

Urodził się pan w 1952 r. w Leicester. Jak zapamiętał pan Anglię z dzieciństwa?

Jak prawie każde polskie dziecko uczęszczałem do katolickiej szkoły. Dobrze nas tam traktowano, chociaż śmiano się z mojego nazwiska – nie było irlandzkie. W klasie było 37 Irlandczyków, Węgier, Francuzka i ja.

Czuł się pan dyskryminowany?

Czuło się presję na asymilację, a nie na integrację. Nauczyciele pytali, czemu nie należę do harcerstwa brytyjskiego, tylko do polskiego, czemu nie chodzę do kościółka parafialnego, tylko jeżdżę na polskie msze. Dziś takie pytania byłyby nie do pomyślenia, ale jawnej niechęci nie czułem.

A niejawną?

Przeciwnie – chwalono nas. Pamiętam takie wydarzenie podczas olimpiady szkolnej: w jednej z dyscyplin na podium stanęło trzech medalistów: Nowicki, Charłampowicz i mistrz Januszewski. Dyrektor szkoły musiał wymówić te nazwiska, więc wszyscy mieli ubaw. Na koniec powiedział głośno: teraz możecie zrozumieć, dlaczego Polacy tak wspaniale walczyli podczas wojny. Chłopaki dostały gromkie brawa. Pokolenia naszych rodziców i nasze miały dobrą reputację. Pamiętano o wysiłku Polaków.

W czasach pana dzieciństwa do Anglii zaczęli przybywać kolorowi imigranci z Karaibów.

Większe skutki miał napływ Hindusów pod koniec lat 60. Anglicy sprowadzali do kolonii dużo pracowników z Indii. Oni tworzyli ważny element klasy rządzącej – nauczyciele, urzędnicy. Gdy władzę w nowych państwach przejęły lokalne narody, przegnano stamtąd Hindusów, którzy zaczęli zasiedlać Wyspy Brytyjskie. To wywołało falę szowinizmu.

Z Leicester trafił pan na studia w Oksfordzie, to chyba nie było typowe?

Mój brat „Pers" był jednym z pierwszych Polaków w Oksfordzie. Przyjęło go Brasenose College. Matka powiedziała, że takie studia nie są dla nas, tylko dla arystokracji brytyjskiej. Nie okazało się to prawdą. Trafiłem tam dziewięć lat później.

Jakim cudem synów magazyniera stać było na Oksford?

Studia de facto były za darmo. Była zapomoga uzależniona od zarobków rodziców – im wyższe, tym niższa pomoc państwa. Mogłem studiować, ale nie stać mnie już było na restauracje i kluby.

David Cameron jest absolwentem pańskiego kolegium.

Studiował już w następnej dekadzie. Oczywiście dziś niektórzy wypominają Brasenose College, że wykształciło człowieka, który doprowadził do brexitu. Wolimy się więc chwalić, że Brasenose College skończył też William Webb Ellis, według legendy wynalazca gry w rugby. Na studiach nie utrzymywałem kontaktów z ludźmi ze sfer, do jakich należał Cameron. Mówię o chłopcach z internatów, czyli z public schools, które wcale nie są publiczne. Anglicy właśnie w nich kształcili kadry rządzące – uczęszczało do nich 7–10 proc. chłopców. Najlepsi szli do dyplomacji i administracji Imperium Brytyjskiego.

Pan synów nie posłał do public schools.

Ludzie spoza Anglii, zwłaszcza rosyjscy oligarchowie, oddają tam dzieci, uważając, że te szkoły dadzą im coś wyjątkowego. Mylą się. Te szkoły kształcą pewne maniery, ale głównie przydatne w dawnym brytyjskim systemie władzy. Poza nim nie dają nic, czego nie oferują dobre szkoły w innych krajach.

Boris Johnson jest po Eton i Oksfordzie i właśnie nie widać, by radził sobie lepiej od innych...

Właściwie, jak na polityka, który nieraz rażąco mijał się z prawdą, już pomijając jego burzliwe życie prywatne, daje sobie radę znakomicie. To można przypisać arogancji i pewności siebie wyrobionej przez system kształcenia establishmentu. Anglikom podoba się ekscentryzm i brak samokrytyki Johnsona.

Jacy byli ci młodzieńcy z Oksfordu, których pan spotkał?

Chodzili do lepszych restauracji i mieli swoje kluby, jak Bullingdon Club, do którego należeli i Cameron, i Johnson. Niektórzy co sobotę jeździli polować na lisy. Nas, „normalsów", nie ciągnęło do nich.

Źle was traktowali?

Nie, ale czuć było, że są bardziej przyzwyczajeni do swego towarzystwa. O tym, że podziałów formalnych nie było, świadczy to, że ja oraz kolega Nowiński, syn polskiego pilota, byliśmy w ósemce naszego kolegium w wioślarstwie, a ta dyscyplina to domena chłopaków z internatów. Byliśmy zgraną ekipą. Nowiński był szlakowym, ja siedziałem na dziobie. Żartowano, że nasza łódka to sześciu kolosów między dwoma biegunami, bo po angielsku „pole" to Polak, ale też biegun.

Ilu Polaków było wówczas w Oksfordzie?

Około 20. Mieliśmy koło polskie, do którego członków szukaliśmy przez spisy, w których publikowano nazwiska studentów. Jeśli wyglądało na polskie, zgłaszaliśmy się do delikwenta. Przyjmowano nas życzliwie, tylko raz pewien kolega odwarknął, że ma dość wciskania mu polskości przez gardło. Nie przeszkadzało mu to potem robić kariery w jednej z polskich organizacji. A w Cambridge mój znajomy, syn imigrantów, Piotr Fudakowski, później producent filmów edukacyjnych, wygrał wybory na prezesa elitarnego stowarzyszenia Cambridge Union. Co ciekawe, kampanię wyborczą prowadził w sukmanie krakowskiej. Może taki ekscentryzm spodobał się Wyspiarzom?

Anglicy mają wspaniałe uniwersytety, ale niezbyt cenią intelektualistów – jak to wytłumaczyć?

Anglia miała klasę rządzącą, ale nie miała warstwy inteligencji i nie ceni się tam środkowoeuropejskich inteligentów, którzy są emocjonalni i nad kawą albo wódką nawzajem się przekrzykują. Anglicy nie lubią, gdy ktoś narzuca się ze swoim zdaniem. W Brasenose College podczas kolacji dla absolwentów buczy się, gdy rektor czyta o sukcesach naukowych, i bije brawo, gdy słyszy się, że College spadł w rankingu. To jednak tylko ironia, humor. Antyintelektualizm bynajmniej nie znaczy, że nie ma inteligentów wśród Anglików. Brytyjscy dżentelmeni nie afiszują się z tym, co myślą. Dlatego niektórzy uważają ich za perfidnych, bo nie wiadomo, co im chodzi po głowie.

Nie trafił pan nigdy na ignoranta?

O jednym przypadku mogę powiedzieć. Prof. Vernon Bogdanor jest uznanym specjalistą od brytyjskiej konstytucji (która właściwie nie istnieje!), uczył też Camerona i chwalił go jako studenta. W moich czasach był dziekanem, i to srogim. Wlepił mi grzywnę za włażenie do kolegium przez ogrodzenie w nocy. Otóż pan Bogdanor, podczas dyskusji brexitowej, napisał w „Daily Telegraph", że młode kraje Unii, jak Polska czy Chorwacja, nie mają prawa pouczać Brytyjczyków, bo do XX w. w ogóle nie istniały! Ten człowiek chyba nigdy nie słyszał o nihil novi, o artykułach henrykowskich, o neminem captivabimus czy konstytucji z 1791 r. I to światowej sławy ekspert od konstytucji!

Po studiach trafił pan do londyńskiego City.

Jako aplikant na biegłego rewidenta w firmie Coopers, będącej dziś częścią składową PwC. Później zmieniałem pracę, albo w wyniku fuzji przechodziłem do innych firm. Jedna z nich skierowała mnie na początku lat 90. XX w. do Polski i tak spełniło się marzenie moich rodziców.

Wcześniej nie był pan w Polsce?

W 1976 r., żeby zagrać przeciwko jednej z pierwszych nad Wisłą drużyn rugby, i drugi raz w 1986 r. z ciężarówką leków. Dotarliśmy do Przemyśla. Był grudzień i okropnie zimno. Widziałem braki w sklepach i kolejki. Byłem wzruszony, ale nie wyobrażałem sobie, że będę tu mieszkał. A cztery lata później przyjechałem tu już pracować. Teraz dzielę życie między Londyn i Warszawę.

Wróćmy do City – tam pochodzenie nie miało znaczenia?

Bywali dobrze urodzeni, którzy zajmowali kierownicze stanowiska. Jeden z moich przełożonych całe ranki wydzwaniał do znajomych, żeby umówić się na lunch, potem jadł ten lunch przez dwie–trzy godziny i wracał do biura, żeby się zdrzemnąć. Ale muszę przyznać, że potrafił zasuwać, gdy naprawdę trzeba było. Miał w sobie taką arogancję i pewność siebie, które właśnie zdobywa się w public schools. Należał do wyższej klasy „powołanej" do rządzenia, kierowanie było dla niego naturalne. W mojej pierwszej firmie było nie do pomyślenia, żeby ktoś z niebrytyjskim nazwiskiem zajął wysoką pozycję. Jeden z kolegów zmienił nazwisko na angielskie, żeby łatwiej funkcjonować w społeczeństwie. Choć zdarzały się wyjątki – w tej samej firmie partnerem został Jugosłowianin, a ojciec Jacka Rostowskiego, rodem ze Lwowa, zrobił karierę w służbie kolonialnej. One jednak potwierdzały regułę. Zmiany zaczęły się dopiero w latach 80. XX w.

I dziś burmistrzem Londynu z wyboru mieszkańców jest Pakistańczyk.

Wciąż jest dużo „dobrze urodzonych" w administracji czy w pewnych spółkach, ale Whitehall nie funkcjonuje już jak dawniej. Na wysokie stanowiska są konkursy. Anglia jest wyspą, ale też się zmienia.

Jan Czerniawski (ur. 1952) jest absolwentem Brasenose College w Oksfordzie. Z wykształcenia matematyk, z zawodu biegły rewident. Wykłada m.in. finanse w Rosji, Kazachstanie, na Ukrainie i w Mongolii. Krewny Romana Czerniawskiego – polskiego i brytyjskiego superszpiega z czasów II wojny światowej

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA