fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Lewicki: Doktryna zimnej kalkulacji

Prezydenci Donald Trump i Andrzej Duda podczas konferencji na Zamku Królewskim w Warszawie w lipcu 2017 r. Od tamtej wizyty można mówić o zwiększeniu intensywności kontaktów wzajemnych między Polską i USA
Fotorzepa, Robert Gardziński
Wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w USA to dobra okazja, by powiedzieć, że wiele mocnych deklaracji, które padły przed wyborami, było elementem kampanii i już się nie powtórzy – pisze amerykanista.

Zbliża się termin wizyty prezydenta Andrzeja Dudy w USA, której centralnym punktem ma być spotkanie z Donaldem Trumpem. Nigdy w przeszłości nie mieliśmy do czynienia z tak intensywną sekwencją dwustronnych spotkań polsko-amerykańskich. Po wizycie amerykańskiego prezydenta w Warszawie 6 lipca 2017 r. i pamiętnym przemówieniu, jakie wówczas wygłosił, nastąpiła wizyta prezydenta Dudy w Waszyngtonie 18 września 2018, a jest jeszcze możliwy przyjazd Trumpa do Polski 1 września tego roku. Jeśli dodać do tego krótkie, ale istotne rozmowy przy okazji rozmaitych wydarzeń, można mówić o znaczącej intensywności kontaktów wzajemnych.

Bardzo znaczącej, gdyż prowadzącej do rozwiązania przynajmniej dwóch podstawowych obecnie problemów Polski: kwestii bezpieczeństwa militarnego i bezpieczeństwa energetycznego. Od lat 90. ubiegłego stulecia zabiegaliśmy w Waszyngtonie o obecność żołnierzy amerykańskich w Polsce, co ostatnio się spełniło, a epoka wykorzystywania przez Rosję dostaw ropy i gazu dla szantażowania Polski zdaje się dobiegać końca. W tej drugiej kwestii nic nam nie zagraża, gdyż Amerykanie będą nam sprzedawali surowce energetyczne bez względu na kontekst polityczny, zaś intensywność ich oporu przeciw powstaniu Nord Stream 2 wynika nie tyle z naszych argumentów, ile z wielostronnych nacisków państw Europy Zachodniej oraz amerykańskich geostrategów.

Zupełnie inaczej ma się jednak sprawa z obecnością wojsk amerykańskich w Polsce. Żołnierze US Army są u nas i z pewnością nagle z naszego kraju nie wyjadą. Rzecz jednak w tym, by było ich więcej, a przede wszystkim, by ich obecność miała charakter stały, dzięki czemu Kongres nie musiałby periodycznie zatwierdzać odpowiedniej pozycji w budżecie Pentagonu. Taka procedura może bowiem mieć charakter rutynowy – ale równie dobrze może się stać zakładnikiem walk międzypartyjnych w USA oraz sporów na linii Kongres–Biały Dom.

Bajki o wizach

Nie ulega wątpliwości, że obecność wojsk amerykańskich ma wielkie znaczenie dla Polski, ale nie tylko dla nas. Jest elementem strategii globalnej USA w kontekście nasilającej się konfrontacji z Rosją i z tego powodu kontynuacja tej obecności zdawała się niepodatna na jakiekolwiek naciski. Taką tezę sam głosiłem przy wielu okazjach, wskazując, że jest to zagadnienie zbyt istotne dla Białego Domu, by mogło ulec próbom jego storpedowania nawet przez najbardziej niesprzyjające nam czynniki. Ale ta pewność zaczyna ustępować obawom.

Żeby docenić rozmiar zagrożeń, należy przede wszystkim uwzględnić fakt, że władza prezydenta USA jest w znacznym stopniu ograniczona przez Kongres. Prezydent może skutecznie zablokować inicjatywy większości demokratycznej w Izbie Reprezentantów, ale prawdziwe jest także stwierdzenie odwrotne. Od czasu wyborów w 2018 r. Biały Dom i Izba Reprezentantów pozostają w permanentnym konflikcie, przybierającym coraz ostrzejsze formy. Jego ofiarą mogą padać wszelkie inicjatywy mogące przysporzyć popularności drugiej stronie. Dlatego między bajki włożyć można chociażby zapewnienia o zniesieniu wiz dla Polaków, co może uczynić tylko Kongres, ale co przypisałby sobie jako własną zasługę prezydent.

To jest jednak kwestia marginalna, którą kolejne polskie rządy i politycy podnoszą jako argument w takich czy innych wyborach. Warszawa intensywnie „goni króliczka", doskonale wiedząc, że nie uda się go złapać. Inaczej rzecz się ma z kwestią bezpieczeństwa i stałą obecnością wojsk amerykańskich w Polsce.

Nie odkładać na półkę

Na podstawie dostępnych informacji możemy śmiało założyć, że Donald Trump jest zwolennikiem tej koncepcji. Możemy też założyć, że sprzyja jej większość członków Senatu i Izby Reprezentantów, kierująca się w swym myśleniu i postępowaniu względami strategicznymi. Ale ten pozytywny obraz coraz silniej zakłóca czynnik pozornie dalece odległy od kwestii bezpieczeństwa, czyli kwestia rekompensat za mienie utracone przez ofiary Holokaustu.

Nie jest to sprawa nowa, gdyż pojawiła się we wczesnych latach 90. ubiegłego stulecia. Już wtedy zajmujący się tą problematyką politycy amerykańscy oraz przywódcy amerykańskich organizacji żydowskich mówili w rozmowach prywatnych, że doskonale rozumieją, iż Polska nie może spłacić byłym właścicielom lub ich potomkom wartości mienia, które zostało po wojnie przejęte przez państwo. Rozumieli też, że rekompensata należy się nie tylko Polakom pochodzenia żydowskiego, lecz wszystkim. Sugerowali w związku z tym, by uchwalić prawo, jednakowe dla wszystkich byłych właścicieli, przewidujące zwrot choćby niewielkiej części wartości utraconego mienia, i to nawet w wieloletnich obligacjach. Doskonale wiedzieli, i wyraźnie to artykułowali, że rozwiązanie takie zostanie skrytykowane przez zainteresowanych, ale po krótkim czasie protesty wygasną i kontrowersje znikną.

Przedstawiciele polskich władz zapewniali ze swej strony, że zajmą się tym problemem, po czym odkładali go na półkę. Sugerowali występowanie przez zainteresowanych na drogę sądową, co rzeczywiście dawało i daje efekty, tyle że jednostkowe, a nie systemowe. Niemniej przez ponad ćwierć wieku metoda dyplomatycznych uników dawała rezultaty. Aż do teraz.

Otóż ostatnio do akcji przystąpiły także amerykańskie organizacje żydowskie domagające się kierowania na ich konta rekompensat za mienie ofiar Holokaustu w sytuacji, gdy nie można ustalić spadkobierców. Są to organizacje świetnie zorganizowane, dysponujące poważnymi funduszami i kierujące się nie takimi czy innymi sentymentami, lecz zimną kalkulacją. Ewentualne płatności dokonane przez polski rząd miałyby sfinansować przedsięwzięcia podtrzymujące pamięć o Holokauście oraz wspomagające rodziny ofiar – o ile oczywiście coś by z tych kwot pozostało po pokryciu wydatków własnych i kosztów administracyjnych tych organizacji.

Roszczenia takie można skutecznie odeprzeć w oparciu o polskie prawo, które jednoznacznie wskazuje, że w takich sytuacjach spadek przechodzi na rzecz Skarbu Państwa. Niestety, najwyżsi przedstawiciele Polski nagle poczęli pryncypialnie deklarować, że o żadnych rekompensatach mowy być nie może ani dziś, ani nigdy.

To ogromny i potencjalnie bardzo niebezpieczny błąd. A jego siłę uderzeniową wzmacnia bezmyślne psucie relacji z Izraelem, który przecież nie wspierał pochodzących z USA roszczeń nowego typu i dbał o przyjaźń z Polską. I nagle ktoś postanowił zbić kapitał polityczny na „aferze" z rozemocjonowanym Izraelczykiem, który opluł samochód polskiego ambasadora. Głupio zrobił, ale żeby w takiej sprawie wypowiadał się w oficjalnym oświadczeniu prezydent państwa? Co w takim razie powinien czynić prezydent USA za każdym razem, gdy ktoś na świecie pali flagę amerykańską albo rzuca w ambasadę kamieniami? Wysłać bombowce?

I właśnie w kontekście tych wydarzeń pojawiła się niezwykle niebezpieczna inicjatywa członków Kongresu, którzy w formie na razie listu, ale w przyszłości być może rezolucji lub nawet ustawy, domagają się powiązania kwestii stacjonowania wojsk amerykańskich w Polsce z rozwiązaniem przez nas kwestii rekompensat za mienie ofiar Holokaustu. Jesteśmy na celowniku i nie mamy sprzymierzeńców. A w obecnym stanie silnych napięć między prezydentem Trumpem a Kongresem łatwo możemy utracić to, co dla nas najważniejsze.

To tylko kampania

Amerykanie doskonale rozumieją wymogi kampanii wyborczych i fakt, że w ich trakcie padają ostre deklaracje, do których nie należy przywiązywać specjalnej wagi. Wizyta prezydenta Dudy nastąpi po wyborach europejskich i jest kwestią absolutnie niezbędną, by zarówno kanałami nieformalnymi, jak i podczas rozmów dwustronnych wyraźnie zadeklarować, że wcześniejsze niefortunne wypowiedzi były jedynie hasłem kampanijnym. Co więcej, należy wyraźnie zapowiedzieć, że podobne teksty nie pojawią się podczas kolejnych wyborów – i dotrzymać tej obietnicy.

Pozostanie oczywiście kwestia samych rekompensat, którą również należy „zdjąć ze stołu" rozsądną ustawą, szanującą obowiązujące w Polsce prawo, uwzględniającą uzasadnione roszczenia i biorącą pod uwagę możliwości finansowe Polski. To trudne, ale przecież nie niemożliwe.

Tylko przy takich założeniach wizyta prezydenta Dudy ma sens i może nie zakończyć się fiaskiem czy nawet skandalem, choć na wyrozumiałość lobbystów i dziennikarzy amerykańskich nie ma co liczyć. Gdyby jednak stało się inaczej, gdybyśmy poszli na zderzenie czołowe z lobby żydowskim i Kongresem, jego efekt łatwo przewidzieć. Podobnie jak beneficjenta takiej katastrofy. Nawet jeśli Kreml jej nie zaprogramował, z pewnością powita ją z satysfakcją – której musimy go pozbawić.

Prof. Zbigniew Lewicki jest wykładowcą UKSW i przewodniczącym Rady Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA