Polskie Orły

Trudne losy polskich mundialowych legend

Zbigniew Boniek
Fotorzepa/Piotr
W życiorysach polskich bohaterów mundiali odbija się historia XX wieku: trudnych wyborów, tragicznych losów, niespełnionych ambicji, ale też otwierających się szans.

Kto z polskich piłkarzy przeszedł do historii mistrzostw świata? Kogo można nazwać bohaterem, bo jego osiągnięcia wyrastały ponad przeciętność? Takich graczy nie było wielu, chyba można ich policzyć na palcach jednej ręki. Ernest Wilimowski, Kazimierz Deyna, Grzegorz Lato, Zbigniew Boniek. Oni rozpalali wyobraźnię kibiców nie tylko polskich, ale też zagranicznych. O nich mówiło się nad Wisłą, ale ich dokonania były na tyle znaczące, że doceniali to także kibice zagraniczni. Nie zawsze i nie każdemu wszystko w życiu wychodziło tak dobrze jak na boisku.

Ernest Wilimowski grał w czasach, kiedy telewizja dopiero powstawała i nie zachowały się mecze z jego udziałem, ale starsi kibice, którzy oglądali go na boisku, nie mieli wątpliwości, że był najlepszy. Dryblował ze swobodą, jakiej w polskim futbolu tamtych czasów nie oglądano. Gdzie się tego nauczył? Podobno trenował w niezwykły sposób. Brał piłkę, szedł na plac, a tam już czekała na niego grupa wyrostków. Sam przeciw kilkunastu chłopakom. Aeby wbić im bramkę, musiał minąć wszystkich po kolei. Dzięki temu nauczył się znakomicie dryblować, zmieniać kierunek biegu, balansować. W polskiej lidze nie miał sobie równych. W 87 meczach dla Ruchu Hajduki Wielkie zdobył 117 bramek, a jego rekordu 10 goli ze starcia z Unionem-Touring Łódź chyba nie pobije już nikt.

Niemiecki trener Sepp Herberger do Strasbourga na mecz mistrzostw świata (1938) pojechał obejrzeć brazylijskich „czarodziejów", o których stylu gry krążyły legendy. Wrócił jednak oczarowany Wilimowskim, który wbił rywalom z Ameryki Południowej cztery bramki. To osiągnięcie pobił dopiero w 1994 roku Rosjanin Oleg Salenko, który Kamerunowi strzelił pięć goli.

Kto wie, jaką karierę Wilimowski by zrobił i co osiągnął na mistrzostwach świata w 1942 roku, gdyby nie wybuchła wojna. Byłby wtedy w najlepszym dla piłkarza wieku, miałby 26 lat.

Wilimowski mówił o sobie, że jest Górnoślązakiem, na Śląsku polskość i niemieckość się przenikały. Podobnie było w życiu młodego piłkarza. Ojca nie znał, wychowywała go matka. Na chrzcie dostał imiona Ernest Otto, a jego nazwisko brzmiało Pradella. Mówił i po polsku, i po niemiecku. Karierę zaczynał w klubie 1.FC Kattowitz, który był klubem niemieckim, ale wiele zmieniło się, gdy matka związała się z Romanem Wilimowskim, który był polskim patriotą i zwolennikiem przyłączenia Górnego Śląska do Polski.

Po ślubie Ernest przyjął nazwisko ojczyma, a w wieku 17 lat przeniósł się do Ruchu Hajduki Wielkie, który był klubem polskim. Strzelał gola za golem, pomógł zdobyć Ruchowi cztery tytuły mistrza Polski. Pewnie pomógłby zdobyć i piąty, ale sezon nie został dokończony z powodu wybuchu wojny.

W tym momencie zaczął się najbardziej dramatyczny rozdział w życiu Wilimowskiego. Jeszcze w sierpniu 1939 w barwach reprezentacji Polski strzelił trzy gole wicemistrzom świata Węgrom, a niedługo po zajęciu Górnego Śląska został wpisany na niemiecką listę narodowościową i wyjechał do Saksonii. Już to mogło być uznane za zdradę, Wilimowski grał w miejscowych klubach, a w barwach TSV 1860 Monachium zdobył nawet Puchar Niemiec (w finale strzelił gola).

Później poszedł krok dalej i zdecydował się na grę w reprezentacji III Rzeszy. Czemu tak się stało? Podobno chodziło o to, że jego matka została wywieziona do obozu w Mysłowicach. Została zwolniona dzięki staraniom Hermana Grafa, gwiazdy niemieckiego lotnictwa wojskowego, ale za cenę "transferu" Wilimowskiego do niemieckiej kadry. W okupowanej Polsce jego decyzja została jednak odebrana jako zdrada, tym bardziej, że chodził po ulicach w niemieckim mundurze.

Po wojnie został w Niemczech, a w PRL został wymazany z historii futbolu. Kazimierz Górski wspominał, że w 1974 roku, podczas mundialu Wilimowski zaczepił go i próbował wytłumaczyć swoje wybory. Wielki polski trener potraktował go uprzejmie, ale z dystansem. Może bał się kręcących się wokół kadry agentów Służby Bezpieczeństwa, może sam nie wybaczył wielkiemu piłkarzowi jego decyzji? A może, jak powiedział Wilimowskiemu, był już skoncentrowany na zadaniu, które miał wykonać?

Za chwilę w drużynie Górskiego miały się objawić dwie gwiazdy, które poprowadziły reprezentację Polski do trzeciego miejsca na świecie. Kazimierz Deyna na mistrzostwach świata 1974 roku nie był już młodzieńcem. Miał 27 lat i za sobą wiele sezonów gry w Legii Warszawa, a nawet złoty medal igrzysk olimpijskich w Monachium w 1972 roku.

W normalnych czasach zapewne zrobiłby międzynarodową karierę, wyjechał na Zachód, zarobił wielkie pieniądze i dziś, być może, spotykałby się w loży z Franzem Beckenbauerem podczas najważniejszych wydarzeń piłkarskich na świecie. W PRL nie miał na to szans. Po rozegraniu zaledwie jednego meczu ligowego w barwach ŁKS Łódź został powołany do wojska i przeniósł się do Legii Warszawa. W tym klubie stał się legendą, zdobywał mistrzostwa Polski, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że mógł zdziałać więcej. Przychodziły oferty z różnych klubów, podobno pytał o Deynę Real Madryt, ale oficer Ludowego Wojska Polskiego nie mógł przecież wyjechać na Zachód.

Udało mu się dopiero w 1978, po mistrzostwach świata w Argentynie (ten turniej nie był szczęśliwy dla Deyny, nie wykorzystał bardzo ważnego rzutu karnego w meczu z gospodarzami). Trafił do Manchesteru City, ale w lidze angielskiej, siłowej i wymagającej fizycznie nie potrafił się odnaleźć. Bywał ustawiany na środku ataku, a nawet na skrzydle, a przecież nigdy nie był szybki jak wiatr. Czarował, gdy grał w środku pola i mógł dogrywać piłki kolegom. Anglicy najwyraźniej tego nie rozumieli.

Kto wie, jak potoczyłyby się jego losy, gdyby doczekał wolnej Polski? Po wyjeździe do USA grał w lidze halowej, w lidze NASL. Marzył o powrocie do kraju i założeniu szkółki piłkarskiej. Może dostałby jakąś propozycję pracy w strukturach PZPN? Niestety, zginął w wypadku samochodowym na autostradzie. Miał już wtedy poważne kłopoty. Człowiek, któremu zaufał wykorzystał to, że miał dostęp do jego kont bankowych i ukradł Deynie kilkaset tysięcy dolarów. Do tego doszły kłopoty rodzinne. Został pochowany na cmentarzu w San Diego. W 2012 roku jego prochy sprowadzono do Polski.

Kiedy Deyna schodził ze sceny, wchodził na nią inny wielki gracz. Zbigniew Boniek pojechał na mundial do Argentyny, ale naprawdę rozbłysnął cztery lata później w Hiszpanii (1982), gdzie grał świetnie i mocno przyczynił się do tego, że Polska zajęła trzecie miejsce.

Bońkowi nikt nie robił przeszkód w wyjeździe na Zachód, choć miał dopiero 26 lat. Wybrał Juventus, którego wcześniej, jeszcze w barwach Widzewa, pomógł wyeliminować w 1/16 finału Pucharu UEFA. Po transferze do Włoch stał się prawdziwą gwiazdą, błyszczał w najważniejszych meczach. Zdobył z Juventusem Puchar Mistrzów, w pamiętnym, tragicznym finale na stadionie Heysel.

Marzył o wyjeździe na Zachód, jak wielu Polaków, wykorzystał swoją szansę, nie utonął tam i nie zagubił się. We Włoszech w dalszym ciągu jest ceniony. Nie wyszło mu tylko jako trenerowi: prowadzone przez niego Lecce oraz Bari spadły do Serie B, a z posady selekcjonera reprezentacji Polski zrezygnował po pięciu meczach.

Prezesem PZPN jest od 2012 roku (zastąpił na tym stanowisku Grzegorza Latę). Sytuacja finansowa i organizacyjna związku za jego kadencji znacznie się poprawiła, reprezentacja osiąga dobre wyniki. To on wybrał Adama Nawałkę, którego znał jeszcze z reprezentacji (obaj byli na mundialu w Argentynie) i z którym łączy go miłość do Włoch. Teraz jak prezes PZPN pojedzie na mundial do Rosji. Czy zobaczy tam narodziny kolejnej polskiej legendy mistrzostw świata?

Źródło: rp.pl

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL