fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jan Maciejewski: Nostalgia nieuleczalna

Fotorzepa, Robert Gardziński
Wszystko zaczęło się od szwajcarskich najemników – zaczęli niezdrowo chudnąć i przestali patrzeć sobie nawzajem w oczy. Ich szeregi dziesiątkowała anoreksja oraz, mniej lub bardziej udane, próby samobójcze. Doktor Johannes Hofer nazwał tę zarazę nostalgią, tęsknotą do rodzinnego domu.

Był XVII wiek i jeszcze przez co najmniej dwa stulecia miał to być problem w zasadzie wyłącznie wojskowych. Dowódców, którzy nie mogli dopuścić, by ich wojska pokonał niewidzialny wróg, zanim spróbuje to zrobić przeciwnik z krwi i kości.

Tamta nostalgia była chorobą stosunkowo łatwo uleczalną. Wystarczyło przebyć kilkaset kilometrów, poczuć zapach domu, zobaczyć twarze bliskich, a objawy mijały. Dużo groźniejsza jest jej współczesna mutacja, tęsknotą za przeszłością, rzeczami, które minęły i już nie wrócą. Być nostalgikiem oznacza nie czuć się u siebie. Kiedyś w miejscu, teraz w czasie. Tyle tylko, że tego drugiego bólu nie da się wyleczyć, można go tylko uśmierzać.

O obu tych nostalgiach jest „Zimna wojna" Pawła Pawlikowskiego. Prosta historia o kochankach, którzy nie mogą znaleźć sobie miejsca. Niezależnie od tego, czy są razem, czy osobno, czy po zachodniej, czy wschodniej stronie żelaznej kurtyny, nie mogą przestać się wiercić, poczuć u siebie. Ich choroba okazuje się nieuleczalna. Dlatego, jak niektórzy ze szwajcarskich najemników, popełniają samobójstwo.

Ale nieuleczalna jest też choroba, na którą zapadł ten film. Dręczy go nostalgia za wielkim kinem przeszłości: Wajdą, Hasem, Michałkowem, Tarkowskim. Jest to schorzenie, które objawia się nałogiem cytowania i nawiązywania do obrazów sprzed dekad. Film Pawlikowskiego mruga do widza okiem z częstotliwością nerwowego tiku. Nie daje mu odpocząć, nie pozwala zwyczajnie śledzić fabuły, a zamiast tego kolejnymi scenami odpytuje go z wiedzy o kinie. A im dalej, tym gorzej, pod koniec filmu fabuła zaczyna się naginać tylko po to, by zrobić miejsce dla kolejnych cytatów. Bo „Zimna wojna" nie tylko opowiada o tęsknocie, ale sama jest filmem tęskniącym. I to nieuleczalnie.

W tle napisów końcowych pojawiają się „Wariacje Goldbergowskie" Jana Sebastiana Bacha w wykonaniu Glenna Goulda. Film, którego muzyka jest drugą fabułą, równolegle prowadzoną opowieścią, w którym dźwięki mówią to, czego nie są w stanie wydusić z siebie jego bohaterowie, kończy się właśnie tym utworem w tym wykonaniu. Utworem, który nijak się ma do wszystkiego, czym brzmiała dotąd „Zimna wojna" – muzyką źródeł, kiczowatym folklorem, jazzem, PRL-owskim popem. O co tu w ogóle chodzi?

Gould nigdy nie nagrywał żadnego utworu więcej niż raz. Wyjątek zrobił tylko dla „Wariacji Goldbergowskich". To nimi przedstawił się światu w 1955 roku. Były domem, z którego wyruszył w daleką podróż i do którego powrócił na chwilę przed śmiercią, w 1981 roku. Konstrukcja tego cyklu zawiesza go w czasie – zaczyna się arią, dalej jest kilkadziesiąt wariacji na jej temat, a wszystko kończy się arią da capo, co do nuty jednakową z tą z początku. Bach oszukał czas; wszystkie zmiany, modulacje, przetworzenia, cała jego kunsztowna muzyczna robota jest zwieńczona... punktem wyjścia.

Ale Gould świadomie zburzył całą tę harmonijną konstrukcję. W wykonaniu z 1981 roku – tym, które brzmi w tle napisów końcowych „Zimnej wojny" – zagrał końcową arię inaczej niż początkową. Zmienił w niej tylko jedną nutę, ale ten drobny gest wystarczył. Wariacje nie wróciły do punktu wyjścia, poddały się upływowi czasu, przeminęły. Tym razem kropka była kropką końcową. Gould nie walczył z czasem, oddał mu sprawiedliwość. Kilka miesięcy później nie żył; na jego grobie wyryte są pierwsze takty „Wariacji Goldbergowskich".

„Zimna wojna" tęskni konsekwentnie, aż do ostatnich napisów końcowych.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA