fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Seriale produkowane w Polsce też mogą być ambitne

„Pakt” to opowieść o dziennikarzu śledczym tropiącym aferę, w którą wplątany jest świat wielkiego biznesu i polityki.
materiały HBO i Canal Plus
HBO Polska niedawno porwał widzów dwoma sezonami „Paktu", a na jesień zapowiada emisję drugiego sezonu „Watahy" i mocnego „Ślepnąc od świateł". Canal+ szykuje drugą część „Belfra", trwają prace nad serialami na motywach prozy Twardocha i Severskiego.

Na dużych ekranach kurczy się dziś oferta kina środka – tego, które przeżywało boom w latach 70. – inteligentnego i profesjonalnie robionego. Nawet renomowani reżyserzy skarżą się, że powstają albo kręcone w wielkich wytwórniach blockbustery za 150 mln dolarów, albo produkcje niezależne realizowane za minimalne pieniądze. Wielu twórców ucieka więc do telewizji. Są wśród nich sławy: Steven Soderbergh, Martin Scorsese, Jane Campion, Agnieszka Holland, Todd Haynes czy David Fincher. Ambitne stacje, zwłaszcza te premium, nieemitujące reklam, lecz przyciągające abonentów ciekawą ofertą programową, proponują sztukę na wysokim poziomie. Udowadniają, że rozrywka w telewizji drugiej dekady XXI wieku to nie tylko idiotyczne reality show i programy „jak oni gotują, sprzątają albo szukają przed kamerami partnerów".

Uciec od dyktatu oglądalności

W Polsce telewizje otwarte przyciągają miliony widzów głównie telenowelami. Czasem zresztą z wielkim powodzeniem: odcinki „M jak miłość", emitowane w TVP 2, potrafi oglądać po 7–10 mln widzów. A klasyczne seriale? Też powstają. Przed rokiem TVP, szukając ciekawych pomysłów, przeprowadziła nawet konkurs i wybrała spośród zgłoszonych projektów te, które będzie wspierać. Są wśród nich seriale historyczne, kryminalne, obyczajowe, ale też nowe pomysły na telenowele czy sitcom komediowy. Ale, podobnie jak dzieje się to na Zachodzie, w ambitnych produkcjach specjalizują się u nas telewizje premium. Płatne kanały, takie jak HBO czy Canal+, nie próbując walczyć o oglądalność, mogą sobie pozwolić na dotarcie do dużo węższej grupy odbiorców, gotowych zapłacić za bardziej wysublimowany produkt.

– Telewizje otwarte są uzależnione od wpływów z reklam. Ich seriale muszą więc być emitowane w godzinach najwyższej oglądalności i powtarzane w ciągu dnia, żeby zebrać pieniądze z reklam. Canal+, będąc kanałem premium, może sobie pozwolić na seriale mocniejsze, trudniejsze, czasem nawet bardziej kontrowersyjne. Nasz widz oczekuje po prostu innych seriali, takich, jakich nie może zobaczyć w innych stacjach – mówi Anna Limbach-Uryn, dyrektor programowa platformy NC+, nadawcy Canal+.

– Mamy podobną strategię w Ameryce, Azji i Europie – podkreśla Antony Root, szef produkcji HBO na Starym Kontynencie. – Chcemy zaoferować naszym subskrybentom coś, czego inni im nie dają. – Wybierając projekty w Polsce staramy się kierować tą samą strategią – dodaje Izabela Łopuch, szefowa działu produkcji oryginalnej w polskiej HBO. – Na rynku ukształtowanym przez duże stacje komercyjne i telewizję publiczną, mamy swoją przestrzeń. Jeśli widzowie płacą za dostęp do naszego programu, musimy im dać produkt, który ich do nas przekona.

HBO i Canal Plus przybywa jednak rywali. Rękawicę rzuciły im globalne telewizyjne platformy internetowe – Amazon, Netflix czy Hulu.

W Stanach Zjednoczonych HBO zaczęło produkować seriale od 1983 roku. Sukcesy nadeszły szybko. W ciągu kilku dekad HBO zdobyło rekordowe 150 nagród Emmy. Wśród ostatnio nagrodzonych są m.in. „Gra o tron", „Detektyw", „Dziewczyny", furorę robią „Małe kłamstewka", HBO ma na swoim koncie też ponad 50 Złotych Globów i Oscarów.

W ślad za Ameryką poszła Europa. – W HBO Europe postawiliśmy na produkcję lokalną, a propozycje, które przygotowujemy w zależności od regionu są bardzo różne – mówi Root, podkreślając, że wszędzie chce szukać tematów ważnych, aktualnych. Takich tematów sporo dostarcza Europa Środkowa i Wschodnia, ze swoją trudną XX-wieczną historią i czasem przeobrażeń transformacyjnych.

Na Węgrzech dużą popularnością cieszył się na przykład oparty na fińskim formacie serial „Złote życie", historia rodziny przeżartej przez przestępstwo.

– Myślę, że ten cykl pokazał widzom, na jakie kompromisy z samym sobą trzeba czasem iść, żyjąc dziś na Węgrzech. Zagraniczny format przemówił tu własnym głosem – komentuje Root.

W Czechach ważnym projektem okazał się oryginalny „Gorejący krzew" zrealizowany przez Agnieszkę Holland – dramatyczna opowieść o autentycznych wydarzeniach z 1969 roku, gdy po inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację na znak protestu młody student Jan Palach popełnił samobójstwo, podpalając się na praskim placu Wacława.

Francuski Canal+ działa od 1984 roku. Od 1989 zaczęły powstawać zagraniczne filie. W 1994 roku dołączyła do nich Polska. Dziś działa tu jedyna europejska filia, inne są głównie we francuskojęzycznych krajach Afryki.

Opowieść jest najważniejsza

Niezależnie od gatunku, zawsze interesuje nas przede wszystkim opowieść o człowieku. Myślę, że takim sygnałem był już pierwszy nasz serial – „Bez tajemnic" – mówi Izabela Łopuch z HBO.

„Bez tajemnic" było formatem izraelskim, z powodzeniem przeniesionym do Stanów, gdzie w głównej roli wystąpił Gabriel Byrne. W Polsce cykl doczekał się trzech sezonów. W każdym z nich widzowie mogli śledzić innych bohaterów – ich kolejne wizyty u psychoterapeuty, zmagania ze sobą, z rodziną, z przeciwnościami losu.

– Dotknęliśmy tematu niełatwego, zwłaszcza w Polsce, gdzie chodzenie na psychoterapię wciąż nie jest popularne – mówi Izabela Łopuch. – Spróbowaliśmy filmowym językiem pokazać, że najcenniejsza relacja, jaką może mieć każdy człowiek, to ta z sobą samym, niełatwa, wymagająca dużej odwagi, ale bardzo wartościowa, nawet jeśli bolesna.

Dwa pierwsze sezony były adaptacją wątków zagranicznych, trzeci powstał już na podstawie oryginalnego polskiego scenariusza. Za kamerą stanęli najwybitniejsi polscy reżyserzy kilku pokoleń m.in. Agnieszka Holland, Wojciech Smarzowski, Marek Lechki, Anna Kazejak, Bartek Konopka i Jacek Borcuch. Przed kamerą – świetni aktorzy z Jerzym Radziwiłowiczem i Krystyną Jandą na czele.

Potem przyszły dwa cykle kryminalne. Też z wysokiej półki. Żadne tam „zabili go, a on uciekł". Polska telewizja, podobnie zresztą jak kinematografia, nie miała nigdy szczęścia do gatunków. Choć wyjątki były. Popularny serial kryminalny pojawił się na polskim rynku jeszcze w latach 70., gdy Krzysztof Szmagier ożywił porucznika Borewicza, kiepsko przystającego do wzorów PRL-owskiego milicjanta. Po transformacji, w latach 90., Wojciech Wójcik zrealizował świetną „Ekstradycję" – o zapitym, mającym mnóstwo życiowych problemów komisarzu Halskim. Do naszej klasyki gatunku wszedł też „Glina" Władysława Pasikowskiego. W sumie niewiele tych jaskółek.

Jednak w ostatnich latach, gdy w Polsce pojawiło się mało dotąd popularne kino gatunkowe, rozkwitł również serial kryminalny. I duża w tym zasługa telewizji płatnych – np. „Watahy" i „Paktu", które zrealizowało HBO.

Pierwszy z tych seriali to historia oficera Straży Granicznej, który w zamachu bombowym stracił wszystkich bliskich mu ludzi – przyjaciół i ukochaną kobietę. Próbuje dociec, kto za tym zamachem stał. Tym bardziej że jako jedyny przeżył, co automatycznie sprawiło, że stał się głównym podejrzanym.

„Pakt" był opowieścią o dziennikarzu śledczym, który wpada na trop afery mającej swoje korzenie w pierwszych latach po transformacji ustrojowej. To skandal, w który wplątany jest świat wielkiego biznesu i polityki.

– Czuliśmy, że sześcioodcinkowa „Wataha" ma wciągającą, wartką akcję, ale też mieliśmy wrażenie, że nikt dotąd w serialu nie zabrał polskich widzów w magiczny świat Bieszczadów – tłumaczy Antony Root. – „Pakt" z kolei to dobry thriller kryminalny. Spróbowaliśmy zbudować oryginalną opowieść o tym, co zdarzyło się po transformacji ustrojowej w Polsce. Chcieliśmy opowiedzieć o pokoleniu wchodzącym w dorosłe życie po 1989 roku. O ludziach, którzy po raz pierwszy doświadczyli wolności, ale też musieli na własnej skórze odczuć, czym jest dziki wschodni kapitalizm.

Premierowy, dostępny w otwartym oknie odcinek „Watahy" miał milion widzów – dla stacji płatnej znakomity wynik. To pierwszy z seriali na polskiej antenie HBO, który trzykrotnie przekroczył wynik oglądalności kultowej amerykańskiej „Gry o tron".

– Oba te seriale zbudowały znakomity klimat i podniosły poziom oczekiwań wobec drugiego sezonu – mówi Izabela Łopuch.

„Pakt 2" nie zawiódł tych oczekiwań. To była „political fiction", gdzie afera seksualna ujawniona przez dziennikarza wywołuje lawinę, mogącą doprowadzić do upadku rządu. I znów – za kamerą stanęli świetni reżyserzy – w pierwszym sezonie Marek Lechki, w drugim – Leszek Dawid. Autorem zdjęć do obu cykli był Paweł Flis, a w roli głównej wystąpił jeden z czołowych polskich aktorów, Marcin Dorociński.

Kontynuowana jest również „Wataha". Zdjęcia powstały oczywiście w Bieszczadach, pierwszy sezon realizowali Kasia Adamik i Michał Gazda. W drugiej razem z Adamik tworzył go Jan P. Matuszyński.

W HBO trwają też prace nad miniserialem „Ślepnąc od świateł" według prozy Jakuba Żulczyka. Autor „Hardkor Disko" Krzysztof Skonieczny opowie o sześciu dniach z życia dilera kokainy tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Mocna, chwilami brutalna opowieść o ludziach zagubionych w świecie pozbawionym wartości. Zrozumienie, że żyją w kłamstwie, daje im szansę dokopania się do prawdy o sobie. To temat, który zapewne nie przeszedłby w żadnej publicznej ani komercyjnej stacji.

Dużą wagę do seriali przywiązuje się też w Canal+. – Skupiamy się oczywiście na seriach krótkich, między 8 a 13 odcinków, które ogląda się jak filmy podzielone na części – mówi Anna Lambach-Uryn z NC+.

„Belfer" nakręcony według oryginalnego scenariusza Jakuba Żulczyka i Moniki Powalisz przez Łukasza Palkowskiego to kino kryminalne mocno osadzone w kontekstach społecznych. W małym, prowincjonalnym mieście zostaje zamordowana licealistka. Prywatne śledztwo zaczyna prowadzić nauczyciel, który przyjechał do Dobrowic z Warszawy. Każdy odcinek zdaje się przynosić innego podejrzanego, w każdym jednak są kolejne zaskoczenia. A przy okazji twórcy kreślą klimat współczesnej polskiej prowincji, nierzadko mrocznej i skorumpowanej.

To był najpopularniejszy, jak dotąd, serial w historii polskiego Canal+. Średnia oglądalność dziesięciu odcinków premierowych wyniosła po ok. 370 tysięcy widzów, a ostatni odcinek obejrzało ponad pół miliona widzów. Kolejne 600 tys. widzów widziało go za pośrednictwem platformy Canal+ VoD.

Dobry scenariusz na wagę złota

Pytam szefową produkcji HBO, jak wybierane są w jej firmie projekty. – To jakiś mit, że napływa do nas po pięć propozycji dziennie – odpowiada Izabela Łopuch. – Nasz rynek scenariuszowy nie jest specjalnie bogaty. Na początku rzeczywiście dostawaliśmy dużo tekstów. Teraz znacznie mniej – myślę, że filmowcy czują już, co do nas pasuje, a co nie. Jeśli ktoś mi powie: „Jednocześnie złożyłem ofertę w innej stacji", to zaczynam być ostrożna. Bo nam odpowiadają odmienne projekty niż Polsatowi czy TVN. Mamy trochę inną widownię i inny sposób komunikowania się z nią. HBO lubi współpracować z twórcami młodymi. W Czechach interesujący scenariusz „Gorejącego krzewu" napisał 25-letni Stepan Hulik, a producentami wykonawczymi byli jego rówieśnicy, młodzi ludzie, nie pamiętający końca lat 60. Ostatnio powstał tam znakomity serial „Pustkowie", również oparty na tekście Hulika – tym razem jest to opowieść o życiu w małym miasteczku na pograniczu czesko-polskim w 2016 roku.

Jakub Szurmiej, dyrektor kanałów filmowych w NC+ zapewnia, że jego firma jest otwarta na różne pomysły.

– Mamy w swojej „fabryce" projekty historyczne, na przykład przygotowywany przez nas serial na podstawie „Króla" Stefana Twardocha to końcówka lat 30. – mówi. – Kupiliśmy też prawa do adaptacji szpiegowskich opowieści Vincenta Severskiego.

Szurmiej przyznaje, że trafia do niego sporo scenariuszy. Ale niewiele takich, które spełniają wymagania: są rodzajem filmu fabularnego pociętego na części, z wartką akcją, od której nie można się oderwać, żeby pójść do kuchni i zrobić sobie herbatę.

– Dlatego sami też wychodzimy z konkretnymi pomysłami, dla których szukamy producentów wykonawczych – mówi Szurmiej. – Przykładem jest właśnie „Król". Postanowiliśmy też wspomóc pisanie scenariuszy na polskim rynku i razem ze szkołą Wajdy stworzyliśmy Canal+ Series Lab. Pracujemy tam nad czterema projektami. Zgłaszają się do nas producenci kreatywni i scenarzyści. Często brakuje im doświadczenia, dlatego razem ze szkołą organizujemy warsztaty. Chcemy pokazać jak to wygląda na świecie, jak pisze się dialogi, buduje postacie i konstruuje akcję.

Na pierwszy konkurs napłynęło 97 kilkustronicowych propozycji. Część od razu stacji nie odpowiadała. Ale, jak twierdzi Szurmiej, finałowa dziesiątka prezentowała się ciekawie i decyzja, co wybrać, nie była łatwa.

– Nie chcieliśmy mieć samych seriali sensacyjnych, kryminalnych czy wyłącznie komedii – opowiada. – Dlatego zdecydowaliśmy się postawić na cztery różne gatunki. Wszystkie mają szansę zaistnieć na antenie. Nie chcę, by to zabrzmiało buńczucznie, ale myślę, że ten projekt jest w Polsce pierwszą taką próbą pracy nad serialowymi scenariuszami w kreatywnych grupach. W poszczególnych zespołach są po dwie osoby piszące oraz script doctorzy i researcherzy. Spotykamy się z nimi. Reagujemy na wszelkie kłopoty, pomagamy, rozmawiamy.

Firma jest również patronem Canal+ScriptPro i Canal+Serial Con.

To nie są wyścigi

Moi rozmówcy zgodnie podkreślają, że liczy się dla nich profesjonalizm i perfekcja. – Chcemy oferować widzom dopracowane produkty, więc naszą podstawową zasadą jest brak pośpiechu – mówi Anna Limbach-Uryn. – Widzowie są wymagający. Nie możemy ich rozczarować czymś, co jest realizowane szybko i byle jak.

– Zwracamy ogromną uwagę na jakość – przyznaje Izabela Łopuch. – Długo pracujemy nad scenariuszami. Nie ruszamy ze zdjęciami dopóki nie uznamy, że projekt nie jest dopracowany. Nasza uczciwość polega też na tym, że jeśli potrzeba na coś dziesięciu dni zdjęciowych, nie mówimy reżyserowi, że ma cztery. I towarzyszymy filmowcom na każdym etapie. Ludzie którzy do nas przychodzą wiedzą, że poza pieniędzmi i anteną dajemy też siebie. I przy fabule, i przy dokumencie, i przy serialu.

W obu firmach słyszę też, że promocja filmów i seriali to przede wszystkim budowanie marki. – To ona jest właśnie najcenniejszą rzeczą, jaką mamy. Ludzie zapamiętują, że jest taka stacja, która nie dość, że oferuje dostęp do hitów filmowych prosto z kina, to jeszcze opowiada historie, które ich interesują, a nie znajdą ich nigdzie indziej – mówi szefowa PR w HBO Agnieszka Niburska.

Dlatego ich akcje promocyjne nie ograniczają się do ogłoszeń w prasie. Czasem przybierają raczej formę kampanii społecznych. HBO od ponad dziesięciu lat produkuje i promuje dokumenty, które w stacjach komercyjnych są najczęściej traktowane po macoszemu, jako produkt nie skierowany do szerokiej publiczności i nie generujący wpływów z reklam. HBO przy różnych okazjach potrafi włączyć się do obchodów światowego dnia autyzmu, zorganizować dyskusję o roli sportu w życiu człowieka, nakręcić hiphopowy teledysk, żeby z „Gorejącym krzewem" Holland dotrzeć do młodzieży.

Z okazji emisji „Bez tajemnic" zorganizowane zostały spotkania z psychoterapeutami, przy „Pakcie" – międzynarodowa konferencja o dziennikarstwie śledczym, przy „Watasze" – akcja „Magiczne Bieszczady".

I jeszcze coś: między telewizjami premium nie ma zaciętej konkurencji. W czasie rozmowy w Canal+ Anna Limbach-Uryn pokazuje mi w telefonie zdjęcia wielkiego tortu z gratulacjami od HBO.

– W naszym interesie jest, by nie tylko HBO, lecz również stacje takie jak Canal+ czy AXN produkowały jak najwięcej – uważa Izabela Łopuch. – Tylko w ten sposób może na małym ekranie narodzić się nowy sposób serialowej narracji. Cieszy mnie sukces „Belfra", bo to działa in plus dla nas wszystkich. Ludzie się przyzwyczajają, że można opowiadać trochę inaczej niż w telenowelach i serialach proponowanych przez stacje otwarte. Proces budowania świadomości u scenarzystów, reżyserów, a przede wszystkim widzów następuje wolno, ale też jest bardzo ważny.

A Netflix? Amazon? Streaming? Dystrybucja na żądanie? – Obserwujemy to zjawisko – mówi Jakub Szurmiej. – Na razie telewizję Polacy oglądają kilka godzin dziennie i ostatnio czas spędzony przez polskiego widza przed telewizorem rośnie z roku na roku. Serwisom VoD poświęcają zdecydowanie mniej czasu, ale jesteśmy świadomi, że z biegiem lat będzie się to zmieniać.

A jest się czego obawiać. Woody Allen nakręcił serial dla Amazona. W tegorocznym głównym konkursie canneńskim znalazły się dwa filmy – Noaha Baumbaha i Bonga Joona Ho – wyprodukowane przez Netflix. Choć mają one nie wejść do dystrybucji kinowej, dyrekcja festiwalu pozostawiła je w wyścigu do Złotej Palmy, ale wydała oświadczenie, że od roku 2018 do konkursu będą kwalifikowane tylko filmy kinowe.

Polski Showmax – zachęcony wielkim sukcesem „Ucha Prezesa" już produkuje film „Botoks. Kobiety rządzą światem" i zapowiada kolejne tytuły, a także seriale. Netflix chce wyprodukować serial o Wiedźminie oparty na prozie Andrzeja Sapkowskiego. Na rynku pojawił się bardzo ważny gracz, do którego może należeć przyszłość. Choć z drugiej strony – telewizja nigdy nie zabiła kina. I VoD zapewne nie zabije dobrej telewizji, oferującej interesujące, artystyczne produkcje.

Więc kiedy pytam o marzenia, w Canal+ słyszę:

– Dążymy do tego, by produkować dwa seriale rocznie. Na jesień i wiosnę. I około dziesięciu koprodukcji filmowych.

A w HBO:

– Chcielibyśmy w ciągu najbliższych trzech lat stworzyć oryginalny polski serial, z którym mocno wyjdziemy za granicę. To by znaczyło, że udałoby nam się połączyć wartość lokalną z uniwersalną.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA