fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Bogusław Chrabota: Szukając zagubionej duchowości

Fotorzepa
O ile do czasów oświecenia literatura powstawała głównie na chwałę Boga, w końcu XVIII i XIX wieku – przynajmniej w części – przeciw Bogu, o tyle literatura kolejnej epoki – aż do dziś – zajmuje się przede wszystkim szukaniem Boga.

Jak w klasycznym wzorcu heglowskim coś, co było oczywiste, przeszło w swoje zaprzeczenie, by stworzyć nową jakość. A tak naprawdę antyjakość, czyli okraszoną nostalgicznym żalem pustkę.

Przyznam się, że epatowanie tym żalem, tą utraconą pewnością, przechodzące w histerię peregrynacje w poszukiwaniu duchowości to najbardziej obsesyjny i nudny lejtmotyw współczesnej literatury. Mam go szczerze dość. Ów żałosny freudyzm, który szuka metafizyki w kompleksie Edypa, i jego intelektualne potomstwo, które wychodząc od Millera, przez Rotha, po zupełnie już bezradnego Houellebecqa dokonuje całopalenia na ołtarzu biologizmu, nie tyle próbuje zdekonstruować człowieka, ile zastyga w zbiorowym geście bezradności.

Jak sobie z tym wszystkim poradzić, wybrzmiewa główne pytanie pisarzy i poetów, kiedy sami zamykamy się w skorupie poznania? Wykreśliliśmy z naszych kajetów Boga. Jak nigdy mamy świadomość nieprzejrzystości fizyki i ograniczoności ludzkiego umysłu. Nie wiemy, ani co jest w nas samych, ani jak jest ułożony wszechświat. Strzaskaliśmy szybkę busoli, wyrwaliśmy i wyrzuciliśmy w cholerę jej igłę magnetyczną i tkwimy w bezruchu. Pycha nie pozwala wrócić do sprawdzonych schematów, a nowych brak. Kręcimy się więc w kółko, otumanieni seksem, skażeni chorobliwym hedonizmem, przytępieni alkoholem. Ktoś krzyczy: Era Wodnika!!! I cały ten świat rusza pędem w nadziei na odnalezienie nowej inspiracji.

Era Wodnika trwa dekadę, po której houellebecqowski Bruno Clement zamyka się z szpitalu dla psychicznie chorych, a jego brat Michel Dzierżyński wpycha ludzkość na ścieżkę dzieworództwa. Oto kapitalne ilustracje ślepych zaułków, w które trafiamy, idąc ścieżką beznadziei. Czy ta choroba kiedyś minie? Wspomniany wyżej rozczochrany prorok z Reunion kpi sobie z nas siarczyście w „Uległości" wpychając młodszego brata rodzeństwa z „Cząstek elementarnych" w objęcia islamu.

Na dodatek „Uległość" wcale nie jest żartem. Houellebecq jest w niej bliższy okrutnego szyderstwa niż czarnego humoru. Zislamizowany Paryż tylko dzięki religii proroka może znaleźć spokój i równowagę. To zarazem koniec epoki wolnego wyboru i wolnego myślenia oraz dowód na to, że oba te stany to tylko chwilowa ekstrawagancja. Znów jak u Hegla. Po ogłoszeniu śmierci Boga i ponad stuleciu poszukiwań odnajdujemy go w nowym wcieleniu. I znów wszystko ma swój sens. I znów wszystko wraca na właściwe tory.

Ile jeszcze czekania przed nami? Zadajemy sobie z dziecięca naiwne pytanie. Z fascynacją przyglądamy się wirującym derwiszom, hinduskim świętym i czarownikom z Afryki. W natchnieniu tworzymy nowe znaki, takie jak czarny krzyż scjentologów i e-metr do oczyszczania duszy. W przykładach zbiorowej hipnozy szukamy cudów. W prostych aktach wiary – okruchów nadziei. Wszechobecna samotność tylko te stany potęguje. Konsumeryzm obnaża. Jesteśmy całkiem nadzy wobec bezwzględnej potęgi świata. Toniemy w jego odmętach, jakbyśmy się zapadali w toni ruchomych piasków. Już jesteśmy w nich po pas, po szyję. Zaraz zasłonią nam oczy. Zostanie tylko wyciągnięta dłoń. Czyż nie jest to dobry moment, by się chwycić tego co oczywiste? Czyż to nie moment na przyjęcie pomocy? ©?

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA