fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Nagroda Literacka M.St. Warszawy: nominacje

Plus Minus
Przedstawiamy najlepsze książki ubiegłego roku nominowane do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy. Nazwiska laureatów tego prestiżowego wyróżnienia, którego historia sięga czasów przedwojennych, poznamy 27 kwietnia.

Edycja warszawska: Zanim Stalin postawił stempel

Ostatnia dyskusja pod hasłem „Czy zburzyć Pałac Kultury" przetoczyła się przed rokiem, przy okazji obchodów 60. rocznicy postawienia tego gmachu w Warszawie. Na oczywiste argumenty, że to symbol sowieckiej dominacji nad Polską, „pomnik rosyjskiego ekspresjonizmu i polskiego serwilizmu", padały odpowiedzi pozornie racjonalne – że kina, teatry, że nieodłączny element panoramy Warszawy, że wpisany do rejestru zabytków... Nikt nie przebił jednak „Gazety Wyborczej", która rocznicowy tekst opatrzyła tytułem: „Dar Stalina to fajny prezent".

Jak nieprzyzwoite jest to stwierdzenie, jaskrawo pokazuje fascynująca książka Magdaleny Stopy „Przed wojną i pałacem". Trudno ją czytać bez żalu na historię, ale i bez złości na bezmiar głupoty albo złej woli dzisiejszych obrońców pałacu. Bo tam, gdzie dziś jest plac Defilad, wytyczony na nieludzką miarę, był kawałek tętniącego życiem miasta. Po powstaniu zniszczony wprawdzie w 60 procentach, ale w większości wypadków spalony, nie zburzony. Czyli można było myśleć o odbudowie. Ale komunistyczne władze miały inne plany. W 1946 roku zaczęły się więc masowe wyburzenia. Z ziemią zrównano ponad 80 domów, by Stalin mógł postawić swój stempel.

Czytaj także: Nagroda Literacka Warszawy. Stołeczna i ogólnopolska

Kamienicę przy Zielnej 25 na przykład rozebrano dopiero w 1954 roku. Była imponująca. Sześciopiętrowa, wyrastająca ponad sąsiednią zabudowę, o oszczędnej modernistycznej formie i budzącej nawet dziś zazdrość eleganckiej klatce schodowej. Postawiono ją w 1911 roku na zamówienie Stowarzyszenia Wzajemnej Pomocy Subiektów Handlowych Wyznania Mojżeszowego Warszawy. W 1918 roku – jak się potem okazało, także na swoje nieszczęście – widziała utworzenie Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, późniejszej KPP. Część chwalebną historii zapewniła jej za to rozgłośnia Polskiego Radia, która mieściła się tu od 1929 do 1939 roku. To stąd 1 września lektor ogłosił: „A więc wojna".

Dzieje cegieł i kamieni stają się dla Magdaleny Stopy pretekstem, by opowiedzieć o ludziach, o całej klasie społecznej, po której komunizm przejechał walcem. I nie wiadomo już, czego bardziej żal – zniszczonej tkanki miejskiej czy społecznej. W tych kamienicach mieszkała przecież – jak byśmy dziś powiedzieli – klasa średnia. Wszyscy ci prawnicy, lekarze, przemysłowcy czy choćby stolarze i sklepikarze. Drobnomieszczaństwo, ale aspirujące. Genialnie pokazują to choćby fotografie bohaterów publikacji. Córka bileterki z teatru Maria Kolasińska (kamienica przy Złotej 30, dwa pokoje w bocznej oficynie bez łazienki, ale z toaletą) na komunijnym zdjęciu z lat 30. nie różni się specjalnie od córki ginekologa Marii Kuligowskiej (Zielna 6, 130 metrów kwadratowych, łazienka i toaleta osobno).

Po wojnie też nikt miał się od nikogo nie różnić. Z tym że to już inna historia. A tym wszystkim, którzy wszelkie wzmianki o rozebraniu pałacu traktują jak nieszkodliwe wariactwo, zacytuję słowa słynnego sowietologa Richarda Pipesa (Chmielna 43 mieszkania 10, pięć pokoi, kuchnia z osobnym wejściem, łazienka i toaleta): „Gdy patrzę na centrum Warszawy, nie mogę się nadziwić. Dlaczego nie burzycie tego pałacu?! Przecież to wygląda zupełnie jak w Moskwie!".

—Beata Zubowicz

Proza: Wojna oczami dziecka

W latach 1942–1943 władze III Rzeszy rozpoczęły wysiedlanie z Zamojszczyzny miejscowej ludności, aby stworzyć „przestrzeń życiową" dla niemieckich osadników. Akcja objęła ponad 30 tysięcy polskich dzieci. Wśród nich była Teresa Ferenc. Mając dziewięć lat, przeżyła pacyfikację wsi Sochy i była świadkiem, jak zamordowano jej rodziców.

Anna Janko, autorka „Małej Zagłady", jest córką Teresy Ferenc. Masakra w Sochach stanowi centralne wydarzenie książki, która napisana jest w formie głęboko przejmujących listów do matki.

Rany i blizny spowodowane traumą wojenną stają się przekazem międzypokoleniowym. Koszmar, który był udziałem dziewięcioletniej dziewczynki, odcisnął piętno także na jej córce. „Tak tą wojną przeszłam w dzieciństwie – czytamy w książce – że aż mi się uczyć nie chciało. No bo po co? Skoro wojna i tak po nas wróci. (...) Marzyłam, oczywiście, młodość się żywi marzeniami, ale nigdy nie robiłam planów na dłużej niż do wakacji. Nie warto. No bo jeśli po wakacjach może być wojna?".

„Mała Zagłada" to pozycja bardzo osobista, ale dotyka spraw, o które toczą się spory publiczne – takie, jakich jesteśmy świadkami także nad Wisłą. Po krachu propagandowej wielkiej narracji epoki PRL do głosu doszli historyczni rewizjoniści, którzy twierdzą, że głównymi ofiarami wojny byli Żydzi, a Polacy okazali się współsprawcami Holokaustu. Tym samym przejawy polskiego antysemityzmu stawiane są na równi z nazizmem. I tak kształtuje się podatny grunt dla rozpowszechniania terminu „polskie obozy koncentracyjne".

Ale Anna Janko idzie pod prąd modnemu, efekciarskiemu obrazoburstwu w stylu Jana Tomasza Grossa i rozprawia się z rozpisywaniem na nowo ról w wojennym dramacie. Sprzeciwia się szyderczemu banalizowaniu przez Henryka Grynberga przypadków udzielania schronienia Żydom przez polskich chłopów. Na często padający dziś argument o szmalcownikach, folksdojczach, sąsiedzkich porachunkach odpowiada: „Co się działo w warszawskim getcie? Teatrzyki były, kabarety, kawiarnie, bogatym wiodło się dobrze, gdy tymczasem na ulicy umierali biedni bracia Żydzi, dzieci opuchnięte z głodu".

Autorka „Małej Zagłady" wskazuje też istotną granicę oddzielającą przypadki haniebnych zachowań Polaków wobec Żydów od polityki państwowego antysemityzmu, którą realizował chociażby kolaboracyjny francuski rząd w Vichy.

Książka Anny Janko jest bardzo cenna między innymi dlatego, że pokazuje, jak przywracać Polakom sprawiedliwość bez uciekania się do kiczowatej martyrologii.

—Filip Memches

Poezja: Świat jako zagadka

To książka tajemnicza, wieloznaczna, zmuszająca do porzucenia lekturowych przyzwyczajeń. Każdy wiersz w niej to liryczne równanie, każdy wers to filozoficzna łamigłówka. Piotr Matywiecki rozmawia z François Villonem, Stéphanem Mallarmém, Franzem Kafką, a nawet Markiem Aureliuszem i Heraklitem. Nawiązuje do Pisma Świętego, kreśli własną historię stworzenia, na miejscu Adama umieszcza „samotny krwiobieg" i przedstawia nową wersję biblijnego potopu. W międzyczasie zdaje relację z życia codziennego. W ostatnich utworach pojawiają się też odniesienia do Shoah. Przez książkę przewija się wiele tematów, ale punkt wyjścia jest zawsze ten sam: pierwotne zdziwienie światem i pragnienie opisania go na nowo.

Autor zbiorku wierzy w twórczą moc poezji, mnoży byty, wywołuje je z nicości i ustawia naprzeciw siebie. Świadectwem tej wiary jest wiersz „Gwiazdozbiór". Poeta opisuje dziecko, które rysuje gwiazdę o nieskończonej liczbie boków i w ten sposób powołuje świat do życia. To świat ułomny, ale piękny. Jest w nim miejsce zarówno dla pieprzyka na plecach dziewczyny, jak i dla więziennej celi. Mówienie to jednak czynność podejrzana. Jak wyznaje podmiot liryczny: „Od urodzenia mijam nazwy różnych rzeczy,/ mijam też słowa, które nic konkretnego nie oznaczają/ Mówienie to jest takie mijanie".

Być może dlatego wiersz staje się punktem wyjścia rozważań na temat języka? Matywiecki zastanawia się nad kształtem słów, zadaje pytania o ich brzmienie. Analizuje nazwy miejscowości, zachwyca się nazwą Cienin, próbuje usłyszeć topografię miasta w kolejnych głoskach słowa „Warszawa". Sprawdza przydatność istniejących słów i tworzy nowe, np. „taknina", „nienina", „powiekać", „przewlecznik", „częściownik", „błazennik" czy „kotaroszmary". Jednocześnie dziwi się, kiedy słyszy w radiu własny głos: „Czy ktoś się domyśli,/ że to jeszcze ja mówię?/ Mój głos nie wibruje/ bez płuc, krtani i warg./ A jednak coś drży, co było mną./ A jednak coś drży, bo było mną" ([Czy ktoś się domyśli]).

Lektura tej książki nie jest łatwa. Tekst stawia opór, wzrok zatrzymuje się na kolejnych słowach, a myśli krążą wokół wymykających się sensów. Poezja Matywieckiego zmusza do podjęcia wysiłku interpretacyjnego, ale jednocześnie pobudza wyobraźnię. Bo poza warstwą intelektualną jest tu naprawdę niemało czystej liryki.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA