fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Uprzedzony jak liberał

Reporter
Kolejne badania podważają oświeceniowe marzenia. Co więcej, podważają niewymagającą dotąd dowodów opinię, że ludzie przywiązani do tradycji i religii są mocniej uprzedzeni wobec innych, a zwolennicy postępu – bardziej tolerancyjni.

Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego opublikowało pod koniec stycznia badania, z których wynika, że zwolennicy partii opozycyjnych żywią bardziej negatywne uczucia wobec wyborców PiS, częściej ich dehumanizują i mają do nich mniejsze zaufanie niż na odwrót. Przy czym ta nienawiść nie jest wcale prostą odpowiedzią na agresywną politykę rządu. Najnowsza analiza potwierdziła bowiem wzór z badań sprzed pięciu lat, więc bez względu na to, czy PiS jest u władzy czy nie, to jego przeciwników cechują gorsze postawy wobec osób o innych poglądach. Podobnie wypadły zresztą badania przeprowadzone po katastrofie smoleńskiej, gdy okazało się, że przeciwnicy teorii o zamachu żywią wobec zwolenników tej teorii większą niechęć niż na odwrót.

Najnowsze badania zatem nie powinny być dużym zaskoczeniem. Szczególnie że polski spór polityczny nie jest w żaden sposób wyjątkowy. W ostatniej dekadzie nauki społeczne zaczęły na poważnie badać kwestię społecznych uprzedzeń, czyli podeszły do nich wreszcie – nomen omen – bez uprzedzeń. Jednak wszędzie wyniki tych badań, podobnie jak dziś w Polsce, przyjmowane są z rezerwą, szczególnie przez ludzi, którzy zwykli podchodzić do nauki z większym entuzjazmem. Podobnie odebrany został przegląd tych badań, jaki Matthew Hutson przedstawił w artykule „Dlaczego liberałowie nie są tak tolerancyjni, jak myślą", na łamach amerykańskiego liberalnego magazynu „Politico".

Otwartość, ale na co

Do niedawna nauki społeczne proponowały prostą konstatację: uprzedzenia wynikają z braku wiedzy (i inteligencji). A co za tym idzie – wiążą się z niskim statusem społecznym. Dziś coraz lepiej widać, że to życzeniowe myślenie o świecie, w którym to my, oświeceni intelektualiści, jesteśmy otwarci na innych, a problem leży w niewykształconych nizinach społecznych, które trzeba oświecić, by nie pozabijały się w szale nienawiści.

Okazuje się, że wiedza nie jest szczepionką na uprzedzenia, choć rzeczywiście ludzie lepiej wykształceni i inteligentniejsi zwykli przedstawiać się jako osoby bardziej tolerancyjne. Kolejne badania podważają oświeceniowe marzenia, że niehamowane przez wsteczną tradycję naturalne procesy społecznego rozwoju będą skutkować coraz większą otwartością na obcych i inaczej myślących. Co więcej, podważają niewymagającą dotąd dowodów opinię, że ludzie bardziej przywiązani do tradycji i religii są mocniej uprzedzeni wobec innych, a ludzie o poglądach progresywnych są bardziej tolerancyjni.

W marcu zeszłego roku psycholodzy społeczni z Uniwersytetu Kentucky opublikowali wyniki badań specyficznych preferencji wyborczych. Sprawdzili, kto jest bardziej skłonny poprzeć kandydata na prezydenta wywodzącego się z grup społecznych, względem których Amerykanie żywią najwięcej uprzedzeń, np. gejów, muzułmanów czy katolików.

Respondenci podzieleni zostali na dwie grupy względem wykształcenia. I wyniki nie były żadnym zaskoczeniem – lepiej wyedukowani chętniej popierali kandydatów z gorzej ocenianych społecznie grup. Lecz zapytani o te same uprzedzenia, tylko że w sposób mniej bezpośredni i bardziej anonimowy, odpowiadali już zupełnie inaczej – tym razem poziom uprzedzeń w dwóch grupach był identyczny. Badania te opublikowano pod tytułem: „Iluzja politycznej tolerancji". Można je podsumować tak: ludzie lepiej wykształceni lepiej rozumieją niestosowność przyznawania się do uprzedzeń, ale niekoniecznie są bardziej tolerancyjni.

Czym więc jest tzw. tolerancja, otwartość na świat, coś, co Amerykanie nazywają „open-mindedness"? Coraz więcej wskazuje na to, że jest to po prostu zwykła cecha wspólnototwórcza – skierowana do wewnątrz grupy, a nie, jak nakazywałaby definicja „otwartości", na zewnątrz. Brzmi absurdalnie? Okazuje się, że ludzie uważający się za tolerancyjnych najbardziej tolerancyjni są wobec podobnych sobie, a wobec „innych" są uprzedzeni tak samo, jak ludzie uważani za nietolerancyjnych.

Tak wynika chociażby z głośnych badań Marka Brandta z Uniwersytetu w Tilburgu. Po pierwsze, potwierdził on wyniki badań Uniwersytetu St. Louis i College of New Jersey mówiące, że liberałowie są tak samo uprzedzeni względem konserwatystów, jak ci drudzy wobec nich. Po drugie, wykazał, że podstawą niechęci do konserwatystów jest to, że nie podzielają oni liberalnych poglądów.

To też pokazują najnowsze badania z UW. Zwolennicy opozycji mają mniej negatywne postawy niż wyborcy PiS wobec grup, które są tradycyjnie najmniej lubiane w polskim społeczeństwie, czyli Żydów, muzułmanów, uchodźców, osób homoseksualnych i transpłciowych. Tylko że sami większą niechęcią darzą wyborców PiS, niż ci wyżej wymienione grupy.

Podobne wnioski płyną z badań Filipa Uzarevicia, który analizował postawy społeczne belgijskich katolików i ateistów. Wyszło z nich, że katolicy stronniczo podchodzili np. do muzułmanów czy w ogóle imigrantów, ale ateiści i agnostycy jeszcze bardziej stronniczo podchodzili do katolików i prawicowych aktywistów. Przy czym, co istotne, niewierzący byli mniej otwarci na inne poglądy niż katolicy.

Ta liberalna otwartość została podważona także w polskich badaniach: to wyborcy PiS mają częstszy kontakt ze zwolennikami opozycji niż na odwrót, do tego ten kontakt częściej skutkuje pozytywną zmianą postaw wobec nich. W USA zaś niezależny Public Religion Research Institute sprawdził, jak ta otwartość na inne poglądy wypada w mediach społecznościowych. I okazało się, że to liberałowie trzy razy częściej usuwają ze znajomych na Facebooku za to, że ktoś publikuje posty o tematyce politycznej, z którymi badani się nie zgadzają. Jak wyjaśnić ten fenomen?

Moralny matriks

Niechęć wobec konserwatystów często łączona jest z poczuciem moralnej wyższości, jaką mają ludzie o bardziej liberalnych poglądach. Postrzegają oni konserwatystów jako ludzi zacofanych, głupszych, zaślepionych – tak przedstawia to amerykański psycholog społeczny Jonathan Haidt, który sam określa się jako „mainstreamowy liberał". Haidt ukuł pojęcie „moralny matriks": żyją w nim np. Amerykanie, którzy ponadprzeciętnie cenią otwartość – także na zmiany – i nie potrafią zrozumieć, dlaczego połowa ich narodu głosuje na republikanów. Ale w podobnym matriksie ugrzęźli też tradycjonaliści, którzy nie dostrzegają wad zbyt sztywnych hierarchii społecznych.

W 2012 roku Haidt wydał głośną książkę pt. „Prawy umysł. Dlaczego dobrych ludzi dzieli religia i polityka?". Zestawił w niej własne badania z odkryciami antropologów, socjologów, historyków i innych psychologów, tworząc „mapę królestwa moralności". Po czym doszedł do zaskakującego dla wielu wniosku, że konserwatyści poruszają się po tej mapie dużo sprawniej niż liberałowie. I w ten sposób wyjaśnił, dlaczego są bardziej otwarci na liberałów niż na odwrót – po prostu ich lepiej rozumieją.

Haidt podzielił ludzką moralność na pięć filarów, które znaleźć można we wszystkich kulturach świata: troskę, sprawiedliwość, lojalność, autorytet i świętość. Jego badania pokazały, że współczesne społeczeństwa Zachodu podzieliły się na dwie grupy i o ile pierwsza rozumie wszystkie powyższe filary, o tyle druga za fundament moralności uznaje jedynie etykę troski (ból – brak bólu) i sprawiedliwości (uczciwe – nieuczciwe), a kolejne trzy filary nie tylko podważa, ale nawet nie do końca je rozumie.

Badania potwierdzają jednak – jak wywodzi Haidt – że to kary tworzą wspólnotę: są potrzebne, by zmusić duże grupy ludzi do współpracy. Człowiek przez całą swoją historię wykorzystywał wszystkie dane mu ewolucyjnie narzędzia moralności i budował wspólnoty oparte na hierarchii, lojalności i panowaniu nad popędami. Taka moralność organizowała nasze życie społeczne i kierowała wspólny wysiłek w kierunku szlachetnych celów.

Problem w tym, że ludzie o liberalnych poglądach coraz częściej naturalne filary moralności, jakimi są autorytet, lojalność i czystość, postrzegają jako ksenofobię, autorytaryzm i purytanizm – co jest właśnie „moralnym matriksem". To nierzeczywisty świat, który opisać można jako utopijną wiarę w miłość bez praw. Jej wyznawcy oczywiście kierują się często szlachetnymi pobudkami i mają powody, by podważać tradycyjne autorytety, bo te potrafią być bardzo represyjne szczególnie dla społecznych dołów, dla kobiet i mniejszości. Dlatego pragną zmian i sprawiedliwości, nawet za cenę chaosu.

Nie do końca rozumieją jednak potrzebę trwania sprawdzonych instytucji i tradycji. Że to właśnie one utrzymują często kruchą równowagę społecznego porządku. Nie przemawiają do nich słowa, jakie tuż po chaosie rewolucji francuskiej napisał Edmund Burke: „Ograniczenia ludzi, tak jak i ich wolności, powinny być postrzegane jako ich prawa". W ich oczach rewolucja, burzenie zastanego świata zawsze jest czymś pożądanym – może przynieść jedynie dobre efekty.

Za powyższą myślą idą zresztą liczne badania psychologów społecznych, z których wynika, że konserwatyści traktują politykę bardziej jako współpracę i budowanie, a ludzie o poglądach liberalnych i lewicowych bardziej jako walkę, niszczenie. A to wiele by wyjaśniało, jeśli chodzi o podejście do oponentów politycznych. Jak zauważa jednak Jonathan Haidt, „liberałowie i konserwatyści tworzą równowagę między zmianami a trwałością – gdy to dostrzeżemy, droga wyjścia z moralnego matriksa stoi przed nami otworem".

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA