fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Piłka nożna: Serce, rozum i portfel

Adobe Stock
Tam, gdzie rządzi pieniądz, kibice próbują znaleźć dla siebie miejsce. Wychodzi im to różnie.

Niedawno w czwartej rundzie Pucharu Anglii Wimbledon AFC pokonał West Ham United. Takie sensacje co jakiś czas się zdarzają, ale jeszcze ciekawsze jest to, że drużyna Wimbledonu, grającego na trzecim poziomie rozgrywkowym, należy do kibiców. To oni założyli klub, gdy w 2002 roku ten dawny, tradycyjny Wimbledon przenosił się kilkadziesiąt kilometrów dalej, do Milton Keynes.

Takich klubów jest wiele, zazwyczaj grają w niższych ligach, ale oferują kibicom-właścicielom niepowtarzalną możliwość decydowania. Czują oni, że kluby należą do nich, a nie do miliarderów, którzy windują ceny biletów, sprowadzają tabuny zaciężnych piłkarzy, którzy każą sobie płacić nawet za to, że podejdą po meczu podziękować kibicom za doping. Wściekli fani Manchesteru United założyli swój F.C. United of Manchester w proteście przeciw polityce rodziny Glazerów. Podobnie postąpili fani Liverpoolu, zakładając swój A.F.C. Liverpool. W Warszawie istnieje AKS Zły. To, jak sami o sobie piszą jego członkowie i właściciele pierwszy demokratyczny klub stolicy i jeden z niewielu takich w Polsce.

Ale przecież są kluby na najwyższym poziomie, gdzie kibice mają głos, wybierają władze, pilnują budżetu. Czasami próbują łapać władze futbolu za rękę, a czasami płyną z prądem i wybierają tych, którzy obiecają sukcesy, puchary i gwiazdy, a to wszystko przecież kosztuje. Próbują występować jako strażnicy klubowych świętości, jak wtedy, gdy protestują przeciwko zmianie herbu Barcelony, albo dają się uwieść złotoustym – znów w tej samej Barcelonie, bo przecież Josepa Bartomeu wybrali w demokratycznym głosowaniu, a mogli również dobrze postawić na reprezentanta środowisk kibicowskich.

W Polsce ten temat jest jeszcze świeży. U wielu ludzi wywołuje dreszcze, u innych wściekłość, a u wielu na pewno zaciekawienie. Co się stało w Wiśle Kraków? Jak kibice mogli doprowadzić klub na skraj przepaści i to nawet nie przez serię niefortunnych zdarzeń, błędów i nietrafionych inwestycji, ale przez zwykłe oszustwa i pasożytnictwo? Może niech lepiej kibice nie stają się właścicielami klubami, bo to biznes skomplikowany i chyba jak mało który uzależniony od szczęścia? Nawet, jeśli w Wiśle do władzy doszłaby grupa kibiców uczciwych i działających w dobrej wierze, jeśli to oni staliby się właścicielami, to jak pogodzić serce z rozumem, gdy trzeba podejmować decyzje?

W Wiśle Kraków, zasłużonym polskim klubie, do głosu doszli przestępcy i było już tak źle, że bardziej pasowałaby tam nazwa „Wisła Karków”. Na szczęście najgorsze chyba już minęło i klub rozegra rundę wiosenną, a może za jakiś czas wyjdzie na prostą. Może nawet, jeśli upłynie odpowiednio dużo czasu, wyrażenie „kibic Wisły” przestanie się kojarzyć negatywnie, w niepamięć odejdą, albo przynajmniej zejdą do podziemia wszystkie „Sharksy” i „Miśki”.

Ich miejsce w historii powinni zająć Socios Wisły, którzy wspierają klub finansowo. Przecież w ratowanie Wisły zaangażowało się wielu kibiców, ludzi dobrej woli, którzy nie chcieli stać i patrzeć, jak Biała Gwiazda gaśnie.

Kibice we władzach klubu nie muszą oznaczać patologii, przekrętów, lewych umów i prokuratury. Dają futbolowi coś zupełnie innego – przynajmniej pozory demokracji i hasła „piłka nożna dla kibiców” w świecie, w którym rządzi pieniądz i liczy się tylko zysk. W Hiszpanii czy Niemczech takie przypadki zdarzają się dość często, w Polsce takie rządy to nowość. W Hiszpanii mają nawet całą, wielką organizację FASFE, która zrzesza kibiców-udziałowców. LaLiga liczy tylko pieniądze i chce przenieść część meczów do Stanów Zjednoczonych, więc FASFE toczy z nią boje. Ale ile wskóra?

Paradoksalnie, te kluby, które w ostatnich latach zarabiają najwięcej, rok po roku są na szczycie finansowej drabiny, mają silne wpływy kibicowskie. Real Madryt i FC Barcelona to kluby, których właścicielami są socios i kibice mogą z dumą powiedzieć, że „Real to my” albo, że „Barcelona to więcej niż klub”, a jakby to śmiesznie nie zabrzmiało, według hiszpańskiego prawa są stowarzyszeniami, które mają status organizacji non profit i korzystają z przywilejów podatkowych. 

Korzystają i to chętnie, skrupulatnie do tego stopnia, że przyjrzała się temu Komisja Europejska i nakazała zwrot sum niesłusznie darowanych przez hiszpańskiego fiskusa. Płacić musiały Real, Barcelona, Athletic Bilbao i Osasuna.

Kibice płacą, więc mają prawo decydować, a każdy, kto chce zostać prezydentem, musi się im pokłonić, przyjść z obietnicami i przeprowadzić kampanię wyborczą. Owszem, kibiców też można przekupić i to nawet wtedy, gdy właścicielami są tysiące ludzi, rozsianych po całym świecie. Może tak jest nawet łatwiej? Demokracja to wybory, a w czasie kampanii króluje obiecywanie, więc jak trzeba, to się obieca. Co? Ludzie futbolu doskonale wiedzą, co trzeba powiedzieć i zrobić. Kibice marzą o tym, by ich klub dominował, a jeszcze lepiej, żeby stało się to kosztem największych rywali, chyba to nawet jest ważniejsze niż posprzątanie finansów. Wybiorą najskuteczniejszego, czyli takiego, który zagwarantuje trofea, a niekoniecznie takiego, który będzie najmocniej dbał o tradycję, czy pilnował niskich cen biletów.

Wie o tym doskonale Florentino Perez, który zanim został prezydentem klubu z Madrytu, najpierw jedną kampanię przegrał. Co wtedy obiecał? Koncentrował się na tym, że Real jest źle zarządzany, w klubowych szafach jest pełno trupów i jak tak dalej pójdzie, to będzie źle. Przekonywał i przegrał. Wygrał dopiero kilka lat później, kiedy obiecał, że wydobędzie z Barcelony Luisa Figo. Wygrał w sposób miażdżący i słowa dotrzymał. 

Portugalczyk zjawił się na Santiago Bernabeu, stając się jednocześnie jednym z najbardziej znienawidzonych ludzi w Barcelonie (warto przypomnieć, że kiedyś w jego stronę poleciał z trybun świński łeb). Zaczął przy okazji erę Galacticos, bo potem praktycznie co sezon do Madrytu trafiał ktoś z samego szczytu: Zinedine Zidane, David Beckham, Ronaldo (Brazylijczyk), Michael Owen czy wreszcie, kilka lat później Cristiano Ronaldo. Przy okazji okazało się, że lud chciał igrzysk, a klub dostał chleb. Od tego czasu Real Madryt stał się gigantem, który notuje co roku monstrualne przychody. Ostatnie dane, przygotowane przez międzynarodową firmę doradczą Deloitte pokazują, że klub ze stolicy Hiszpanii jest w stanie w rok zarobić kolosalną kwotę 750 mln euro. A co ciekawe, druga w tym zestawieniu jest Barcelona, która też należy do swoich kibiców. Przynajmniej teoretycznie. Podczas ostatnich wyborów na prezydenta Barcelony aż trzech kandydatów zwracało uwagę na problemy, jakie mają zwykli socios i to im głównie składali obietnice. Toni Freixa, były rzecznik zarządu, narzekał, że trybuny stadionu Camp Nou „są pełne turystów” i postulował wprowadzenie ulg przy zakupie biletu dla tych socios, którzy nie mają abonamentu. Jordi Farre, popierany przez stowarzyszenie „Som Gent Normal” (Jesteśmy Normalnymi Ludźmi) proponował m.in. zniżki na bilety, skrócenie czasu oczekiwania socios na abonament oraz zapowiadał walkę z odsprzedażą biletów czy utworzenie trybuny dla najmłodszych kibiców. Z kolei Joan Batista Cuberta, czyli kandydat stowarzyszenia „Seguiment FCB” (odżegnuje się od traktowania Barcelony jako biznesu) proponował utworzenie trybuny dla najmłodszych kibiców oraz klubowego biura podróży. 

A co zrobił Josep Maria Bartomeu? Wykorzystał pozycję, którą dawało mu bycie urzędującym prezydentem. Przedłużył kontrakty z trenerem Luisem Enrique i najważniejszymi piłkarzami. Kampania była zażarta, długo wydawało się, że wygra Laporta, telewizja TV3 transmitowała nawet debatę, w której wzięło udział czterech kandydatów. Ostatecznie zwyciężył Bartomeu. Kandydaci kibiców nawet nie wystartowali, a Toni Freixa, który wzywał do ulg dla socios, zebrał ledwie 3,7 proc. głosów. 

Można powiedzieć, że kibice sami są sobie winni i najwidoczniej przeważają tacy, którym nie przeszkadza, że na trybunach podczas Gran Derbi jest wielu przypadkowych gości, ubranych w koszulki Realu, cieszących się z udanych zagrań rywali, jeśli tylko Bartomeu jest skuteczny i zapewnia trofea. Co z tego, że pod jego przywództwem klub ściągał do akademii Las Masia młodych kandydatów na piłkarzy niezgodnie z obowiązującym prawem? Akurat w roku wyborów Barcelona zdobyła potrójną koronę, wygrywając mistrzostwo i Puchar Hiszpanii oraz zwyciężając w Lidze Mistrzów. Czego więcej może chcieć kibic? 

Bartomeu wygrał w cuglach, ale idylla skończyła się bardzo szybko, wyszło na jaw, że Barcelona grała nieczysto wobec kibiców. O co poszło? Posiadacze karnetów mogą odsprzedać miejsce na mecz, jeśli wiedzą, że ich nie będzie tego dnia na Camp Nou. Tylko, że Barcelona zmieniała przy tej okazji zwykłe wejściówki na bilety premium, z cateringiem w cenie. Bilet wtedy kosztował nawet dziesięć razy więcej, a kibic dostawał należny procent tylko od starej ceny, reszta trafiała na konto Barcelony. 

W pewnym momencie kibice zorganizowali nawet akcję zbierania podpisów pod referendum o odwołanie prezydenta – do tego potrzeba byłoby najpierw 25 tysięcy podpisów, a potem odpowiedniej frekwencji i 66,7 proc. głosów popierających wniosek. Demokracja działa? I tak, i nie, bo kibice pokrzyczeli, referendum ostatecznie nie było, a Bartomeu rządzi dalej, chociaż socios mają pretensje o to, że klub odchodzi od swoich korzeni: La Masia zeszła na dalszy plan, a w dodatku Barcelona po raz pierwszy w historii została prawomocnie skazana za oszustwa podatkowe. 

Naprawdę mocno Bartomeu rozjechał się jednak z kibicami w dniu referendum niepodległościowego w Katalonii. Hiszpańska policja pacyfikowała demonstracje, likwidowała lokale wyborcze, a w tym czasie Duma Katalonii grała z Las Palmas przy pustych trybunach, bo wszyscy kibice oczekiwali, że mecz zostanie odwołany, nawet pod groźbą utraty sześciu punktów i 12 tysięcy euro kary. 

Może zmienią go przy najbliższych wyborach, w roku 2021? No, chyba że akurat wtedy Barcelona zdobędzie potrójną koronę i wszystkie winy pójdą w niepamięć. Jeśli Bartomeu nie przeszkodził w zwycięstwie fakt, że na koszulkach piłkarzy widniała reklama oskarżanego o terroryzm Kataru, to ciężko sobie wyobrazić coś, co kibicom będzie przeszkadzało, jeśli drużyna będzie zwyciężać. Kiedyś wydawało się, że majstrowanie przy barwach i herbie może wysadzić z fotela każdy zarząd Barcelony, jednak nawet to przeszło. Najpierw pojawiło się logo UNICEF (kto odważyłby się protestować?), a w końcu reklamy komercyjne. Granica jest przesuwana, czy kiedyś ktoś odważy się zaproponować zmianę struktury właścicielskiej i wpuszczenie do Barcelony jakiegoś miliardera lub wielkiej korporacji, choćby jako mniejszościowego udziałowca? Więcej pieniędzy na pewno by się przydało.

Dwadzieścia lat temu na podobny krok zdecydowały się władze Bundesligi. To była prawdziwa rewolucja, chociaż tylko do połowy i pozostawiono bezpieczniki. Jeśli Borussię Dortmund zakładali przyjaciele przy piwie, bo mieli dość księdza, który ciągle zwracał im uwagę, a Bayern Monachium powstał z buntu piłkarzy przeciw gimnastykom i przez tyle lat kibice mieli głos decydujący, to jak dziś oddać tę historię w ręce korporacji?

Dlatego w Bundeslidze nie może zagrać żaden klub, w którym prywatni inwestorzy mieliby większość głosów. Reguła, w skrócie nazywana „50+1” stanowi, że głos decydujący musi należeć do kibiców, żeby klub nie stał się tylko maszynką do zarabiania pieniędzy wbrew woli swoich fanów. Jak tłumaczył, cytowany na oficjalnej stronie Bundesligi, Hans-Joachim Watzke, jeśli widzowie będą się czuli jak klienci, a nie jak prawdziwi fani, będziemy mieli problem. W Dortmundzie wiedzą o tym dobrze. Szczycą się wiernymi, oddanymi fanami, którzy co mecz wypełniają trybuny, ale muszą uważać, bo już w 2016 roku dostali sygnał ostrzegawczy –  musieli protestować przeciw rosnącym cenom biletów.

To, że niemiecki system działa nie znaczy, że nie ma prób jego zmiany. Obowiązuje wyjątek, że jeśli dana firma lub osoba wspiera klub od co najmniej 20 lat, to może przejąć większość udziałów. Korzystają z tego przywileju Bayer Leverkusen, VfL Wolfsburg czy RB Lipsk – kluby przyzakładowe, a w 2014 roku Dietmar Hopp przejął większość udziałów w klubie Hoffenheim. W 2009 roku prezes klubu Hannover 96 Martin Kind próbował pchnąć rewolucję dalej, argumentował, że bez zewnętrznego finansowania mniejsi nie będą w stanie dorównać gigantom, ale miażdżącą większością głosów odrzuciły ją same kluby.  

Czy kiedyś właściciele klubów w Niemczech (czyli w ogromnej większości kibice) ugną się pod presją ekonomiczną i dopuszczą do swojego grona szejków lub bogaczy z Chin? Miliardy euro czekają, one są cierpliwe.

 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA