fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Nieruchomości

Złe prawo doprowadziło do zalewania miast

Fotorzepa, Kuba Kamiński
Woda w klatkach schodowych, w garażach czy piwnicach to niestety coraz bardziej powszechne zjawisko. Winowajców jest wielu.

Po każdym gwałtownym deszczu woda wdziera się do budynków, a niektóre ulice zamieniają się w rwące potoki. Winna jest nie tylko zmiana klimatu, ale i przepisy, inwestycje, zatykająca się kanalizacja czy powszechna „betonoza".

Mszczą się złe przepisy

W wielu wypadkach podtopieniom winne są przepisy.

– Przez lata uregulowania określające możliwość inwestycji na terenach zalewowych były dosyć liberalne, co często prowadziło do ich sytuowania na terenach zagrożonych powodzią – twierdzi Konrad Młynkiewicz, radca prawny, dyrektor Działu Prawa Administracyjnego w Kancelarii Prawnej Sadkowski i Wspólnicy. – Również wiele z miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego marginalnie traktowało zagrożenie powodziowe. W konsekwencji starostwa wydawały pozwolenia na budowę na takich terenach. Unijne uregulowania narzuciły obowiązek przygotowania map ryzyka powodziowego. Przepisy wprowadzały ograniczenia nowej zabudowy na terenach z tego typu ryzykiem. Pojawiły się również przepisy zobowiązujące organy stanowiące gmin do uwzględnienia w aktach planowania przestrzennego ryzyk umieszczonych w mapach zagrożenia powodziowego oraz mapach ryzyka powodziowego. Prawo wodne, które weszło w życie kilka lat temu, wygasiło ponadto decyzje o warunkach zabudowy wydane dla nieruchomości zagrożonych powodzią. W tych przypadkach inwestorzy musieli ubiegać się o nowe warunki na innych, ostrzejszych zasadach. Ale to, co zostało wybudowane, zostało. Problem więc nie zniknął – uważa mec. Konrad Młynkiewicz.

Czytaj także:

Problem zalewania

Rzeczywistość pokazuje, że problem jest bardzo poważny.

Od kilku lat trzy 12-piętrowe bloki Spółdzielni Mieszkaniowej Ruda w Warszawie są systematyczne zalewane. Wystarczy jeden ulewny deszcz i 3 tys. mieszkańców nie może wejść na klatki schodowe. Nie działają też windy.

– Po zalaniu musimy windy osuszyć, następnie wezwać nadzór techniczny, a to wymaga co najmniej trzech dni. Serdecznie współczuję osobom, które mieszkają na ostatnich piętrach. Nie każdy ma siłę i zdrowie na chodzenie po schodach – mówi Dariusz Śmierzyński, prezes Rudy.

Takich zalewanych osiedli w stolicy i innych miastach jest dużo więcej. Dlaczego tak się dzieje?

– U nas mści się m.in. zła przebudowa sąsiednich ulic. To przez nią od kilku lat woda spływa na osiedle, ale powodów, dla których miasta zaczynają przypominać jeziora, jest więcej – tłumaczy Dariusz Śmierzyński.

– W Warszawie kanalizacja jest ogólnospławna, czyli jedna na deszczówkę i ścieki. Jak są duże opady, następuje tzw. cofka do studzienek kanalizacyjny i co gorsza, nie tylko deszczówki, ale i fekaliów. Do tego dochodzi problem monsunowych deszczy, których jest coraz więcej. Wydaje się też coraz więcej pozwoleń na budowę, a kanalizacji się nie rozbudowuje. Maleje też powierzchnia biologicznie czynna, a więcej jest betonu oraz kostki brukowej. Nikt nie bierze też pod uwagę panujących na danym terenie warunków hydrologicznych. Przebudowując ulice, zapomina się o prawidłowym ich odwodnieniu. I mamy to, co mamy – wylicza Dariusz Śmierzyński

Ruda zleciła ekspertyzę, z  której wynika, że gdy wybuduje zbiorniki retencyjne, problem zostanie rozwiązany. Takie zbiorniki mogą jednak kosztować nawet milion złotych. Nie stać jej. Sytuacja jest więc patowa.

Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji w Warszawie tłumaczy, że nawet najlepsza kanalizacja nie sprosta monsunowym deszczom.

– W trakcie deszczy nawalnych ilość ścieków i wód opadowych może być nawet czterokrotnie większa niż w trakcie pogody bezdeszczowej. W takim wypadku, jeśli nie jest możliwe tymczasowe zatrzymanie ścieków i wód opadowych, w Warszawie, podobnie jak i w ponad stu miastach w Polsce oraz w wielu krajach na całym świecie, korzysta się z przelewów burzowych – wyjaśnia Marta Pytkowska z MPWiK w Warszawie. – Z naszego doświadczenia wynika, że najczęstszą przyczyną zalewisk i podtopień jest zatykanie wpustów ulicznych przez liście, gałęzie lub ziemię ze źle zabezpieczonych placów budowy, z czym mieliśmy do czynienia m.in. na Wisłostradzie – dodaje Marta Pytkowska.

Prawo do naprawy

Zdaniem Dariusza Śmierzyńskiego warto zastanowić się nad zmianą prawa budowlanego.

– Dla nowej inwestycji powinno się obowiązkowo sporządzać ekspertyzę hydrologiczną, a w razie potrzeby nakazać budowę zbiornika retencyjnego lub przebudowę miejskiej kanalizacji – twierdzi prezes Śmierzyński.

Nie wszyscy tak uważają.

– Nie jestem zwolennikiem tworzenia kolejnych obowiązków, które miałyby zastosowanie automatyczne do wszelkich inwestycji budowlanych, niezależnie od ich lokalizacji oraz zagrożeń. Ekspertyzy hydrologiczne są bardzo kosztowne, co w konsekwencji zwiększa koszty inwestycji – mówi mec. Młynkiewicz.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA