fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Mischa Maisky: Don Kichot z wiolonczelą

Materiały
Lata biegną, a on zachował młodzieńczą energię i zadziorność. Mischa Maisky – najbardziej niezwykły wiolonczelista ostatnich dekad – zagrał w sobotę w Warszawie.

Na estradzie Filharmonii Narodowej pojawił się w jednej ze swych słynnych jedwabnych koszul w jaskrawym kolorze. Z długimi siwymi włosami i siwą bródką, a także z racji wieku, 68-letni Mischa Maisky przypomina Don Kichota. Tym bardziej, że w jego interpretacjach odrobina szaleństwa zmieszana jest z nostalgią. W przeciwieństwie jednak do bohatera z hiszpańskiej powieści Cervantesa doskonale kontroluje siebie, mimo że momentami wydaje się być całkowicie pochłonięty przez muzykę.

Wiele zresztą jeszcze określeń można by wymyślić, by próbować opisać grę Mischy Maisky'ego, tak bogate w odcienie są jego interpretacje. Nawet wówczas, gdy – jak w sobotę – postanawia wykonać Koncert h-moll Antonina Dvořaka, utwór, jaki w repertuarze mają wszyscy wiolonczeliści, chętnie i często go grywając.

A jednak w interpretacji Mischy Maisky'ego słuchało się kompozycji Dvořaka z ogromną uwagą. Powód pierwszy to oczywiście piękny dźwięk wiolonczeli, zwłaszcza jej niskie tony brzmiały zachwycająco. Po drugie – wyrazista narracja, którą narzucił tak przekonująco, że muzykom Filharmonii Narodowej i dyrygentowi Jackowi Kaspszykowi nie pozostało nic innego, jak za nim podążać, co zresztą uczynili sprawnie. Po trzecie wreszcie –Maisky nie pozwolił na to, by choć przez moment zostać „przykryty" przez orkiestrę.

Mimo upływu lat Maisky gra w sposób niesłychanie młodzieńczy, z pasją. Dzięki temu dobrze znany wszystkim utwór Dvořaka zyskuje nowe życie. Jest w tym artyście ta sama co dawniej zadziorność, która w młodości o mało nie złamała mu życia i kariery, gdy sowieckie władze skazały go na obóz pracy, a potem próbowały zamknąć w psychiatryku. Pretekstem było kupno magnetofonu za dolary, których obywatelowi komunistycznego państwa nie wolno było posiadać.

Sobotni koncert w Filharmonii Narodowej był ciekawy również dlatego, że każda jego kolejna część podnosiła temperaturę emocji. Kiedy wydawało się, że wysłuchanie kompozycji Dvořaka okaże się najważniejszym punktem wieczoru. Mischa Maisky przeszedł do bisów. Było ich trzy, za każdym razem wybrał fragment z wiolonczelowych suit Bacha. Podobno kiedyś jakiś dziennikarz zapytał go: „Dlaczego nie gra pan muzyki współczesnej?". A Maisky odpowiedział: „Jak to nie gram? A Bach?"

On tak właśnie go interpretuje – jako muzykę żywą, która nie ma nic w sobie z klasycznej nobliwości. Co więcej, choć suity Bacha to kompozycje na wiolonczelę solo, on potrafi ukazać ukryte w nich polifoniczne bogactwo.

I było jeszcze jedno – równie przyjemne – zaskoczenie tej soboty. Już bez Mischy Maisky'ego orkiestra Filharmonii Narodowej wykonała II Symfonię Sergiusza Rachmaninowa. Nie jestem zwolennikiem tego typu wielkich dzieł, które mają oszołomić słuchacza bogactwem, wręcz nadmiarem muzyki, a pozbawionych wszakże wewnętrznego konfliktu, budującego dramaturgię. Jacek Kaspszyk tak odczytał jednak tę kompozycję, że zajaśniała ona zupełnie innym blaskiem.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA