fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Lament rockmana

Jack White (ur. 1975) pochodzi z Detroit z polsko-szkockiej rodziny.
Sonic/materiały prasowe
Trzeci album Jacka White'a to piekielna dawka bluesa, gospel i elektroniki.

Jack White, dziś najsławniejszy na świecie rockman z polskimi korzeniami, jest szczególnie złożoną postacią showbiznesu, jego biografia i kariera stanowi wielką szaradę. Dlatego można powiedzieć, że ten jeden z najbardziej nieoczywistych muzyków nagrał najbardziej niejednoznaczną płytę w swoim dorobku. Chciał na niej pomieścić więcej niż na poprzednich albumach.

Biorąc pod uwagę wielość stylistyk – rock, blues, elektronika, gospel, funky, hip-hop, muzyka ekperementalna – przypomina się wielogatunkowy koktajl z „Białego Albumu" The Beatles. Istnieje nawet dalekie, ale piękne personalne połączenie między płytami liverpoolskiej czwórki i White'a. Zagrała u niego basistka Charlotte Kemp Muhl, prywatnie muza i partnerka Seana Lennona, syna Johna.

Muzyczna śmietanka

Intrygujących muzycznych spotkań w studiu było zresztą więcej. Chórzystka Regina McCrary śpiewała wiele lat w zespole Boba Dylana. Louis Cato to perkusista Marcusa Millera, Johna Scofielda, grał też z Beyonce. White i tym razem działał więc zgodnie ze swoją naczelną zasadą: „być ekscentrycznym i tworzyć piękne rzeczy, o których ludzie będą chcieli rozmawiać".

Kolekcjonowanie pięknych doświadczeń, nie może dziwić u artysty, którego ulubionym filmem jest arcydzieło Orsona Wellesa „Obywatel Kane". Jego bohater, medialny gigant, kolekcjonował w swoim skarbcu Xanadu intrygujące pamiątki. W życiu White'a też wszystko musi być wyjątkowe, designerskie, tak jak kupiony niedawno dom zaprojektowany przez samego George'a Nelsona, amerykańskiego guru modernizmu.

Muzyk nabył go zaocznie. – Domów zaprojektowanych przez George'a Nelsona nie ma przecież nazbyt wiele, nieprawdaż? – tłumaczył w wywiadzie dla „New Yorker Magazine". – Kupuję dom, ale uważam, że nikt nigdy nie może żadnego piękna posiadać na zawsze. Dlatego czuję się jak kustosz, który opiekuje się pięknem i zachowuje je dla przyszłych pokoleń.

Pewnie dlatego w sejfie White'a przechowywane jest pierwsze wydanie komiksu o Supermanie z 1938 roku, warte ponad 3 mln dolarów. – A jeśli kupuję pierwsze nagranie Elvisa Presley'a, jest to o wiele bardziej dla mnie wartościowe niż inwestowanie w British Petroleum – powiedział.

White od dawna jest jednym z najważniejszych wydawców płyt winylowych jako szef firmy Third Man Records. Ostatnio zakupił dla niej pierwszą nową tłocznię płytową wyprodukowaną w ciągu ostatnich sześciu dekad. Third Man Records posiada w katalogu ponad 400 tytułów. Druga solowa płyta White'a „Lazaretto" rozeszła się w ponad 200 tysiącach egzemplarzy, co jest światowym rekordem.

Sukces sprzedaży 3 mln czarnych krążków White uczcił wysyłając w stratosferę specjalnie zaprojektowaną platformę z gramofonem. Odtwarzała ona bez przeszkód nagrania z krążka o numerze 3 000 000, by muzyka White'a mogła być słyszana również we wszechświecie.

Sesja nagraniowa nowej płyty zaczęła się skromnie. White pracował w Nashville, korzystając z magnetofonu szpulowego, który kupił, gdy miał 14 lat za pieniądze zarobione na koszeniu trawników. Zamknął się w skromnym pokoju. – Pomyślałem, co by mogło być, gdybym złamał nogę i przebywał w szpitalu przez sześć tygodni – opowiadał. – Chciałem pisać tak, jak Michael Jackson, nie grając na instrumentach, nie nucąc melodii, tylko wymyślając je po cichu, żeby moi sąsiedzi mieli spokój.

Wybór Nashville jako miejsca sesji nagraniowej nie był przypadkowy. White unikał dotąd największych amerykańskich metropolii. Uważał, że wielomilionowa społeczność nie pomaga w tym, by być wyjątkowym: łatwo można stać się czyjąś repliką. Tym razem jednak po zarejestrowaniu pierwszych wersji nagrań, złamał swoje zasady i pojechał nagrywać partie gościnnie występujących artystów w Nowym Jorku i Los Angeles. To intrygujące postaci, ale tak już czasami w życiu bywa, że ważniejsze od tego co mamy, jest to co chcieliśmy mieć bezskutecznie.

Pośrednio opowiada o tym „Over and over and over". Piosenka figurowała długo na liście utworów, które White miał wykonać z raperem Jayem-Z, jednym z najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi światowego showbiznesu. Do nagrania „duetu marzeń" nigdy nie doszło, bo Jay-Z odpłynął w siną dal. Co prawda, White zaśpiewał piosenkę „Don't hurt yourself " z jego żoną, Beyoncé na jej płycie „Lemonade", ale to nie to samo.

Tekst „Over and over" jest znamienny: White śpiewa o Syzyfie, któremu wydaje się, że zależą od niego losy świata, tymczasem nie ma wpływu nawet na własne życie. Z kolei „Everybody you've ever learned" przekonuje, że jeśli chcesz mieć wszystko, nie będziesz miał nic. „What's done is done" to zaś blues o młodym człowieku, który utracił wiarę w sens życia, kupił broń i dokonał masakry.

„Hypersophoniac" brzmi jak nowa wersja „Sympathy for the devil" The Rolling Stones. Z kolei kompozycję „Ezmeralda steals the show" zaczyna pełna pesymizmu fraza „Cóż za melancholijna magia/Zmienił mnóstwo w papkę". Nie wiadomo, czy tytułowa Ezmeralda to bohaterka powieści Tomasza Manna „Doktor Faustus", która przypieczętowała pakt głównego bohatera – skądinąd kompozytora – z diabłem, co skończyło się katastrofą.

Humoreska Boga

Ewidentnie dominującym tematem na płycie są jednak niespełnienie i depresja. Już otwierający album monumentalny blues „Connected by love" brzmi, jak lament skierowany do ukochanej, z którą główny bohater chciałby przeżyć życie od nowa, naprawiając to, co popsuł. Czy White ma na myśli jedną z dwóch żon? Czy jest nią Meg White, z którą założył White Stripes? Nie wiemy, ale zgodnie z tytułem ostatniej ballady, życie wydaje się humoreską wyreżyserowaną przez Boga.

A gdy już zdamy sobie sprawę, że nic nie jest dane na zawsze, możemy starać się tylko o to, by być kustoszem piękna i przekazywać je przyszłym pokoleniom. Chociaż płyta jest nierówna, Jack White gra tę rolę idealnie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA